Vuelta 2005: Kto w końcu wygrał?

 

Vuelta a España musiała długo czekać na to, bym poświęcił jej tyle uwagi, na ile zasługuje. Po prostu, kiedyś wyglądało to inaczej. Dziś mówi się „Wielkie Toury” i na jednym oddechu wymienia się Tour, Giro i Vueltę. A parę dekad wstecz takie zestawienie byłoby czymś zgoła niestosownym. Królował niepodzielnie Tour de France, w powszechnej świadomości stanowiący esencję kolarstwa. W jego cieniu tkwiło „zawsze drugie” Giro d’Italia, a Vuelta, jako nuworysz o parędziesiąt lat młodszy, wzbudzała emocje głównie na Półwyspie Iberyjskim.

Hiszpańska trzytygodniówka bywała workiem treningowym dla niejednej uznanej „turdefransowej” sławy, której akurat w danym roku znudziło się w tej roli Giro i dla odmiany przyjechała spuścić łomot potomkom Don Kichota.  Nota bene, terminy włoskiego i hiszpańskiego Grand Touru na ogół kolidowały ze sobą. Od połowy lat dziewięćdziesiątych Vuelta rozgrywana była w terminie wrześniowym, co pozwoliło jej pozbyć się etykietki etapu przygotowawczego do Wielkiej Pętli. Czy określenie „obóz przygotowawczy do mistrzostw świata” stanowi większy powód do dumy, to inna sprawa, niemniej, hiszpański wyścig od tego czasu stopniowo zwiększał swoje słupki oglądalności. Przyczyniło się do tego również wydatne uatrakcyjnienie trasy, odczuwalne szczególnie w ostatnich dziesięciu latach.

Pierwsza edycja, która naprawdę mnie „wciągnęła”, powodując emocjonalne zaangażowanie, nastąpiła dopiero w 2005 roku. Miało w tym zapewne swój udział znużenie monotonią Tour de France, bo ileż można było podniecać się dominacją Armstronga. Przebojem sezonu było jednak Giro, bodaj najlepsze z oglądanych przeze mnie, a Vuelta, prawdę mówiąc, nie zapowiadała się szczególnie rewelacyjnie.  Zdecydowanym jej faworytem był Roberto Heras. Chciał koniecznie zdystansować Szwajcara Tony Romingera, który w latach 1992-1994 zaliczył tu hat trick. Hiszpański mistrz górskich wspinaczek był niekoronowanym królem Vuelty. Od 1999 roku nieprzerwanie kończył wyścig na podium. Lider Liberty Seguros (a niegdysiejszy wasal Armstronga) jechał po swój trzeci z rzędu, a czwarty w ogóle triumf w najmłodszym GT. Na horyzoncie nie było widać nikogo, kto mógłby mu realnie zagrozić, tym bardziej, że począwszy od 2000 roku podium było w zasadzie opanowane przez gospodarzy.

Niespodziewanie protagonistą okazał się kolarz z zagranicy, choć nie do końca obcy. Rosjanin Denis Menchov (w polskiej transkrypcji Dienis Mieńszow), rozpocząwszy karierę zawodową w roku 2000, osiedlił się w Nawarze i tak udanie tam zaaklimatyzował, że (jak wielokrotnie podkreślał) Hiszpania stała się jego drugą ojczyzną. Startując przez 4 lata w barwach Banesto, zyskał szacunek miejscowych kibiców, którzy obdarzyli go przydomkiem Orła z Nawarry. W 2005 roku przystąpił do wyścigu jako lider holenderskiego Rabobanku i już po pierwszym etapie, 7-kilometrowej jeździe na czas, założył złotą (wtedy jeszcze miała taki kolor) koszulkę.

Na 2. etapie trykot lidera odebrał mu Bradley McGee, który wystartował w nim również w Cuenca do 6. etapu, długości 217 km. Zamieszczony poniżej filmik szczególnie nas dziś zainteresuje, bowiem etap kończył się, akurat tak jak dzisiejszy, podjazdem do stacji narciarskiej Aramón Valdelinares. Możemy więc sprawdzić, co czeka kolarzy dziś po południu.

