Tour de Pologne 2014: Miodowy miesiąc trwa

 

Jak szokować, to seriami – postanowił najwyraźniej Rafał Majka. Do dwóch wygranych etapów i koszulki najlepszego górala Tour de France dorzucił dwa etapy i końcowy triumf w naszym narodowym tourze. Za jednym zamachem zakończył kolejne, mierzone latami, dołujące polskich kibiców kolarstwa „czarne serie” bez zwycięstwa. Jeszcze niedawno brzmiałoby to jak bajka. Ale to się dzieje naprawdę.

Obiecałem kibicom, że wygram i dotrzymałem słowa – przypomniał Rafał dziennikarzom o swojej obietnicy sprzed roku. Zajął wtedy czwarte miejsce. Teraz również startował do wyścigu jako faworyt, choć trasa nie była „szyta” pod niego. Wiadomo przecież, że jego żywiołem są wysokie góry i długie, trudne podjazdy – właśnie takie jak w Alpach czy Pirenejach. Ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Zwłaszcza, gdy się jest w takiej formie fizycznej i psychicznej.

I jak tu nie zgodzić się z obiegową maksymą, że sukces zmienia ludzi. Wyczyn, którego dokonał niedawno na największym kolarskim „targowisku próżności”, dodał polskiemu kolarzowi pewności siebie i olbrzymiego zaufania do własnych możliwości. Słowackie góry to wprawdzie nie Trydent, ale podjazd do Szczyrbskiego Jeziora wystarczył, by lider Tinkoff – Saxo pokazał stawce rywali, kto tu jest szefem. Jednak to etap do Bukowiny ze słynnym podjazdem pod Gliczarów, zbliżony bardziej charakterem do belgijskich klasyków niż górskich tras Wielkich Tourów, sprawił, że opadła mi szczęka.

BueIyEbCEAAnoln

Majka rozegrał go jak stary wyjadacz. Najpierw, na najtrudniejszym odcinku przed górską premią, zdecydowanym atakiem dokonał redukcji peletonu do małej grupki najwytrwalszych przeciwników. A na ostatnim podjeździe do mety ruszył do przodu w tempie, które natychmiast odebrało konkurentom chęć do walki. Tak atakowali najwięksi mistrzowie. Nokautując, pozbawiając złudzeń.

Na końcowej czasówce, która w myśl wszelkich przedstartowych prognoz miała „rozdać” miejsca na podium, jego największym przeciwnikiem było nawarstwiające się zmęczenie. Rafał dojechał do mety „na oparach”, ale euforia zgromadzonej na krakowskim Rynku publiczności szybko postawiła go na nogi.

Byliśmy świadkiem „narodzin gwiazdy”. Do tej pory Rafała Majkę cenili i dopingowali wierni fani kolarstwa szosowego. Od wczoraj kolarz z Zegartowic, pisząc historię kolarstwa, stał się „własnością narodu”. Ma wszelkie dane po temu, by stać się ulubieńcem Polaków. Skromny, szczery, spontaniczny, nie zepsuty ani sławą, ani marketingową manierą, w naturalny sposób zjednuje sobie ludzi. Kiedy mówi: Tej bomby, co rzuciłem na koniec, nikt nie mógł wytrzymać! Nie wiem, czy jestem w formie, po prostu jadę. I wiem, że jak mnie boli, to tych, co jadą z tyłu, też – przypomina nam jednocześnie wczesnego Adama Małysza i znanego z celnych sformułowań Piotrka Żyłę.

Mimo niewielkich różnic w klasyfikacji generalnej, sugerujących wyrównaną walkę, Majka (przy wydatnej pomocy całego teamu) zdominował imprezę do tego stopnia, że wszystkie inne spostrzeżenia i wnioski zeszły na dalszy plan. Zacznijmy więc teraz od początku, czyli od trasy i organizacji wyścigu.

Potwierdziło się, że wcale nie musimy szukać dwutysięczników, by zorganizować atrakcyjne zawody. Najciekawszym fragmentem Tour de Pologne był sprawdzony, od paru lat będący wizytówką wyścigu, etap do Bukowiny. A kiedy kolarze chcą się porządnie pościgać to i Alpy im niepotrzebne i płaskie końcówki nie straszne, co udowodnił choćby Petr Vakoč. Miejmy nadzieję, że to ostatecznie przekona Czesława Langa, by nie szukać „po szerokim świecie” tego, co z powodzeniem możemy znaleźć w kraju, ewentualnie przy małej pomocy naszych południowych sąsiadów.

BuIh4ECCQAAyAJ2

Podobnie jak w latach poprzednich, opinię o wyścigu kształtuje w ogromnej mierze telewizyjny obraz. Po ubiegłorocznej wpadce ktoś jednak wziął sobie krytykę środowiska fanów kolarstwa do serca, bo na ekranie pojawiły się i standardowe informacje i nawet budzące uznanie nowinki graficzne. Nasza państwowa telewizja uczyniła spory krok naprzód w sferze realizacji transmisji i gdyby nie trudne do wytłumaczenia zaniedbania na decydującym etapie jazdy na czas, można by mówić o sukcesie w tym obszarze.

