Kolarze i kolarzyki

 

RB jest w równym stopniu rozbawiony co i zniesmaczony modą na „zrzucanie presji” jaka zapanowała wśród kolarskich potentatów. Zjawisko dało się zaobserwować wcześniej, ale ostatnimi czasy zdecydowanie się nasiliło, przed startem hiszpańskiej Vuelty wręcz osiągając rozmiary epidemii.

Kolarze wymieniani jako faworyci ważnego wyścigu, zamiast spokojnie przyjąć to „na klatę”, robią, co mogą, by wywinąć się z obowiązku odpowiedzialności za wynik. Ten mało trenował, tamtego coś boli, innemu nie przepisali syropku, a komuś tam psycholog zabronił się denerwować. Same mimozy.

To inni są faworytami, nie ja. To tamci są silni, zdrowi i bojowi, a ja? Cóż ja mogę, skromny, mały robaczek? Jestem za delikatny na taką presję. Mogłaby mnie przytłoczyć, a i bez tego często się przewracam.

Weźmy na przykład takiego Contadora. Przykład najlepszy z możliwych, bo nikt z obecnie startujących nie wygrał więcej od niego Wielkich Tourów. Piękny Alberto, stając co wieczór przed lustrem pyta: Lustereczko powiedz przecie, kto jest najlepszy na świecie? Pyta, mimo że z góry zna odpowiedź. Ale gdy mu mikrofon pod nos podtyka jakiś żurnalista, to będzie łgał, że gdzież tam on, a skądże. On tu tylko zwiedzać przyjechał. To tamten jest faworytem, to jego się czepiajcie – pokazuje palcem na Froome’a jak Jasio pytany przez nauczycielkę, kto wrzucił gąbkę do akwarium z rybkami.
alberto-contador-tour-of-basque-country-tinkoff-saxo_3116624

Biały Kenijczyk, który dowody swego mimozowatego charakteru rozsiewa mocniej niż Rosjanka zapach francuskich perfum, też wywija się jak może od jasnej deklaracji, bąkając coś o powrocie do grand-tourowego ścigania, sprawdzeniu swoich sił w trzytygodniowych zawodach i podsumowując wypowiedź rozbrajającym stwierdzeniem, że do Vuelty podchodzi bardziej relaksowo niż do Tour de France.

Jeszcze wcześniej Chris Horner, było nie było obrońca tytułu, zastrzegał, że kto jak kto, ale on absolutnie nie może czuć się faworytem. Mimo, że przed rokiem pokonał tu znakomicie jadącego Nibalego w sposób porównywalny do „chodzenia po wodzie”. No i doigrał się – zdjęli go z listy startowej. Najwyraźniej na innych nie podziałało to jak przestroga. Do wesołego grona asekurantów dołączył nawet małomówny zazwyczaj wódz z Andów. Swoją drogą, to niezły paradoks, że przed najbardziej nieprzewidywalnym z wielkich wyścigów etapowych, ma on tak bardzo zdecydowanego faworyta w postaci zwycięzcy tegorocznego Giro d’Italia.
Nairo Quintana w maglia rosa

Nie myślcie jednak, iż ten ostatni pokornie godzi się z losem głównego kandydata do zwycięstwa. To byłoby zbyt… staromodne? Zapewne to iście indiańska skromność każe mu oświadczać za pomocą Twittera, że inni są godniejsi miana faworytów i na nich niech spłynie presja i przygnie ich do asfaltu odpowiedzialność za wynik.

Te i im podobne słowne gierki stają się o tyle niesmaczne, że przecież czytający je odbiorcy są w dużej części doskonale zorientowani w realiach kolarstwa szosowego. Próby wciskania im takiego „kitu” niestety świadczą o tym, że dzisiejsi liderzy mają kolarskich fanów za naiwnych frajerów gotowych przełknąć każdą głupotę ćwierkniętą przez gwiazdę szos. Taka highway star (przepraszam Was, Purple, za tę bezczelną grę słów) uważa bowiem, że to jej rozchwiane ego jest jedyną rzeczą wymagającą stałego dopieszczania, a rola kibica sprowadza się do składania wyrazów hołdu i uwielbienia, najlepiej w postaci „lajków i srajków”, do czego przecież wystarczy inteligencja krewetki.

