Tour de France 2008 – recenzja z przedstawienia

 

Wprawdzie pozostał do rozegrania ostatni etap najbardziej prestiżowego wyścigu kolarskiego, lecz bez większego ryzyka możemy już pokusić się o podsumowanie całej imprezy. Etap kończący się finiszem, którego wygranie jest marzeniem każdego sprintera, tradycyjnie dla czołówki klasyfikacji generalnej jest „etapem przyjaźni” i próby ataku na pozycję lidera byłyby nietaktem równym poproszeniu do tańca królowej Anglii.

Podobnie jak w dwóch ostatnich latach rywalizacja kolarzy na trasie wyścigu została w dużym stopniu zepchnięta w cień przez rywalizację lekarzy z mikrobiologami, przy czym słowo „lekarzy” należałoby raczej wziąć w cudzysłów. Do tego, niestety istotnego, wątku Tour de France pozwolę sobie wrócić na zakończenie niniejszego resume, bowiem najpierw wypada jednak zająć się sportowym aspektem wielkiego widowiska.

Spektakl

Osią dramaturgiczną tegorocznego wyścigu był pojedynek samotnego niczym szeryf z filmu W samo południe Cadela Evansa ze znakomicie zestawioną i zorganizowaną drużyną CSC-Saxo Bank. Osaczony przez rywali Evans, mając w ręku kartę atutową w postaci finałowej jazdy na czas, przyjął defensywną taktykę, która jest w zasadzie jedyną taktyką jaką ten kolarz zdolny jest realizować. Wyobrażenie go sobie w roli kolarza atakującego wymaga uruchomienia pokładów wyobraźni wystarczających do stworzenia Parku Jurajskiego. Evans jechał więc, tak jak potrafi, oganiając się przed atakami konkurentów jak myśliwy w tajdze przed wilkami.

W roli „wilczej sfory” los obsadził kolarzy CSC. Czy z roli wywiązali się bardzo dobrze, czy zaledwie poprawnie – w tej kwestii opinie są podzielone. Entuzjaści pana zwanego „Mister 60%” i jego teamu zachwycali się zespołową pracą drużyny złożonej z , bądź co bądź, wielkich indywidualistów oraz tempem jakie wachlarzyk duńskiej ekipy potrafił narzucić na górskich etapach. Krytycy, do których zaliczał się między innymi Bernard Hinault, wskazywali, że ich jazda jest zbyt monotonna, by zmęczyć Evansa i zdobyć nad nim wystarczającą przewagę przed czasówką. Jak się okazało, niewielka przewaga wystarczyła do utrzymania żółtego trykotu, lecz na 20-tym „etapie prawdy”, jak kiedyś nazywano próby samotnej walki z czasem i odległością, więcej w tym było „zasługi” zaskakująco słabej jazdy Evansa niż nadzwyczajnego występu Carlosa Sastre.

Wielu osobom, w tym i piszącemu te słowa, wydawało się, że trudne etapy alpejskie rozerwą nieźle już zmęczoną czołówkę i rozstrzygną o losach rywalizacji. Nic takiego się jednak nie stało. Czołówka trzymała się razem niczym grupa trenująca drużynową jazdę na czas. Brak rozstrzygnięcia rywalizacji na etapach alpejskich rozczarował większość kibiców kolarstwa, lecz trzeba dostrzec też jasną stronę tego zagadnienia. Paradoksalnie, mimo wyłażącej tu i tam nudy, spektakl do końca trzymał w napięciu, a kulminacja nastąpiła, tak jak to sobie organizatorzy wymarzyli, na 20-tym etapie.

Wątkami drugoplanowymi przedstawienia były rzecz jasna boje o koszulki innego niż żółty koloru. W tym roku walka sprinterów była znacznie bardziej ekscytująca niż zmagania sympatyków bielizny w grochy. Polka dot shirt zdaje się z roku na rok tracić na znaczeniu. Jeszcze w latach 90-tych walczyło o nią liczne grono rzeczywiście najlepszymi w peletonie wspinaczy, dziś stało się to zabawą dla paru hobbystów.

