Vuelta a España 2014 (1): Bolek i Lolek

 

Zastanawiałem się nad fenomenem wzrostu popularności hiszpańskiej Vuelty. Daleko jej jeszcze do Tour de France, ale już do Giro d’Italia nie tak bardzo. A zważywszy od czego startowała: Tour – Kopciuszek, owszem, długi, ale prowincjonalny i ubogi – progres jest imponujący.

W dłuższej perspektywie jest on niewątpliwie skutkiem globalizacji. Za sprawą coraz liczniejszych stacji telewizyjnych i łatwiejszego dostępu do transmisji via Internet, wyścig dociera do nieporównanie większej liczby zainteresowanych. Koniunkturę na wielkie sportowe eventy nakręca oczywiście wszechobecna komercja. Gdzieś trzeba te wszystkie reklamowe klipy poupychać, więc show must go on – jeden wielki wyścig kolarski, nawet gdy nazywa się Tour de France, już nie wystarcza. A naprzeciw temu wychodzi egalitaryzująca Grand Toury  polityka naszej najdroższej UCI.

Swój udział w tym społecznym awansie mają też organizatorzy, dbający o uatrakcyjnianie trasy na różne możliwe sposoby. Niezależnie od powyższego, przyczyna wzrostu popularności i prestiżu jest specyficzna. Tak się w trzech ostatnich latach układało, że dwukrotnie Vuelta zostawała ostatnią deską ratunku dla fanów, którzy cały sezon czekali na konfrontację najlepszych kolarzy i z różnych przyczyn nie mogli się jej doczekać na bardziej renomowanych tourach. Czasem winne są wypadki, innym razem wpadki, a efekt zawsze taki sam – z zapowiadanego finałowego starcia tytanów robią się harce dalszych pretendentów do korony.

BwKU59jIQAAbiGW

W tym roku masowe kraksy i błędy organizatorów sprawiły, że rozczarowało nas Giro, a z kolei upadki na trasie odstrzeliły z rywalizacji parę głównych pretendentów Wielkiej Pętli. Nic dziwnego, że na hiszpańską imprezę czekano, niczym na jakiś finał Ligi Mistrzów, czy Szczyt G-7. Froome, Contador, Quintana, Rodriguez, Valverde, Uran, Aru – faktycznie siódemka jak w pysk strzelił, a jak na siodła posadzić to i remake „Siedmiu wspaniałych” można kręcić. Niektórym nawet colta nie trzeba kupować, z palca strzelają niczym Sundance Kid. A tak zwane „okoliczności przyrody” mieliśmy w tym roku takie, że niejeden western plenerów mógłby pozazdrościć.

Dopisały asy, a nie zabrakło i waletów. Spęd górali większy niż na jarmarku w Suchej Beskidzkiej, więc na wyścigowej giełdzie aż huczało. Opisałem już z nieukrywanym niesmakiem w ostatnim felietonie, jak to faworyci próbowali uciekać przed odpowiedzialnością za wynik. Froome przyjechał sobie ot tak, żeby trochę nogi rozruszać, a sztab Tinkoff nie bardzo mógł się zdecydować, czy Contadora boli piszczel czy kolano.  Wprawdzie komuś wypsnęło się, że widział El Pistolero trenującego jak szatan, lecz szybko spacyfikowano tę wypowiedź zdjęciami, na których kolano mistrza wyglądało gorzej niż Edyta  Górniak bez makijażu.

Piszę o tej parze, bo w sumie wyścig, po różnych zwrotach akcji i perypetiach, sprowadził się jednak do tak długo wyczekiwanego przez kibiców pojedynku: Contador – Froome. Do takiej redukcji głównych aktorów widowiska wydatnie przyczynił się Nairo Quintana, który na zjeździe etapu jazdy na czas chciał wszystkim udowodnić, że do wykonania salta przez rower nie potrzebuje kaskadera. Potrzebował za to dwóch pomocników, którzy z niemałym trudem wsadzili go z powrotem na siodełko. Szkoda wielka, bo z kolumbijskim Indianinem w formie mieliśmy szanse na rozwój akcji w „intrygującym trójkącie”.