Może zatem odwołać ten wyścig? Bo skoro nikt nie chce tu wygrać, to po co przyjeżdżają? Na darmowe noclegi i żarcie?

Czy tak zachowałby się Anquetil, Merckx, Hinault, LeMond, Indurain? Do głowy by im nie wpadło stawiać konkurentów powyżej samych siebie. Przez gardło nie przeszło by dumnym mistrzom przyznanie, że jakiś rywal jest bardziej od nich godny miana zwycięzcy.

RB przez lata karmiony sloganami, że kolarstwo to sport „dla prawdziwych mężczyzn”, zabawa dla „twardych ludzi” nie miał powodu, by w nie wątpić, bo takiego powodu nie dawali mu przez długie dziesięciolecia kibicowania zarówno bohaterowie pierwszych stron gazet, jak i szeregowi gregario. Ostatnio ze smutkiem stwierdza, że w peletonie nie tylko brakuje prawdziwych, autentycznych gwiazdorów, ale coraz trudniej tam znaleźć faceta z… skorośmy w hiszpańskich klimatach, niech będą… cojones. Takiego, którego stać na to, by stanąć przed kamerami czy mikrofonami i powiedzieć po prostu: Tak, jestem najlepszy i przyjechałem tu, by to udowodnić.

Chlubnymi wyjątkami byli w ostatnich trzech sezonach tylko Wiggins przed Tourem 2012 i Nibali przed Giro 2013. Zapowiedzieli, że jadą po zwycięstwo i dotrzymali obietnicy. A przecież żaden z nich nie roztacza wokół siebie aury macho niczym Banderas w Desperado. Mężczyzną bowiem jest się bardziej we wnętrzu niż na zewnątrz, choć przyznać trzeba, że i aparycja na coś się niekiedy przydaje.

RB stał się ostatnio, chcąc nie chcąc, pilnym czytelnikiem Twittera. Wczytując się w ten wielojęzyczny zgiełk XXI-wiecznej wieży Babel, próbuje wyłowić z niego jakieś istotniejsze, kolarskie w swej naturze treści. Coraz trudniej o to, bo peleton (w ślad za innymi sferami życia) opanowują różne celebryckie mody i genderowe dziwactwa. Czasem odnosi się wrażenie, że dla dorosłych mężczyzn najważniejszą rzeczą na wyścigu kolarskim jest zrobienie sobie sweetfoci i poinformowanie swoich wielbicieli, pardon, followerów, co gwiazdeczka jadła na kolację i czy łóżeczko w hotelu było wystarczająco mięciutkie.

No i te kolarzyki w zderzeniu z niewirtualną a prawdziwą rzeczywistością trudów wyścigu i kaprysów pogody padają jak muchy. Uogólnianie oczywiście może niektórych oburzyć, ale to przecież kolarski felieton, a nie naukowa dysertacja. Podobnie jak przejaskrawianie obrazu będące zbójeckim prawem felietonisty. Który z nostalgią patrzy na pożegnanie z peletonem tak barwnej i wyrazistej indywidualności, jaką stanowi Jens Voigt. Tacy ludzie odchodzą z zawodowego peletonu, coraz częściej zostawiając puste, nie wypełnione przez następców miejsca.
Marianne Vos mistrzyni świata w kolarstwie szosowym

Gdzie ci mężczyźni? Nie po raz pierwszy powtarza RB pytanie, tak wdzięcznie kiedyś postawione przez Danutę Rinn. I może dlatego z wciąż narastającym zainteresowaniem przygląda się temu, co dzieje się w kolarstwie kobiecym. Wyścigi pań, w większym stopniu niż panów, przypominają mu kolarstwo, jakie kiedyś pokochał. Odważne, szaleńcze nawet, bezkompromisowe i pełne fantazji. Jakoś ostatnio łatwiej w damskim peletonie trafić na (nie obrażając miłych pań) kolarza z… hmm… no wiecie.

A teraz cieszmy się Vueltą i liczmy, że ktoś jednak zdobędzie się na odwagę.

Krzysztof Suchomski

P.S. Ciekawe, czy krasnalek Quintana przygotował na Vueltę czerwony rowerek, buciki, rękawiczki tudzież inne części kolarskiej garderoby?