Rywalizacja demonów szybkości była bodaj najciekawszym akcentem tegorocznego Touru. Wprawdzie zabrakło tak zacnych konkurentów jak Petacchi, Boonen i Bennati, lecz i tak mogliśmy obejrzeć w akcji śmietankę sprinterów z byłymi mistrzami świata i wielokrotnymi zdobywcami zielonej koszulki na czele. Średniowieczne „umarł król, niech żyje król” będzie najbardziej trafnym podsumowaniem sprinterskiej pokoleniowej zmiany warty. Robbie McEwen potwierdził, że najlepsze sportowe lata ma definitywnie za sobą. Freire, Hushovd, Zabel, Hunter, Steegmans i inni mogli się tylko przyglądać koronacji nowego króla – Marka Cavendisha Pierwszego, który panować może niepodzielnie przez szereg kolejnych lat (o ile w dzisiejszym kolarstwie w ogóle można ryzykować tego typu prognozy). Przyznam się, że widok młodziana, który na płaskich jak stół finiszach dokładał sułtanom sprintu dwie długości roweru budził mój nabożny podziw. I jeżeli ktoś może strącić Brytyjczyka z piedestału, to prędzej któryś z młodych wilków niż starych repów.

Wątek młodzieżowy widowiska wiąże się z godną zauważenia kreacją młodszego z braci Schlecków i obiecującego, regularnie czyniącego spore postępy Czecha Romana Kreuzigera. Zaserwowano nam także wątek kryminalny, w którym w rolę czarnych charakterów wcielili się m.in. dyrektorzy i kolarze formacji Saunier Duval z dyżurnym enfant terrible peletonu Riccardo Ricco, ale o tym później. Mieliśmy też elementy z pogranicza sztuki cyrkowej i farsy w postaci nagłego zniknięcia pewnego dzielnego francuskiego byłego idola. Ale były też prawdziwe dramaty wynikające z niebezpiecznych kraks i upadków, jak upadek z wysokości paru pięter Oscara Pereiro Sio lub widowiskowy zjazd po stoku Johna-Lee Augustyna.

Dla nas, Polaków, pasjonująca była historia z gatunku „jak stracić wszystko, by osiągnąć rzecz niemożliwą”, czyli bajka pod tytułem Jak Cunego Tour wygrywał. Historia ta nie skończyła się happy endem, mimo heroicznych wysiłków Sylwestra Szmyda i paru jego kolegów.

Wielka pętla, jak każde szanujące się widowisko, miała swoich aktorów drugiego planu i całe tłumy statystów. Najważniejszym gwiazdom poświęcimy osobny rozdział.

Aktorzy

Carlos Sastre – w sobotę stanął przed największą życiową szansą i jej sprostał. Wyścig wygrał w rytmie refrenu nieśmiertelnego przeboju Beatlesów With A Little Help From My Friends. Nie zmienia to mojej opinii , że na 17 etapie Bjarne Riis popełnił błąd. Gdyby Andy Schleck, zamiast marnować siły na krążenie wokół słabnącego brata, zużytkował te siły na pomoc Sastre, Evans byłby pokonany kilka dni wcześniej. Niezależnie od pomocy przyjaciół Sastre zasłużył na końcowy moment triumfu pod Łukiem, nomen omen, Triumfalnym, ponieważ po wyeliminowaniu kolarzy Saunier Duval, pozostał jedynym z czołówki, który podjął rzeczywisty, nie pozorowany atak. Zwycięstwo jest ukoronowaniem kariery wytrwałego, słynącego z pracowitości kolarza. Lecz powiedzmy sobie szczerze, na kolana nikogo nie rzucił.

Cadel Evans – założył sobie plan i realizował go konsekwentnie aż do przedostatniego etapu. Jego największym atutem jest wytrzymałość i dzięki temu przeciwnikom nie było łatwo zgubić go w górach. W ubiegłym roku pokazał świetną formę w końcowej jeździe na czas, lecz nie starczyło to do wygrania wyścigu. Tym razem zawiódł w tej próbie, mimo łatwiejszego zadania, bo przecież finałowy przeciwnik był nieco mniejszego formatu. Jego główne wady to niechęć do zmian tempa i „porażająca” nieumiejętność przyspieszania. Nieefektowna, asekurancka jazda sprawiła, że wielu obserwatorów przyjęło jego porażkę z ulgą.

Bernhard Kohl – wystąpił w roli niespodzianki nr 1, choć od paru lat pokazywał się na górskich etapach różnych wyścigów i tylko kwestią czasu było kiedy dołączy do „góralskiej” czołówki. Trzecie miejsce w generalnej klasyfikacji i koszulka w grochy to największy sukces Pana Kapusty, nawet zważywszy na to, że koszulkę najlepszego górala zdobył prawie bez walki. Wielkiego Touru chyba nigdy nie wygra, ale może w nich być kimś w rodzaju Richarda Virenque.

