99. TdF Resumé: Le Tour w kolorze „sky blue”, cz. II

 

Tytułowy kolor narzucił nam optykę postrzegania tegorocznej odsłony Tour de France, co jednak nie znaczy, że w niebieskiej poświacie nie dało dostrzec się paru innych ciekawych zjawisk. Najważniejszym jest, widoczna wyraźniej niż kiedykolwiek w ostatnim dziesięcioleciu, pokoleniowa zmiana warty. „To idzie młodość” zdaje się śpiewać niezwykle utalentowany boys band rocznika 90, patrząc z góry na procesję podupadłych liderów, symbolizującą zmierzch pewnej epoki.

Nastąpi taki moment w przyszłości, kiedy to koneserzy kolarskich zmagań, na wzór koneserów wina, będą wspominać: „A pamięta Pan rocznik dziewięćdziesiąty, panie doktorze? O tak, panie mecenasie, niezapomniane wrażenie.”

Dziś na szpicy młodzieżowej awangardy idą Peter Sagan i Thibaut Pinot, obaj nieprzyzwoicie wręcz utalentowani, a jeśli pożenimy te nazwiska z parą rówieśników, która zdominowała dopiero co zakończony Tour de Pologne, a do tego dodamy zwycięzcę Route du Sud, Quintanę, mamy pełniejszy obraz „młodzieżowej rewolty”, bynajmniej nie przypominający „lata dzieci – kwiatów” w sześćdziesiątym ósmym.

Wejściem smoka, a może raczej Hulka, można, bez obawy wpadania w przesadę, określić sportowy show zademonstrowany przez młodego Słowaka. I mam tu na myśli nie tyle gesty na mecie, co widowiskowość i dynamikę jazdy, panowanie nad rowerem i bezkompromisową żądzę wygrywania – porównywalną jedynie z analogiczną cechą samego Cavendisha. Nie można powiedzieć, by dopiero na szosach tegorocznego Touru słowacki Piotruś Pan wyszedł z cienia, bo w kolarskim światku jest przecież postacią dobrze znaną. Ale tylko medialna moc Wielkiej Pętli może z pretendenta uczynić megagwiazdę. Młodzieńcza brawura przyprawiona odrobiną przekory zjednały mu rzesze fanów na całym świecie. Miliony wpatrzonych w ekran chłopców pomyślało sobie: „o kurczę [1], chciałbym być taki jak on”.

To że kolejny „dzielny Francuz” wygrał etap po samotnej ucieczce nie budzi specjalnego zdziwienia. Przywykliśmy do takich widoków, wręcz nam one spowszedniały. Ale to, że nie odpuszczał, jak jego sławniejsi koledzy, nie zadowalał się rolą jednodniowego bohatera, walczył ramię w ramię z najlepszymi przez trzy tygodnie – to budzi respekt.

Nad Sekwaną wiedzą, że wreszcie mają diament, na który tyle lat czekali. Teraz będą na niego chuchać i dmuchać. By nie zapeszyć, jak ognia unikają na razie odważniejszych porównań, więc zróbmy to za nich: Pinot przyjechał na swój pierwszy Tour i skończył go na 10. miejscu, Hinault przyjechał pierwszy raz i wygrał. Niech więc 22-latek z FDJ będzie choćby talentem na miarę Theveneta lub Fignona, ale, mon Dieu!, najważniejsze, że w ogóle ktoś taki jest.

Symboliczną scenę pokoleniowej sztafety obserwowaliśmy także na finałowej czasówce. Tejay Van Garderen (rocznik 88 ) 20 km przed metą dogonił, startującego 3 minuty wcześniej, swego, do zeszłego tygodnia, lidera –Cadela Evansa. Samochód wiozący dyrektorów ekipy, Ochowicza i Lelangue, towarzyszył już, jadącemu w białej koszulce, młodemu Amerykaninowi.


 

Wymieniłem wszystkich szczęśliwych posiadaczy wielkopętlowych koszulek, za wyjątkiem zwycięzcy klasyfikacji górskiej. Kibice, nie tylko francuscy, kochają romantyków takich jak Thomas Voeckler, który przed kamerą ostentacyjnie wyrzuca słuchawki, nie używa modnych gadżetów, pieczołowicie dba o image kolarza hardcorowego i kupuje tym widzów. Patrząc jak samotnie dojeżdża do mety, miałem wciąż świadomość, że było to możliwe ponieważ wcześniej stracił prawie godzinę i liderzy po prostu machnęli ręką na jego odjazd. Romantyzmu i spontaniczności jest w tym tyle, co w instrukcji obsługi pralki. Po prostu stary, sprawdzony patent Virenque’a, Jalaberta i ich naśladowców: nastaw stratę w praniu wstępnym na 45 minut, a potem wciśnij klawisz „ucieczka w górach”.

Mnie jednak nie musi się podobać, gdy świetny kolarz, lider drużyny i nadzieja dzielnego narodu, uchyla się od walki o żółtą koszulkę, o miejsce na podium (na co z pewnością było go stać), zadowalając się pobocznym celem, jakim jest na przykład koszulka w grochy. U Francuzów taka postawa wywołuje orgazm, ja preferuję inne techniki stymulacji. A co do wyścigu, wolałbym widzieć, by najlepsi rzeczywiście zmusili Wigginsa do walki, a nie atakowali na niby, by nie rzucali ręcznika przed początkowym gongiem, więc dla mnie Voeckler, mimo całkowicie zasłużonego zwycięstwa w klasyfikacji górskiej, jest od teraz „waleczny inaczej”.

W ten sposób niepostrzeżenie prześlizgujemy się na osi powodzenia od pozytywów do negatywów. „Piękną katastrofą” zakończył się start ubiegłorocznego zwycięzcy. Drużyna BMC miała poprowadzić do kolejnego triumfu swojego lidera. Evans sezon miał kiepski, ale wszyscy mieliśmy w oczach jego wspaniałą walkę rok wcześniej i wydawało się niemożliwe, by przystąpił do wyścigu źle przygotowany. Na Delfinacie przegrał wprawdzie wyraźnie z Wiggo, ale chwacko zapowiadał, że forma rośnie i w lipcu znów zobaczymy starego, dobrego Krokodyla Cadela. Nic z tego. Trzeci tydzień, zawsze będący jego domeną, tym razem przyniósł mu porażkę i upokorzenie. Na plus Australijczykowi liczy się, że stanął do walki, nie asekurował się przed wyścigiem, nie chował za bolące kolano czy inne, nie mniej widowiskowe, części ciała.

Odstawiony przez młodzież na bocznicę wyścigowy chór staruszków (z miasta Pruszków [2]) składał się ponadto z: Levi Leipheimera (38), Denisa Menchova (34), Alejandro Valverde (32), Andreasa Klödena (37), Ivana Basso (34), Aleksandra Vinokourova (38) i Christiana Vande Velde (36). Celowo nie kwalifikuję doń George’a Hincapie (39) i Chrisa Hornera (40), bo od nich nikt nie wymagał cudów, a także forever young Jensa Voigta (38), który mógłby, gdyby zechciał, dorównać „babci” Longo. Niemiec za jednym zamachem zgarnia też nagrody pocieszenia w konkurencjach: „najbrzydsza sylwetka na rowerze” i „najsympatyczniejszy drągal w peletonie”.

Cenzurki startującym w La Grande Bouclè zespołom wystawimy w trzeciej i ostatniej części podsumowania.

Krzysztof Suchomski

przypisy:
[1] wersja zredagowana dla odbiorców pasma największej oglądalności
[2] pozdrowienia dla Grzegorza Wasowskiego