5 powodów, dla których Evans może pokonać Wigginsa

 

Większość przedtourowych prognoz sprowadza rywalizację w klasyfikacji generalnej do meczu Evans – Wiggins. Wcale nie musi to mieć odzwierciedlenia w przebiegu wyścigu, ale trzeba zauważyć, że media uwielbiają pojedynki i taki zabieg, zamieniający sportową rywalizację w walkę o wymiarze niemal osobistym, jest istotnym składnikiem medialnej kuchni.

Anglik wydaje się posiadać silniejsze medialne wsparcie, co niewątpliwie ma związek ze zbliżającymi się Igrzyskami. Wielu fachowców (a należy do nich także Sean Kelly, komentujący Tour dla Eurosportu) uważa jednak, że kolarz startujący z numerem 1 poradzi sobie z rywalem. Zastanówmy się, jakie atuty ma w tej konfrontacji Australijczyk.

Cadel Evans
fot. Michiel Jelijs / Wikipedia
Pierwszy: doświadczenie. Evans już Tour wygrał, wie jak się żółtą koszulę zdobywa, jak się ją nosi, jak się ją traci i odzyskuje. To ostatnie – bezcenne.

Drugi: waleczność. Cadel jest fighterem, który nie zaniedba żadnej okazji, by pognębić rywala, urwać mu parę sekund. Wykorzysta do tego zjazdy, pagórki, odcinki płaskie. Będzie się ścigał z Brytyjczykiem nawet w korytarzu hotelowym.

Trzeci: kondycja. Lider BMC potrafi umiejętnie rozkładać siły i zwykle w trzecim tygodniu prezentuje znakomitą dyspozycję, czego do tej pory nie dało się o Wigginsie powiedzieć.

Czwarty: samowystarczalność. Kolarz z Antypodów nie miał raczej szczęścia do gregario, na których mógłby naprawdę polegać. Nauczył się nie oglądać na innych i radzić sobie sam. Jeśli w wysokich górach protagoniści zostaną sami, to prędzej on ogra rywala niż na odwrót.

Piąty: fart. Evans jest niczym kot zawsze spadający na cztery łapy. Nawet, jeśli zdarzy mu się jakaś kolizja, pozbiera się, otrzepie i pojedzie dalej.

Wszystkie te przewagi Australijczyka nad Brytyjczykiem naturalnie zweryfikuje trasa 99-go Tour de France.

Krzysztof Suchomski