99. TdF Resumé: Le Tour w kolorze „sky blue”, cz. I

 

Nie ulega wątpliwości, że 99. Tour de France przebiegał pod dyktando jednego zespołu. Wielu obserwatorów przewidywało podobny scenariusz, zwracając uwagę zarówno na siłę Sky Procycling Team zademonstrowaną w wiosennych tygodniówkach, jak i na charakterystykę tegorocznego wyścigu, wyjątkowo odpowiadającą liderowi drużyny. Ale to nie trasa faworyzowała Bradley’a Wigginsa i jego kolegów (myśl o tym, że jakikolwiek związany z kolarstwem Francuz mógłby ustawić Tour pod Anglika, ociera się o świętokradztwo). To ekipa „Niebiańskich” potrafiła pod znaną przecież z góry marszrutę skompletować optymalny skład i perfekcyjnie go przygotować.

O znacznie odbiegających od sztampy przygotowaniach brytyjskiego teamu, których plan skonstruowano z myślą o wygraniu Wielkiej Pętli, pisaliśmy już na naszych łamach. Dla Wyspiarzy batalia o pierwsze zwycięstwo w najbardziej prestiżowej imprezie kolarskiej zaczęła się już w listopadzie 2011 roku. Konsekwentna realizacja śmiałego planu podboju Francji zapewniła kolarzom Sky przewagę nad rywalami, tak w sferze fizycznej, jak i psychicznej. To ostatnie było wynikiem nieczęsto spotykanej serii zwycięstw odniesionych przez nich w wiosennych wyścigach. Dodajmy, w stylu nie pozostawiającym konkurencji złudzeń, co do możliwości nawiązania ze zwycięzcami wyrównanej walki.

Wyścig i tak nie zapowiadał się jako porywający, ale kiedy okazało się, że na żadne fajerwerki ze strony jednego z dwóch głównych protagonistów,Cadela Evansa, nie można liczyć, stał się nudny jak dziennik telewizyjny „za komuny”. Ta sytuacja dzień w dzień prowokowała goniące za sensacją media do prób skonfrontowania, czy nawet skonfliktowania, dwóch najlepszych zawodników Sky Teamu. Gdy nie udało się zapędzić do ringu kolarzy, spróbowano z ich żonami i narzeczonymi, co świadczy o tym, że część z piszących obecnie o sporcie dziennikarzy uczyła się zawodu, relacjonując damskie zapasy w kisielu. Wysiłki mediów „ustawiły” niemałą rzeszę widzów przeciwko Sky (choć naprawdę nie trzeba wcale specjalnego powodu, by Francuz wygwizdywał Brytyjczyka i na odwrót, ale napiszę o tym przy innej okazji).

Najczęściej zadawanym pytaniem było: czy Sky postawiło w tym biegu na właściwego konia? I odpowiedź na nie musi być twierdząca. Wybrano lidera może nie efektownego, ale najpewniej gwarantującego sukces. To przecież on, nie kto inny, wygrał wiosną cztery wyścigi. Za Bradley’em przemawia także jego wiarygodność – rzecz bezcenna w czasach, gdy kolarstwo działa pod bezustannym ostrzałem medialnym z powodu dopingu.


Wiemy sporo o Wigginsie, jego drodze na szczyt, w której nie brakowało wzlotów i upadków, jego etyce pracy (pojęcie charakterystyczne dla kultury anglosaskiej, prawie nie znane w regionie śródziemnomorskim, gdzie wyżej stawia się inne wartości, o czym ciągle powinni pamiętać wysocy komisarze unijni szastający pieniędzmi z naszych podatków). Brad jest wiarygodny, gdy mówi o wyznawanych wartościach i zasadach – podobało mi się jego, wyłożone w Guardianie, życiowe credo. Dodatkowych plusów wizerunkowych przysporzyła Anglikowi decyzja o zatrzymaniu peletonu na zjeździe z Mur de Péguère oraz pomoc udzielana sprinterom ekipy. Wiggins wykonał gigantyczną pracę, by móc dokonać historycznego przełomu. Jest nie tylko pierwszym obywatelem Zjednoczonego Królestwa, ale i pierwszym torowcem, który wygrał Tour de France. Przejdzie na wieki do annałów światowego kolarstwa, nawet jeśli już nic więcej nie wygra.

