Vuelta 2006 (1): Nowy hiszpański bohater

 

Niedawno opisana na tych łamach Vuelta 2005 zaostrzyła apetyt jak dobra przystawka, ale to edycja 2006 okazała się daniem głównym. Po raz pierwszy w moim prywatnym rankingu przebiła zarówno Giro d’Italia, jak i Tour de France, zdecydowanie stając się kolarskim wyścigiem roku.

Schemat był w sumie podobny do poprzedniego sezonu, czyli hiszpańska kawaleria kontra „obcy”. A w roli obcego znów ktoś z byłych „sojuzów”, tym razem z dalekiego Kazachstanu. Na podbój Półwyspu Iberyjskiego wyruszyła świeżo sformowana jednostka bojowa w postaci Teamu Astany. Mogące stanowić scenariusz niezłego thrillera kulisy związane z powstaniem i funkcjonowaniem tej formacji naświetliłem już moim Reflektorem, pisząc o Tourze 2009, nie będę więc do nich wracał. Startem we Vuelcie kazachska ekipa debiutowała na arenie doniosłych kolarskich wydarzeń i całej drużynie oraz jej mocodawcom bardzo zależało, by debiut ten wypadł bardzo efektownie. Vino obiecał swym bogatym przyjaciołom przywieźć z Hiszpanii pierwsze trofeum.

Co nie mogło być łatwe, zważywszy, iż w ostatnich sześciu wydaniach wyścigu poddani króla Juana Carlosa tylko wyjątkowo wpuszczali kogoś innej narodowości na podium (charakterystyczne, że w obu przypadkach byli to Rosjanie). Wprawdzie hiszpańskie ciclismo nie dominowało w światowych tabelach tak, jak w latach świetności Big Miga, ale wciąż stanowiło czołową siłę w peletonie, tym bardziej na swoich śmieciach.

Co prawda, po ubiegłorocznej dyskwalifikacji Roberto Herasa Hiszpanie stracili swego najlepszego kolarza, lecz ich kibice długo nie musieli czekać na wykreowanie nowej gwiazdy. Ich ulubieńcem nie został jednak dość przypadkowy (sam się tym bardzo zdziwił) zwycięzca Tour de France 2006 Óscar Sio Pereiro. Trudno by było zakochać się w kolarzu solidnym, lecz mimo wszystko bezbarwnym, który wielki triumf (jedyny zresztą w karierze) zawdzięczał dyskwalifikacji rywala (Floyd Landis). Serca Hiszpanów, zwłaszcza płci nadobnej, podbijał właśnie przystojny caballero z Murcji.

Trzeba przyznać, że Alejandro Valverde świetnie się prezentował. A poza tym, był szybki, eksplozywny, błyskotliwy i coraz bardziej skuteczny. W swym debiucie w narodowym tourze (2003), jadąc w barwach Kelme, stanął na podium GC, by po dwóch tygodniach zostać wicemistrzem świata w wyścigu szosowym. Powtórzył sukces w tej ostatniej imprezie dwa lata później, już jako kolarz Caisse d’Épargne – Illes Balears, przedtem bardzo obiecująco debiutując w Tour de France. Do momentu kontuzji kolana, która zmusiła go do wycofania się z wyścigu, jechał w białej koszulce, zajmując 5 miejsce w GC i mając na koncie wygrany etap (pokonał w górskiej wspinaczce samego Armstronga). Krótko mówiąc, nadawał się na nowego idola, jak mało kto.

Sezon 2006 rozpoczął od fajerwerków. Dwie wygrane, we Fleche Wallone i Liege – Bastogne – Liege, oraz miejsca na „pudle” etapówek Pro Tour w Kraju Basków i Romandii wywindowały go na szczyty kolarskich rankingów. W Wielkiej Pętli wystartował jako jeden z faworytów, lecz już na trzecim etapie upadł i ze złamanym obojczykiem musiał opuścić kolumnę wyścigu. Siłą rzeczy wiązane z nim grand-tourowe nadzieje musiały zostać przeniesione na Vueltę.

Pretensje do podium wysuwali też inni jego rodacy: Carlos Sastre (CSC), José Ángel Gómez Marchante (Saunier Duval), Samuel Sánchez (Euskaltel) i Manuel Beltrán (Discovery). Ale, jak to często w Hiszpanii bywa, najpierw zamierzano „rozprawić się” z cudzoziemskimi intruzami, a potem rozegrać karty we własnym gronie.

Po otwierającej rywalizację drużynowej jeździe na czas liderem został Sastre, a po nim kolejno złoty trykot przywdziewali Thor Hushovd, Danilo di Luca i będący rewelacją pierwszego tygodnia, Janez Brajkovic z Discovery. Słoweniec na 5 etapie kończącym się podjazdem pod La Covatilla przyjechał równo ze zwycięzcą, di Luką, gubiąc po drodze wszystkich pretendentów do czołowych miejsc. Vinokourov dojechał do mety dopiero 21., tracąc do zwycięzcy 2:13 min. Niby wszyscy znali rogaty charakter Kazacha, ale wielu obserwatorom wydawało się, że właśnie pogrzebał swe szanse na wygranie wyścigu.

Na siódmym odcinku trasy, kończącym się w Ponferradzie, na Alto de El Morredero, wreszcie zaatakował nowy pupil Hiszpanów, Valverde. Wygrał, mijając samotnie metę, a pozostali wpadali na nią w parosekundowych odstępach. Vino dotarł szósty, straciwszy kolejne 12 sekund. Miejscowi świętowali, choć liderem został Brajkovic o 5 sekund wyprzedzający zwycięzcę etapu. Końcowy triumf faworyta gospodarzy wydawał się jednak nieunikniony.

Ale ósmy etap wygrał daleki od kapitulacji Vinokourov, zatańczywszy w swoim stylu przed rozpędzonym peletonem. A potem przyszedł etap dziewiąty, bodaj najtrudniejszy w rozkładzie jazdy. 207 km po górach z Fonsegrada do Alto de La Cobertoria.

Ech, łezka się w oku kręci. Świerszcz Bettini w koszulce mistrza Włoch. No i przede wszystkim, Sylwester Szmyd w swej najlepszej formie, przyjeżdżający wśród najlepszych. To jeden z tych nielicznych w jego bogatej karierze momentów, gdy nie musiał na nikogo pracować. Wtedy byliśmy z niego dumni, lecz i teraz, gdy patrzę na jego jazdę po latach, wciąż odczuwam tę samą satysfakcję. Brawo, Sylwek.

Murciano założył upragnioną złotą koszulkę na podium 9. etapu. Ale dekorowany chwilę wcześniej zwycięzca etapu mógł mu śmiało powiedzieć: Nie ciesz się za wcześnie, piękny chłopcze. Jeszcze z Tobą nie skończyłem.

Dokończenie tej ekscytującej kolarskiej historii w następnym odcinku. Stay tuned.
Krzysztof Suchomski