BwYkjt6CcAEWHDB

Do tej czasówki na 10 etapie właściwie konkurenci trzymali nas w niepewności, dając pretekst do wszelakich spekulacji. I oto na 37-kilometrowej trasie Alberto Contador wreszcie pokazał moc. Między nim a Białym Kenijczykiem i dwójką pozostałych hiszpańskich „muszkieterów” była różnica klasy. Młodsi mogą nie wiedzieć, ale dawniej nazywano jazdę na czas etapem prawdy. Nie bez racji.

Przez parę dni wydawało się, że jest „pozamiatane”. Usilnie doszukując się rywala się dla lidera Tinkoff-Saxo, nadzieje pokładano w Valverde, któremu wycofanie się Quintany znów pozwoliło błyszczeć w światłach rampy. Nie na długo, a konkretnie do 16. etapu.

Ostatecznie liczyła się tylko walka wspomnianej wcześniej pary faworytów. „Księgowy” wydawał się wiedzieć o tym od początku. Jechał, oglądając się wyłącznie na kolarza Sky, nie zważając na jakby zespawanych z nim Valverde i Purito. Zeszłoroczne upokorzenie na Mt.Ventoux musiało mu mocno dopiec, a dla Kastylijczyka urażona duma to nie w kij dmuchał. To dług do spłacenia, jak dla Sycylijczyka vendetta. Tu nie chodziło tylko o to, by z Brytyjczykiem wygrać, ale żeby wygrać właśnie w taki sposób – pognębiwszy go w pojedynku sam na sam. A Chris Froome w drugiej części wyścigu wyraźnie zaczął łapać formę, więc do takiego starcia dojść musiało.

Tour of Spain - Stage 20

Na dwóch królewskich etapach zdominowali ekran, bawiąc widzów jak Bolek i Lolek. Kolarz Sky zupełnie jak młodszy, Lolek, naiwny i zapalczywy, łatwo dawał się „wypuścić” starszemu i sprytniejszemu Bolkowi, Contadorowi. Młócił powietrze tym swoim młynkiem, budząc szacunek uporem i ambicją. Potrafił zniszczyć tempem wszystkich oprócz głównego rywala. Ale nie był w stanie przyspieszyć i w sytuacji, gdy przeciwnik siedział mu na plecach stawał się po prostu dramatycznie bezradny. Młynkował aż do wyczerpania sił, a Hiszpan cierpliwie kołysał się za jego plecami tym swoim charakterystycznym ruchem, niczym kobra, po czym jednym zdecydowanym uderzeniem rozstrzygał pojedynek, odskakując na kilkadziesiąt metrów. I w ten sposób to, co przez większość etapu przypominało walkę, w końcówce nieuchronnie zmieniało się w egzekucję.

Reszta sławnych współzawodników była tłem dla opisanych zmagań. Alejandro Valverde stanął na podium, co nie udało mu się na Tour de France, ale mimo tego sukcesu (i wygranego etapu) nie zachwycił. Ten występ potwierdził nam, że kolarz z Murcji Wielkiego Touru już nie wygra. W jeszcze większym stopniu ta uwaga odnosi się do czwartego w klasyfikacji generalnej Joaquina Rodrigueza, który powoli zatraca swe największe atuty. Gdybym typować miał trzeciego bohatera tej imprezy byłby nim rewelacyjny włoski młodzieniec Fabio Aru. 24-letni kolarz Astany w drugim w tym sezonie starcie w GT wygrał 2 górskie etapy i zakończył wyścig na 5. miejscu. Tylko dla porządku przypomnę, że parę miesięcy wcześniej ukończył Giro na najniższym stopniu podium. Kiedy wskoczy na najwyższy stopień, z dzisiejszej perspektywy wydaje się być tylko kwestią czasu.

Bwnm53fIUAAG0WJ

A o kimś, kto nam, Polakom, przysporzył na tym wyścigu najwięcej radości, napiszę w drugiej części podsumowania.

Krzysztof Suchomski