Reflektor Bossa: Killer Łupieżu na WorldTourowych trasach?

 

Schleck Family Saga bawi nas nieprzerwanie od początku sezonu. Bracia, jak na celebrytów przystało, wywnętrzają się przy każdej okazji, a papa Schleck z samochodu (prywatnego, jakby ktoś pytał) pociąga za sznureczki. Rekord ekshibicjonizmu pobił Frank, zwierzając się 18 czerwca reporterowi Het Nieuwsblad:
Nie chcę być mianowany liderem, bo jeśli mój występ będzie niezadowalający, to wszyscy będą narzekać, że nie jestem dość dobry.

Być liderem, nie będąc liderem, albo inaczej być liderem, a za nic nie odpowiadać – luksusowa zaiste sytuacja. Frank S. chciałby mieć tak dobrze jak kiedyś Pierwszy Sekretarz PZPR. Każdy by chciał. RB nisko kłania się Naczelnej Redakcji i zgłasza, iż nie życzy sobie, by tytułować go felietonistą. Po co? Jeszcze zazdrościć będą… Tiszie jediesz, dalszie budiesz.

Wracając zaś do Schleck Neverending Story, gruchnęła wieść o ich rychłym mariażu z kapitałem niemieckim. Sypią się pełne nadziei komentarze, a działacze kolarskiej centrali zacierają z radości stopy (dlaczego nie mogą zacierać rąk RB pozostawia domysłom). Niemcy, meine Herren, Niemcy!!! Widać już, jak lokomotywa europejskiej gospodarki ciągnie w stronę UCI te wagony wypełnione euro.

Małżeństwo luksemburskiego rodzeństwa z niemieckim kapitałem jest o tyle egzotyczne, że Schleck Family reprezentuje tę cechę, której Niemcy w ogóle, a niemieccy kapitaliści w szczególności, unikają jak diabeł wody święconej. Mianowicie: nieprzewidywalność. No, ale niemiecka opinia publiczna do egzotyki pomału przywyka, choćby patrząc na swą piłkarską reprezentację.

Team Alpecin – miałaby się nazywać nowa ekipa. Kim Andersen, typowany na jej dyrektora, lecz ciągle oczekujący na przelew z RadioShack udaje, że o niczym takim nie słyszał. Za to Jens Voigt stwierdza, że nie ma dymu bez ognia i z nadzieją otwiera co wieczór skrzynkę na maile w oczekiwaniu oferty. Mógłbym się jeszcze rok pobujać w siodle, a potem „w dyrektory” – marzy mu się. Dobrze kombinuje, bo grupa niemiecka nie mogłaby się, tak czy owak, obyć bez teutońskich akcentów. Ba, Niemcy powinni na dobrą sprawę grać w niej pierwsze, drugie i trzecie skrzypce z waltornią na dokładkę. Ino niema komu za smyczek złapać. Klodi zawsze był anty – gwiazdą, a ci ostatni, co jeszcze na topie, w swoich teamach mają mocną pozycję i pod skrzydła Schlecków im niekoniecznie spieszno. Już nawet Ullrich się przypomniał deklarując, że na rowerze codziennie jeździ do kiosku po papierosy, więc z wprawy nie wyszedł i jakby co, to jest dyspozycyjny, jak Kasia Figura w „Killerów 2-ch”. Akonto przyszłych sukcesów firmuje swą twarzą wyroby firmy Alpecin.

RB się nie podnieca i zachowuje do tych rewelacji bezpieczny dystans, ponieważ wie również to, że Niemcy są mistrzami świata w hipokryzji. Z jednej strony wywierają olbrzymią presję na swoich sportowców (którzy praktycznie mają patriotyczny obowiązek wygrywać wszędzie, gdzie startują) i gotowi są przymknąć oczy, uszy i i inne otwory na metody, jakimi się zdrową, niemiecką tężyznę fizyczną osiąga. A z drugiej, dbają o wizerunek „świętszych od papieża” i niech tylko media wywęszą jakiś smrodek, to pierwsi są w stawianiu gilotyn i stosów do palenia czarownic.

A właśnie pojawiają się na horyzoncie gradowe chmury, wieszczące aferę, która zatrzęsie w posadach gmachem z neonem WorldTour. Już raz, po aferze Telekomu, wylano dziecko (niemieckie, o mein Gott!!!) z kąpielą. Poległy Protourowe ekipy i zadomowione w kalendarzu wyścigi, zwłaszcza, ciekawy i w swoim czasie rzucający rękawicę Vuelcie, Deutschland Tour.

RB sprawdził na stronie internetowej Alpecinu, kto zacz. Mają przyfabryczną, amatorską drużynę kolarską, nawet bawią się w rajdy samochodowe, lecz ogólnie sport to raczej na poziomie zakładowej wycieczki na grzyby. Mają też grupę terapeutyczną do łażenia z kijkami – Frank mógłby się zabrać z nimi, nie stresowałby się tak rywalizacją. Organizuje im te gry i zabawy ex-profi Jörg Ludewig (nie mylić z Olafem Ludwigiem). Na utrzymanie braci Schlecków i towarzyszącego im dworu koncern musiałby jednak wyłożyć nieporównanie większą kasę i nie wystraszyć się ryzyka.

Nie wiadomo, ile jeszcze czasu upłynie zanim znów zobaczymy krzyżackie płaszcze na rowerowych trasach, ale jeśli je ujrzycie, nie dziwcie się, że upstrzone reklamami kosmetyków. Alpecin właśnie je produkuje. Ich flagowym wyrobem, jak doczytał RB, jest szampon, który (dzięki bezimiennemu Mozartowi reklamy) promowany jest jako Killer Łupieżu.

Noo… to już pachnie prywatną zemstą Schlecków na Bjarne Riisie. Ten ostatni znosi to mężnie, nadal dumnie obnosi się z przykładnie wyfroterowaną fryzurą, stanowiącą teraz znak firmowy aż dwóch banków (złośliwi twierdzą, że trzech, wliczając w to bank krwi). Znak, a może nawet fetysz. RB wprawdzie nie zauważył jeszcze, żeby kolarze przed wyścigiem całowali go w łysinę na szczęście (jak niegdyś Laurent Blanc Fabiena Bartheza), ale przecież mogą to robić w autobusie, ukryci przed oczami gawiedzi. Bo kolarze, jak wiadomo wszystkim, a kontrolerom WADA w szczególności, to ludzie nad wyraz dyskretni.

Krzysztof Suchomski