Bradley’a Wigginsa droga na Olimp (część II)

 

Czy wiosenna erupcja formy długonogiego Anglika może mieć jakiś związek z wulkanem? Nawet jeśli to wulkan wygasły? Jak doprowadzić do takiego wybuchu? Nie ma w tym żadnej alchemicznej tajemnicy. Wystarczy po jego zboczach przejechać na rowerze parę tysięcy kilometrów.



fot. Team Sky

– Mój trener jest w kolarstwie od niedawna, przyszedł z pływania, więc trenuję teraz jak pływak – żartował Bradley na mecie czasówki w Bourg-en-Bresse. – Trening trwa systematycznie cały rok, co nie jest w kolarstwie tradycją, która nakazuje zaczynać w styczniu walkę z tłuszczem i fatalną kondycją i budować formę, startując w kolejnych wyścigach.[1]

Wyniesione z pływania doświadczenie Kerrisona podpowiadało mu, że starty w zawodach kradną czas na trening. Ograniczył liczbę występów lidera drużyny. Dla tradycyjnych kolarskich nacji (Francuzów, Belgów, Włochów, Holendrów) niemożność oglądania swoich idoli w akcji brzmi jak herezja – co weekend jest przecież wyścig ważny dla kibiców, sponsorów, grup sportowych, mediów. Nuworysze, tacy jak Amerykanie, Brytyjczycy, czy Australijczycy, mają do tradycji podejście bardziej pragmatyczne. Lance Armstrong (tak jak przed nim Greg LeMond, a ostatnio i Cadel Evans), odrzucając sypiące się zewsząd zaproszenia, zaliczał do lipcowej imprezy niewiele ponad dwadzieścia dni wyścigowych.

Na zakończenie sezonu 2010 Wiggins miał na liczniku ponad 12 tysięcy kilometrów, przejechanych w 77-miu dniach startów. W 2011 roku było to odpowiednio niecałe 11 tysięcy km i 70 dni. Natomiast w tym roku na starcie w Liege będzie miał za sobą tylko 29 dni startowych. Dla porównania Frank Schleck zaliczył już w wyścigach 55 dni, Nibali 42 dni, Gesink 38, Hesjedal 49 a Voeckler 53 [2].

Metoda wydaje się skuteczna. Przejechał w zawodach mniej dni, mniej kilometrów, mimo to jest w formie, w jakiej go jeszcze nie widziano. Metoda startowa ma, oprócz pewnych zalet, jednak tę zasadniczą wadę, że kolarz „zużywa się” fizycznie i psychicznie. Nie tylko na szosie, ale i w autobusach, samolotach, hotelach, poczekalniach i tak dalej. Do tego dochodzi ryzyko urazów i straty czasu potrzebnego na ich leczenie. Cytowany już wcześniej Robert Millar potwierdza, że często startujący liderzy, jedżąc z wyścigu na wyścig, nie budują formy, a co najwyżej regenerują utracone w trakcie startów i podróży siły. Wiggins i jego doradcy zdecydowali się na usunięcie całej listy niepotrzebnych stresów i niewygód, by zapewnić sobie komfort czasu i spokoju do systematycznego podnoszenia umiejętności i wydolności organizmu. To jednak nie jedyna tajemnica wiosennej formy londyńczyka.

– Chcę trenować bez kompromisu – powiedział trenerom Wiggo. To oznacza wstawać na trening wcześniej, pracować ciężej i dużo więcej czasu spędzać poza domem. Siedli zatem i spisali zasady bezkompromisowego planu przygotowań ujęte w pięciu punktach:
1. Duża ilość pracy w grudniu i styczniu jako kamień węgielny pod budowę formy w następnych fazach.
2. Częste dwu i trzytygodniowe obozy mające przyzwyczaić organizm do wspinaczek w intensywnym upale, a po treningu zapewnić optymalne warunki do regeneracji.
3. Program poprawy słabych stron: praca nad siłą potrzebną do wspinaczek, nad poprawą zdolności do regeneracji w trakcie zawodów i nad zdolnością do podejmowania wysiłku w stanie wyczerpania.
4. Zmniejszenie liczby startów w wyścigach. Wybór wyścigów pod kątem zminimalizowania uciążliwości podróży i niewygód.
5. W wyścigach obejmować jak najszybciej rolę lidera i utrzymywać ją jak najdłużej, by oswoić lidera i drużynę ze stresem i nauczyć kontroli nad peletonem.

