Bradley’a Wigginsa droga na Olimp (część I)

 

Tytuł siłą rzeczy musi wywoływać skojarzenia z Igrzyskami Olimpijskimi, ale fani kolarstwa nie mają przecież wątpliwości, że siedziba bogów mieści się niedaleko Champs Élysées. Co nie znaczy, że nie można w tym roku upiec przy jednym ogniu dwóch pieczeni. Jedenaście dni – tyle dzieli dziewiętnasty (decydujący, jak sądzi wielu) etap tegorocznego Tour de France i olimpijskie zawody w jeździe na czas.

Droga do nieśmiertelności kończy się na asfalcie Hampton Court Road. A gdzie się zaczyna? Dla Bradley’a Wigginsa zaczęła się w 1980 roku w Gandawie, gdzie przyszedł na świat. Prowadziła przez dzieciństwo spędzone w Londynie i treningi kolarskie, do których nakłonił go ojciec, Gary (też zawodowy kolarz), oraz starty na torach w wyścigach na dochodzenie i madisonie. Na Igrzyska w Sydney pojechał jako dwudziestolatek i wrócił z brązowym medalem. Cztery lata później, w Atenach, wywalczył pierwsze olimpijskie złoto, a w Pekinie stawał na najwyższym podium dwa razy.


Trzy złote olimpijskie medale, sześć triumfów na torowych mistrzostwach świata. Taki dorobek na ogół z nawiązką wystarcza, by jego posiadacza skłonić do spoczęcia na laurach, publikowania pamiętników i konsumowania profitów. Ale Bradley Wiggins jest człowiekiem, który ciągle musi stawiać sobie kolejne cele i niczym nienasycony alpinista szuka wciąż nowych wyzwań. Jego determinacja i konsekwencja może imponować. Pod tym względem bardzo przypomina mi Lance’a Armstronga. Są i inne podobieństwa, o czym będzie poniżej.

Najpierw jednak wspomnimy o tym, że szefowie debiutującego w zawodowym peletonie w 2010 roku Sky Pro Cycling Teamu szybko dostrzegli zbieżność ambicji Bradley’a z ich planami. W końcu, jak wieść gminna niesie, grupa powstała po to właśnie, by zatknąć Union Jacka na Łuku Triumfalnym.

Siedmiokrotny triumfator Tour de France zaczynał sezon w marcu, starannie wybierał kilka zaledwie startów pod kątem przygotowań do celu, którym zawsze było kolejne zwycięstwo w Wielkiej Pętli. Preferował pracę na obozach przygotowawczych, objazd trasy, trening na wybranych odcinkach Touru. Pieczołowitość, z jaką Boss i jego ekipa dopracowywali każdy szczegół przygotowań budziła zawsze mój podziw. Lance jako jeden z pierwszych zrozumiał, że o powodzeniu decydują detale. Planował swoje kampanie do najdrobniejszych szczegółów, włącznie ze sposobem ustawienia autobusu na parkingu. Styl pracy jego sztabu pod wieloma względami przypominał sztaby wojskowe planujące operacje militarne [1].

Ekipa Sky podąża wytyczoną przez poprzedników drogą, którą Robert Millar określa w swoim blogu [2] mianem micro percentages thinking. Szybsze rowery, bardziej niezawodne mechanizmy, bardziej funkcjonalne ubiory, lepiej wyposażone pokoje hotelowe, zdrowsza dieta, optymalnie dobrany program startów – suma drobnych kroków pozwalająca zdystansować konkurentów na drodze do wielkiego celu. A wspomniany bloger zna się na rzeczy, jak mało kto. Jedenastokrotny uczestnik La Grande Boucle i zwycięzca klasyfikacji górskiej w dwóch największych wyścigach jest do dziś najlepszym brytyjskim „góralem” w historii kolarstwa.

Zdarza się, że u podstaw sukcesu leży porażka. Tak Wigginsowi, jak i całej ekipie trudno było przełknąć gorycz klęski poniesionej na francuskich szosach w 2010 roku. Tym bardziej, że czwarte miejsce w generalnej klasyfikacji, niespodziewanie wywalczone przez Anglika rok wcześniej, przyjęto jako obiecującą zapowiedź walki o podium.

Wiggo, niezadowolony z osiągniętej formy, wymógł po sezonie na swoich szefach zmiany w sztabie trenerskim. W Sky Teamie pojawili się Shane Sutton, którego metody kolarz znał z przygotowań do Igrzysk w Pekinie, oraz Tim Kerrison, zawdzięczający swą renomę pracy z australijskimi pływakami i wioślarzami. Australijczyk, mimo że o kolarstwie wiedział niewiele, został osobistym coachem Bradley’a, odpowiedzialnym za jego przygotowanie fizyczne.


Pierwsze efekty ich współpracy były zachęcające. Trzecie miejsce w wyścigu Paryż – Nicea i zwycięstwo w Critérium du Dauphiné znów rozbudziły wyspiarskie nadzieje przed lipcowym startem. Ale upadek na siódmym etapie i złamany obojczyk wyeliminowały lidera Sky Teamu z walki o żółtą koszulkę. Sezon zakończyły aż trzecie i tylko trzecie miejsce w hiszpańskiej Vuelcie oraz wicemistrzostwo świata w jeździe na czas. Apetyty Wigginsa, dyrekcji teamu i sponsora pozostawały nadal niezaspokojone. Wspólnie postanowiono, że rok 2012 będzie rokiem przełomowym.

Wielkie cele wymagają nieszablonowych metod działania. Kerrison musiał dokonać rewolucji w systemie przygotowań formy swego podopiecznego do najważniejszego wydarzenia sezonu. Takie cele wymagają też poświęceń. O tym wszystkim w następnej części. Warto będzie przyjrzeć się, z jakich śrubek skręcono kolarską maszynę do wygrywania.

Bo przecież wyprawa Sky Teamu na rozpoczynający się w sobotę dziewięćdziesiąty dziewiąty Tour de France ma być najbardziej udanym startem Brytyjczyków na ziemi francuskiej od czasów występu łuczników pod Azincourt.

Krzysztof Suchomski

przypisy:
[1] więcej na ten temat w książce: Daniel Coyle, Wojna Lance’a Armstronga, Wydawnictwo Studio Emka, Warszawa 2005
[2] Robert Millar, The new way – Why Team Sky changed their game plan, www.cyclingnews.com