Heras objął prowadzenie w wyścigu, wyprzedzając Rosjanina łącznie o 6 sekund, a następnego dnia zwiększył przewagę do 12 sekund. Orzeł z Nawarry wykorzystał jednak fakt, że jazda na czas była piętą achillesową rywala. Wygrał 9. etap, 48-kilometrową czasówkę wokół Barcelony, i na powrót zamienił pomarańczową koszulkę Rabobanku na złotą.

Przewaga lidera nad Herasem wynosiła zaledwie 37 sekund i wydawało się, że w nadchodzących pirenejskich etapach Hiszpan szybko odrobi straty. Menchov trzymał się jednak asa Liberty Seguros, jak rzep psiego ogona. Nawet na sekundę nie udało się go zgubić na Arcalis, ani na Aramón Cerler, ani też parę dni później na Lagos de Covadonga.

Uparta walka 27-letniego Rosjanina o utrzymanie przodownictwa budziła szacunek i z każdym dniem podnosiła temperaturę zawodów. Sensacja zdawała się wisieć w powietrzu, gdy nastąpił decydujący 15. etap. Pięć premii górskich, w tym ostatnia, hors categorie, przy stacji narciarskiej Valgrande/Pajares.

Świetna jazda ekipy Liberty Seguros, a zwłaszcza znanego nam z późniejszych występów na Giro włoskiego kolarza Michele Scarponiego. Po tym dniu klasyfikacja generalna pierwszej piątki już do końca imprezy nie uległa zmianie. Vueltę 2005 wygrał Roberto Heras, wyprzedzając Denisa Menchova i Carlosa Sastre. Czy na pewno?

Jeśli jest na tym świecie coś stałego, to z pewnością nie zwycięzcy kolarskich zawodów. Na początku listopada ogłoszono, że pobrana po 20. etapie próbka krwi Herasa zawiera erytropoetynę (EPO). Po potwierdzeniu tego faktu w końcu listopada, Hiszpanowi odebrano zwycięstwo i ukarano 2-letnią dyskwalifikacją.

Zwycięzcą wyścigu okazał się urodzony w rosyjskim Orle, a mieszkający w Hiszpanii Orzeł z Nawarry. Czy wygrał kolarz uczciwszy, „czystszy”, czy tylko bardziej sprytny, bo nie dał się złapać? Odpowiedź jest nieoczywista, wręcz trudna, ale dzisiejsza wiedza każe nam przypuszczać, że tak sformułowane pytanie nie jest pozbawione sensu.

Zatem wygrał Menchov. Czy na pewno?

W czerwcu 2011 roku hiszpański sąd cywilny wydał wyrok uchylający karę nałożoną na Herasa. Powodem takiego postanowienia były uchybienia proceduralne związane z zabezpieczeniem i przechowywaniem próbek krwi. Hiszpańska federacja kolarska złożyła odwołanie, lecz sąd wyższej instancji podtrzymał wyrok w grudniu 2012 roku.

Sprawa przyznania zwycięstwa w wyścigu stała się śmierdzącym jajeczkiem, z którym nie bardzo wiadomo, co począć. Federację z jednej strony obowiązuje wyrok sądu, ale nie jest tajemnicą, że wyroki hiszpańskich sądów akurat „idą pod prąd” obowiązujących w kolarstwie szosowym kanonów walki z dopingiem. Decyzją o przywróceniu zwycięstwa swojemu rodakowi Hiszpanie mocno podpadliby międzynarodowej opinii publicznej. A ponieważ i bez tego cieszą się opinią „dopingowego raju” (w którym innym kraju głowa państwa oficjalnie podejmuje obiadem lekarza uznanego za dopingowego „Doktora Zło”?), więc na takie ostentacyjne gesty nie mogą sobie pozwolić.

Udają więc, że sprawy nie ma, a „w papierach” robi się bałagan. Jedne źródła podają, że Vueltę 2005 wygrał rosyjski kolarz Menchov, inne twierdzą, że wygrał hiszpański cyklista Heras, co zaczyna przypominać znany (wygłoszony na benefisie Aloszy Awdiejewa) monolog Stanisława Tyma, o tym, kto wynalazł żarówkę. Nie słyszeliście? To posłuchajcie.

Krzysztof Suchomski