Realizacja planu treningowego Kerrisona i Suttona zaczęła się 1 listopada 2011 roku – kiedy rywale po zakończonym sezonie zapadali w sen zimowy. Bazę treningową Kerrison znalazł na Teneryfie już w styczniu 2011 roku (wcześniej trenował tam… któż inny, jak nie Lance Armstrong). Wigginsowi to miejsce też dobrze się kojarzyło. Pierwszy pobyt tam zaowocował przecież późniejszym zwyciestwem w Dauphine 2011 i, jak wspomina Sean Yates, dyrektor teamu, dało to Bradley’owi pozytywnego kopa [3].

Rzadkie starty a pomiędzy nimi długie okresy treningu w odosobnieniu. – Czas poświęcony na trening sięga 95%, a może 97% roku – wyjawił po drugim triumfie w Delfinacie Wiggins. – Jedyną niedogodnością jest, że to mentalnie trudne do zaakceptowania, ale jak dotąd radzę sobie z tym całkiem nieźle.

Oklepana fraza o życiu pustelnika pasuje tu jak ulał. – Odcięli nas od świata, było dobre piętnaście mil do najbliższej wioski – wspomina Michael Rogers. –Cokolwiek działo się w Europie, mogliśmy o tym nie wiedzieć.

Miejscem odosobnienia był Parador Hotel w parku narodowym Teide na Teneryfie, posadowiony na zastygłej lawie wulkanicznej na wysokości 2100 m nad poziomem morza. Z okien widok na księżycowy krajobraz z dominującym stożkiem krateru Mount Teide (3718 m n.p.m.), którego zbocza stanowiły miejsce codziennej katorgi.



fot. Daniel Gainza / Wikipedia

Świadkiem majowych treningów Sky Teamu był William Fotheringham z Guardiana [4]. Nieustający wiatr, wulkaniczny pył wykłuwający oczy i piekący w twarz, oddychanie rozrzedzonym, kwaśnym powietrzem, powodującym bunt płuc, nos i gardło wypalone od wewnątrz.

W tych warunkach Bradley zaliczał dzienną porcję wspinaczki zawierającej 4 000 metrów przewyższenia. Sekwencja trzy dni po sześć godzin pracy, dzień lżejszego treningu, powrót do sekwencji i tak na okrągło, by przed startem w Wielkiej Pętli mieć w nogach 100 tysięcy metrów przewyższenia. Trening Anglika to nie tylko trening mięśni, to może nawet bardziej trening charakteru. Tu mógł zmierzyć się z samym sobą i sprawdzić granice własnej wytrzymałości. Sprawdzić, a potem je przekroczyć – o to w tym chodzi. Kerrison zmuszał Wigginsa do przekraczania granic. Powiedział Fotheringtonowi:
– Kiedy zaczynaliśmy, wszyscy uważali, że Brad radzi sobie w górach nieźle, gdy nachylenia nie przekraczają 7%. Teraz poradzi sobie nawet powyżej 13%.

Co dało się wiosną odczuć. Pięć startów, trzy zwycięstwa. To robi wrażenie – pisze na swoim blogu Robert Millar – ponieważ nie były to poślednie wyścigi, a widoczna łatwość, z jaką ekipa Sky kontrolowała wszystko na trasie, musi budzić zaufanie.

Na czwartym etapie Critérium du Dauphiné Wiggo zniszczył konkurentów. A jego załoga dała w górach pokaz kontroli nad peletonem nieoglądany od czasów US Postal (które to już porównanie do Armstronga?).

Na konferencji prasowej po etapie jazdy na czas pytano go, czy szczyt formy nie nastąpił zbyt szybko. Pytali go oto samo po Paryż – Nicea i po Romandii, a on z typowo brytyjską flegmą i niewzruszoną pewnością siebie niezmniennie odpowiadał: – Formę szykuję na lipiec.
To już nie ten sam Bradley, który w w 2009 roku mówił: – Nie wierzyłem, że mogę wygrać Tour. To dla innych, myślałem, przecież chłopaki z Kilburn nie wygrywają Tour de France.

Teraz pasmem zwycięstw, a zwłaszcza efektownym triumfem w Delfinacie, Wiggins wywalczył pole position. Czy je wykorzysta i nie zawiedzie jako faworyt?
– Bywałem już w takiej pozycji, startując na torze, więc to dla mnie nic nowego – przyznał na konferencji prasowej w Liege. – Jestem w fantastycznej formie, mam wyrównany i mocny zespół, co w tym wyścigu jest bardzo ważne. Jestem zachwycony, będąc w takiej pozycji i nie mogę doczekać się startu.

Krzysztof Suchomski

przypisy:
[1] www.teamsky.com
[2] dane ze strony www.cqranking.com
[3] www.cyclingnews.com
[4] William Fotheringham, Volcano gives Bradley Wiggins the fire for assault on Tour de France, The Guardian,23 May 2012

pierwsza część