Frank Schleck – parodniowy lider, uważany za speca od klasycznych jednodniówek nigdy przedtem tak dobrze nie pojechał w trzytygodniowym wyścigu. Wciąż jest na fali wznoszącej. Był wyraźnie rozczarowany utratą koszulki lidera, lecz nie świadczy to najlepiej o umiejętności realnej oceny sytuacji. Nie odesłał młodszego brata do pomocy koledze, a powinien to zrobić. Z taką jazdą na czas miałby jeszcze jakieś szanse we Vuelcie, lecz o triumfie w Wielkiej Pętli może zapomnieć. Ma jednak jeszcze spore rezerwy.

Andy Schleck – zwycięzca w kategorii do lat 25 i w opinii wielu: przyszły zwycięzca Tour de France. Ma nogi, płuca i głowę zdolne by tego kiedyś dokonać. Musi się jeszcze wiele nauczyć, między innymi tego, że czasem dla sukcesu trzeba poświęcić więzi rodzinne. Mimo wielkiej aktywności i ogromu wykonanej pracy świeżość z jaką kończył najtrudniejsze etapy budziła podziw. I na tym poprzestańmy.

Denis Menchov – na którego konsekwentnie stawia team Rabobanku (właśnie przedłużono umowę o kolejne 2 sezony), kolejny raz pozostawia swoim występem niedosyt. Bardzo dobry w górach i w jeździe na czas, ale nie potrafi ustrzec się przed małymi kryzysami powodującymi, że łapie niewielkie straty uniemożliwiające potem wygranie Wielkiej Pętli. Może jego „kompetencje” kończą się jednak na wygrywaniu Vuelty i miejscach w pierwszej piątce w pozostałych Grand Tourach? Nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w karierze, zatem ma szansę udowodnienia, że to nieprawda.

Christian Vande Velde – kto wie jak on wygląda? Jeden z najbardziej niewidocznych aktorów przedstawienia. Już dawno tak „niewidzialny” kolarz nie zajął tak eksponowanego miejsca w tej imprezie, co wystawia mu znakomitą rekomendacje do roli ducha w kolejnych serialach.

Stefan Schumacher – początkowo sprinter, potem „klasykowiec”, dziś wybitny specjalista od jazdy na czas i niekwestionowanie najwaleczniejszy kolarz wyścigu – „człowiek orkiestra”. Kto zgadnie do czego jeszcze będzie zdolny? Gdyby zapowiedział, że w przyszłym sezonie wygra Paris – Roubaix, wcale bym się nie zdziwił.

Mark Cavendish – był objawieniem poprzedniego sezonu, w tym jest już gwiazdą pierwszoplanową. Do dwóch triumfów w Giro dorzucił cztery w Tour de France, kolejne są tylko kwestią czasu. Nie wiem, czy bardziej podziwiać jego szybkość na finiszu, czy szybkość, z jaką ten chłopak się uczy. Tak niedawno wydawało się, że warunkiem jego zwycięstw jest dobre rozprowadzenie, a już w drugim tygodniu wyścigu udowodnił, że potrafi sam zaczaić się za plecami rywali i zaatakować w stylu swojego idola – Robbiego McEwena.

Oscar Freire – po raz pierwszy zdobyta zielona koszulka i nie pierwszy już sukces etapowy mogą w pewnym stopniu osłodzić mu lanie sprawione przez bezczelnego brytyjskiego młokosa. Jeszcze lepszym lekarstwem na odniesione „rany” byłby sukces w Pekinie.

Alejandro Valverde – wbrew swoim chęciom i szumnym zapowiedziom przyszło błyskotliwej gwieździe zagrać rolę pokonanego bohatera. Pokonanego może bardziej przez góry niż szczególnie mocnych przeciwników, ale czy to może być dla niego pocieszeniem? Czy ta kolejna dotkliwa porażka w Wielkim Tourze sprawi, że w końcu pożegna się ze złudzeniami i skoncentruje na tym, co potrafi najlepiej na świecie? Zwycięstwo na Olimpiadzie pozwoliłoby mu odzyskać humor, ale co na to Freire?

Damiano Cunego – znakomicie sprawdził się w roli bohatera tragikomicznego. Jego okrzyk bojowy „Piano!” przejdzie do historii heroicznych komend wielkich wodzów. Ponoć Wajda myśli o obsadzeniu go w roli Papkina w remake’u  Zemsty Tak czy owak, perspektywy kariery są.

