Autobus z napisem KONIEC

 

Jedzie kolarski peleton po polskich drogach. Jedzie i skojarzenia nieuchronne wywołuje. Bo musi, nie może być inaczej. Człowiek ma pewne rzeczy zakodowane w głowie i już. U mnie to kodowanie jest silne i (podejrzewam) mogło się nawet, przepraszam za wyrażenie, podprogowo dokonać. Znaczy się, bez zgody i świadomości obiektu. Czyli mnie.

Gdy byłem jeszcze niemowlęciem, dobiegający co pół godziny ze wszystkich głośników radiowych sygnał Wyścigu Pokoju, nie dość, że brutalnie wyrywał mnie z drzemki (do dziś nie lubię budzenia), to jeszcze mnie uwarunkował, jak nie przymierzając, jakiegoś psa Pawłowa. I potem, jako dziecko, już tak miałem: rower równa się kolarstwo równa się Wyścig Pokoju równa się TA TA TRATATATA TA TA.

Bardzo długo moja świadomość wypierała fakt istnienia innych wyścigów kolarskich. Mówili coś tam w radiowych wiadomościach sportowych, ale nie zapisywało mi się na twardym dysku. W latach 60. łaskawie dopuściłem możliwość egzystowania innych kolarskich zawodów, oczywiście wyłącznie jako formy obozów treningowych przed Wyścigiem Pokoju.

Najpierw, jak wszyscy wokół, kibicowałem polskim kolarzom: Staszkom, Królakowi i Gaździe, potem Jankowi Kudrze, ale takim prawdziwym idolem stał się Maryś Kegel, bo to nasz chłopak był, z Poznania. Doceniałem też z czasem niuanse internacjonalistycznej rywalizacji, nauczyłem się cenić szlachetnych przeciwników reprezentujących bratnie socjalistyczne narody (nie jestem na prochach, po prostu piszę językiem ówczesnych mediów, oddając klimat epoki), takich jak Gajnan Sajdhużin czy Klaus Ampler (tatuś znanego średniemu pokoleniu Uwe). Przyjeżdżały też asy z dekadenckiego Zachodu, jak Bernard Guyot, Ole Ritter, Herman Van Springel, Jean-Pierre Danguillaume – ale prawie zawsze dostawały łomot od uczciwych przedstawicieli mas pracujących, dających dowód niezłomności sojuszu robotniczo – chłopskiego.

Zmierzam do tego, że na ogół świetnie orientowałem się, co się dzieje z przodu.  Relacje medialne też się do tego sprowadzały. Kto wygrał lotną premię, kto ucieka i kto za nim goni. Nie było wielogodzinnych transmisji, helikopterów, kamer na motocyklach – przynajmniej w tak zwanym siermiężnym okresie „gomułkowszczyzny”. Tych z końca się nie widziało – gdy peleton mignął przed nosem, leciało się do domu, by na finisz w telewizji zdążyć.

Z ostatnich na mecie to sobie żarciki robiliśmy. Często były to egzotyczne „wynalazki”, mające nadać wyścigowi światowy charakter. Pamiętam listonoszy z Kuby, a jeszcze bardziej pocieszni byli rikszarze z Indii – ci zgodzili się przesiąść na rowery, ale turbanów nie pozwolili sobie zdjąć. Podobno przyjeżdżali na metę późno, przy blasku księżyca – ale mało komu było dane to oglądać.

Dawało się jednak wyczuć (przynajmniej u nas, młodziaków) taką dychotomię myślenia o kolarzach. Podziw dla zwycięzców i pewnego rodzaju lekceważenie tych, którzy przyjeżdżają na końcu. Każdy z nas jeździł wtedy na rowerze, ale nie rozumieliśmy dobrze, co to naprawdę znaczy telepać się prawie 200 km w słońcu i deszczu, kurzu i błocie. Dopiero trzy dekady później miał się pojawić ktoś wiele znaczący dla historii kolarstwa, kto powiedział: nawet najsłabszy kolarz jest wciąż wybitnym sportowcem.

Aż przyszedł rok 1971. Obejrzałem film, który przywalił mi niby obuchem.

http://sport.tvp.pl/8759676/filmy-na-podium-autobus-z-napisem-koniec

 

Epopeja Rylanda Kehleta, duńskiego studenta startującego w Wyścigu Pokoju, była czymś całkowicie zaskakującym. Wcześniej nikt w Polsce, a może i na świecie, nie pokazywał w ten sposób wielkiego sportowego wydarzenia. To był jeden z takich momentów, o których mówi się, że po nich nic już nie jest takie samo. Mogę to z całą pewnością powiedzieć o moim postrzeganiu kolarstwa, sportu, rywalizacji, o szacunku dla pokonanych.

Dokument Mariusza Waltera ma też wiele walorów czysto filmowych, o czym mówi w komentarzu Janusz Zaorski, człowiek „z branży”. Zasłużenie zresztą zbierał nagrody na festiwalach filmowych. Patrząc na niektóre sceny nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ich echo odnajduję w nakręconych parę lat później dziełach Jörgena Letha, uchodzącego za mistrza w ukazywaniu na ekranie kolarstwa szosowego w jego różnorodności oblicza.

Takie to były czasy. Odnosiliśmy kolarskie sukcesy i na szosie i na filmowych festiwalach. Myślałby kto, że to pierwsze jest trudniejsze, okupione większym wysiłkiem. Ale na razie o następców Szurkowskiego jednak łatwiej niż o następców Waltera.

Krzysztof Suchomski