Chris Froome? Znakomity kolarz, lecz trudno oprzeć się wrażeniu, że to jednak trochę „jeździec znikąd” i bynajmniej nie chodzi o to, że przyszedł na świat w Kenii. Erupcja jego formy na Vuelcie zaskoczyła wszystkich, może poza nim samym. Od początku tego roku również nie dawał dowodów nadzwyczajnych możliwości. W trakcie Touru, podobnie jak na Vuelcie, eksplodował formą, lecz nie mogło to być wystarczającym powodem do rezygnacji „niebiańskiej” ekipy z precyzyjnie opracowanego planu wojennego. Stara zasada mówi wszak, że nie zmienia się koni w trakcie przeprawy przez rzekę.


Pytanie, które tak chętnie zadawali sobie zarówno znawcy, jak i neofici: „kto by wygrał, gdyby się ścigali?” pozostanie bez odpowiedzi. I można tylko oddawać się, jeśli ktoś nie ma nic lepszego do roboty, bezproduktywnym dywagacjom: czy Froome odjechałby Wigginsowi na parę minut, czy też skończyłoby się jak na 17. etapie Vuelty, gdzie Cobo „siłą spokoju” zgasił mojego szalenie zapalczywego, ale mniej wytrwałego imiennika. Obie możliwości są równie prawdopodobne.

Sky Team to nie tylko obsmarowana wyżej para. Król sprintu, Mark Cavendish, imponuje w tym roku hartem ducha, przejeżdżając ciężkie górskie etapy na dwóch największych Grand Tourach. W ostatnich dniach przytarł nosa tym, którym już wydawało się, że mogą mu rzucić rękawicę. Kiedy trzeba pracował też na potrzeby zespołu. Ale prawdziwym tytanem pracy, zasługującym na specjalną nagrodę, był Edvald Boasson Hagen. Norweg, wcześniej słynący jako indywidualista, przejechał z pewnością najwięcej kilometrów na czele peletonu. Niewiele mniej napracowali się Michael Rogers, Richie Porte, Christian Knees i Bernhard Eisel. Niestety z oddali musiał im kibicować, poszkodowany w wypadku w pierwszej fazie wyścigu, Kostia Siwcow.


 
Świetnie przygotowana drużyna potrafiła narzucić i utrzymać w górach tempo, które praktycznie wykluczało możliwość skutecznego odjazdu na dłuższym dystansie i odbierało rywalom wolę walki. Niewątpliwie jej atutem była również znakomita organizacja i najwyższy profesjonalizm wszystkich członków ekipy towarzyszącej kolarzom. Nie sposób nie zauważyć też jak wielkie piętno na funkcjonowaniu „firmy” odcisnął jej współtwórca i szef, Dave Brailsford. To również jego olbrzymi, osobisty sukces.

Na konferencji prasowej po 19. etapie Wiggo powiedział, że kolarstwo jest teraz „bardziej ludzkie” i skończyły się czasy 200-kilometrowych rajdów nadludzi po górach. Miał oczywiście na myśli kolarstwo z EPOki CERAmiki. Ma sporo racji, bo środowisko zrobiło jednak wiele, by zerwać z przeszłością, ale z drugiej strony, patrząc na styl jazdy jego ekipy, wykalkulowany, komputerowo zaprogramowany, w którym kolarze, niczym roboty, kierują się wskazaniami liczników, gdzie na emocje jest miejsce dopiero po przejechaniu linii mety, można wątpić, czy taka przyszłość przypadnie widzom do gustu.

Co, oprócz „tej nudnej brytyjskiej dominacji”, zapamiętamy z tegorocznego Touru? Fatalne w skutkach kraksy, „cieszynki” Sagana, miny Voecklera, szalejącego Marca Madiot, pot kapiący z przygnębionej twarzy Evansa, łzy Bernardeau, ksypamid w próbce starszego Schlecka, gwoździe na Mur de Péguère?
O tym jutro w drugiej części wielkopętlowego podsumowania.

Krzysztof Suchomski