To, co chcielibyście wiedzieć o walce z dopingiem, ale boicie się zapytać

Logicznie rzecz biorąc, sprawy dopingu nie są rzeczą, którą jakikolwiek wyścig, a już tak sławny z pewnością , chciałby się przechwalać i „obnosić po mediach”. Wydawałoby się, że wizerunek Touru został w ostatnich latach wystarczająco zszargany przez dopingowe afery. Dlaczego więc nie mogę oprzeć się wrażeniu, że komuś bardzo, ale to bardzo zależy, żeby miliony ludzi na całym świecie bardziej pasjonowały się brudną stroną wyścigu niż rywalizacją kolarzy? Nie wiem, czy są to rozgrywający jakieś karty organizatorzy, czy mający przerośnięte ego przedstawiciel komisji antydopingowej, a może ktoś kto usilnie chce zareklamować osiągnięcia pewnych laboratoriów badawczych. Nabrałem takich podejrzeń, ponieważ scenariusz rozgrywania dopingowej karty jest w tym roku skonstruowany z logiką wykluczającą jego przypadkowość. Jak nie wiadomo o co chodzi, to zwykle chodzi o pieniądze, a wokół Tour de France pieniądze krążą niemałe.

Pomińmy całą rozpętaną w ostatnich czasach histerię, która spowodowała, że media, niczym stado szakali, czyhają na każdą wzmiankę o dopingu bardziej niż na informacje o kolarskiej rywalizacji. Przyjrzyjmy się kolejności wydarzeń podczas wyścigu.

Najpierw pojawiła się informacja o zakwestionowaniu składu krwi dziesięciu uczestników Touru. Mowa jest o zagadkowych, ale niesprecyzowanych anomaliach. Brak nazwisk i szczegółów. Czy można było zrobić coś więcej dla podgrzania atmosfery? Nic tak nie wzbudza sensacji jak tajemnica, wiedzą o tym świetnie specjaliści od public relations. Podanie nazwisk sprawiłoby, że kolarze wycofaliby się i napięcie szybko by opadło. Widzowie zamiast podniecać się aferalną stroną wyścigu mogliby spokojnie skupić się na sportowej walce na szosie. Do tego jednak nie dopuszczono i przez kilka etapów trwały dopingowe dywagacje umiejętnie podsycane kontrolowanymi przeciekami. I gdy co bardziej niecierpliwi zaczynali wątpić, czy nie była to dziennikarska kaczka, wprawnie rzucono mediom na pożarcie Manuela Beltrana – nazwisko w sam raz, jeszcze nie z pierwszych stron gazet, ale też nie błahe. Potem zainteresowanie tematem było umiejętnie podtrzymywane ujawnieniem nazwiska kolejnego delikwenta (Moises Duenas) i zagadkowym zniknięciem Moreau. Z ujawnieniem przypadku Ricco poczekano do spektakularnych zwycięstw ekipy Saunier Duval, by wypuścić w świat jeszcze bardziej spektakularną bombę z serii „odkrycia naukowe XXI wieku”. Cel niewątpliwie osiągnięto i doping tych niegodziwych kolarzy stał się znów w mediach dyżurnym tematem kanikuły. Potwór z Loch Ness popełnił z zazdrości samobójstwo, które przeszło jednakże bez większego echa, bowiem media i środowiska kolarskie wciąż zajęte są spekulowaniem na kogo teraz padnie, grzeszników bowiem jak wszyscy pamiętają miało być dziesięciu. Oliwy do ognia dolano kolejnym faktem medialnym, czyli przeszukaniem samochodu pewnego słynnego taty.

Antydopingowa Temida nie wygląda bynajmniej na tak ślepą jak o niej powiadają. Tak się składa, że uderza w pewne środowiska, starannie omijając inne, może to jednak być zbieg okoliczności bardzo fortunny dla ASO w jej rozgrywkach z innymi organizacjami. Walka z dopingiem jest rzeczą na tyle poważną, że nie powinna stanowić terenu polityczno – finansowych rozgrywek między różnymi wpływowymi lobby, ani okazją do robienia karier przez różnej maści hipokrytów.

Reasumując, 

oglądaliśmy średnie widowisko charakteryzujące się średnią temperaturą emocji, zakończone zwycięstwem średnio efektownego kolarza. Co tu ukrywać, oprócz zajmujących momentów, z telewizora nieraz wiało nudą. Dało się ją przeżyć przy wybitnej pomocy wodzirejów Tomasza Jarońskiego i Krzysztofa Wyrzykowskiego, nieodmiennie pozostających w wysokiej formie i prowadzących całą zabawę z dystansem i przymrużeniem oka.

Krzysztof Suchomski