Tegoroczna lista startowa zawierała wyraźnie mniej „wypasionych” nazwisk od tej sprzed roku. Potwierdziło się, że termin wyścigu jest znacznie lepiej zgrany z sezonem turystycznym niż kalendarzem startowym kolarskich gwiazd. Na szczęście „Majka Show” sprawił, że mogliśmy z powodzeniem zapomnieć o braku innych kolarskich celebrytów. W jego cieniu znaleźli się też pozostali polscy cykliści.

Najczęściej, obok Rafała, pokazywanym Polakiem był Maciek Paterski. Kolarz CCC Polsat popisał się kilkoma udanymi rajdami po punkty klasyfikacji górskiej i wygrał ją zdecydowanie. Przemek Niemiec zajął wysokie piąte miejsce w klasyfikacji generalnej i pokazywał się często na czele peletonu, czego nie mogę powiedzieć o paru innych zawodnikach, którzy ukończyli wyścig w czołowej dziesiątce. Amador, Deignan, Gesink, Nerz przemknęli się do top 10 „kuchennymi drzwiami”, a niewiele wyżej oceniam aktywność Christophe Riblona, który o mało nie wskoczył nam na „pudło” ostatniego dnia.

Upartych Basków z Movistaru, Jona Izaguirre i Benata Intxausti, nie dało się przeoczyć, byli bowiem największymi rywalami naszego głównego bohatera. Obaj zmieścili się na podium, a ich zespół, mający też w składzie Sylwka Szmyda, wygrał zdecydowanie klasyfikację drużynową. Skoro już przy klasyfikacjach jesteśmy, to uzupełnijmy listę triumfatorów o zwycięzcę pierwszego etapu, Yauheni Hutarovicha, który zdobył koszulkę dla najlepszego sprintera.

BunOcvXIEAEY-xb

Największą niespodziankę sprawił wspomniany już 22-letni kolarz OPQS Vakoč, który po samotnym przejechaniu linii mety na drugim etapie, przez cztery kolejne dni dzielnie bronił żółtego trykotu i ostatecznie ukończył wyścig na wysokim 10. miejscu. Kompletnym zaskoczeniem był też wygrany etapowy sprint w Katowicach przez Jonasa Vangenechtena z ekipy Lotto, którego trudno byłoby jednak nazwać obiecującym młodzieżowcem.

Z bardziej znanej młodzieży, przebłyski talentu demonstrowali Warren Barguil i Davide Formolo. Natomiast nasi młodzi kolarze z reprezentacji Polski pokazywali się często na płaskich etapach, zabierając się, podobnie jak ich koledzy z CCC, w prawie każdy odjazd. Gdy zaczęła się zabawa dla dużych chłopców, musieli jednak spasować. O dziwo, pas powiedzieli też ci, którzy zdaniem Piotra Wadeckiego mieli bić się o czołową piątkę, czyli Rebellin i Samoilau. W tej sytuacji najwyżej z kolarzy CCC uplasował się Marek Rutkiewicz (11). Niestety, czasy, gdy ten ostatni mógł realnie myśleć o wygraniu swojego ulubionego wyścigu, odeszły chyba bezpowrotnie.

Z remanentów powyścigowych to chyba wszystko. To zdecydowanie najradośniejszy Tour de Pologne, jaki przyszło mi opisywać na moim kolarskim blogu. Lato, jak to ono, szybko zleci. Miną letnie burze, jak ta, która właśnie wyłączyła transmisję z LondonRide Classic na decydujące 2 km finiszu. Pewnie już w trakcie Vuelty zaczniemy zastanawiać się kto z naszych i z jakimi szansami na mistrzostwa świata w hiszpańskiej Ponferradzie.

Nie obarczajmy już może Rafała obowiązkiem kończenia kolejnej serii bez zwycięstw, czy przełamywania następnych barier. W kolarstwie (dla mniej zorientowanych) to tak nie działa, że wygrywa się raz za razem przez cały sezon. Rafał zakończy starty wyjazdem do Colorado, traktowanym bardziej jako roztrenowanie niż „robienie wyniku”. Mamy jednak drugiego kolarza światowej klasy, który jest przecież aktualnym mistrzem świata w jeździe drużynowej na czas, i nie ukrywa, że także w wyścigu indywidualnym chciałby stanąć na podium. Będziemy znów trzymać kciuki za Michała Kwiatkowskiego, Maćka Bodnara w ITT i wszystkich biało-czerwonych. I wierzę, że dzięki tegorocznym wyczynom polskich kolarzy, będzie tych zaciśniętych kciuków wielokrotnie więcej niż w poprzednich latach. Kolarstwo wraca pod polskie strzechy. Oby na stałe.

Krzysztof Suchomski