Story o Piracie i cenie sławy

 

I znów, w krótkim odstępie czasu, przychodzi mi pisać o wielkiej kolarskiej legendzie. Niedawno miał premierę film poświęcony Marco Pantaniemu. Historia Il Pirate to kolejny napisany przez życie scenariusz w sferze dramaturgicznej i emocjonalnej nie ustępujący szekspirowskim dramatom.

Nie jesteśmy zaskoczeni zakończeniem, bo ta opowieść jest przecież powszechnie znana. Film Jamesa Erskine’a co najwyżej wzbogaca naszą wiedzę o wielkim włoskim kolarzu. Pokazuje dzieciństwo i początki kariery, zapoznaje nas z jego rodziną, przyjaciółmi i ludźmi, którzy towarzyszyli mu w trakcie burzliwej sportowej kariery.

Jego kolarskie osiągnięcia, zdumiewające wyczyny na szosie, znaliśmy wcześniej, oglądaliśmy dziesiątki razy, ale i tak warto je sobie przypomnieć po raz kolejny. Poza tym, patrzenie na Pantaniego w akcji. to po prostu czysta przyjemność i satysfakcja. Jego sylwetka na rowerze ma w sobie coś z bliskiego ideałowi piękna posągów Fidiasza. O ileż jest jednak lżejsza, subtelniejsza, choć ma w sobie tę, tak pożądaną i niezbędną w sporcie wyczynowym, drapieżność.

Atakujący Pantani to widok przepiękny. Mnie zawsze kojarzył się z zapamiętanymi z filmów przyrodniczych sylwetkami pędzących gepardów. W taki też właśnie sposób przyozdobiony charakterystyczną bandaną kolarz dopadał przeciwników – swoje ofiary. Jeszcze jako młody chłopak, zapytany przez trenera, dlaczego tak lubi wspinać się na podjazdach, odpowiedział zaskakująco: Lubię patrzeć, jak cierpią ci, których mijam. Nikt, ani przed nim, ani po nim, nie pokonywał górskich szczytów z taką lekkością i klasą.

Ale to nie walory estetyczne decydują o wadze filmu nakręconego przez wytwórnię Goldcrest Films International.  Dokument ukazuje, obok chwil chwały i triumfów „Pirata”, również ciemne strony jego kariery. A zakazany doping, hazard i powiązanie niektórych ludzi sportu z mafijnym światkiem legalnych i nielegalnych zakładów to fakty, które nie odnoszą się tylko do tej jednostkowej historii. To fakty, które w sporcie są obecne na co dzień, mają charakter zjawisk, a nie pojedynczych incydentów. Dlatego film Erskine’a, inspirowany wcześniej wydaną książką również występującego na ekranie Matta Rendella, jest ważnym głosem w dyskusji o współczesnym sporcie.

Film zmusza do refleksji, a powinien zwłaszcza pobudzić szare komórki ludzi przyzwyczajonych do postrzegania świata w tonacji czarno-białej. Zapraszam na seans.

 

Próbując na własny użytek osądzić Pantaniego (och, jakże łatwo nam przychodzi ferowanie pochopnych wyroków), nie możemy zapominać o okolicznościach. O tym, że najlepsze lata kariery spędził w środowisku, które go kształtowało i miało na niego wpływ. Mógł przyjąć reguły tego środowiska, albo zrezygnować z wyczynowego sportu. I jak się z filmu dowiadujemy, kilka razy w życiu był bardzo blisko tej decyzji. Żyłby może do dziś…

Tak, mógł nie godzić się na doping. I wycofać się ze ścigania z najlepszymi. Nie dajcie wiary harcerzykom opowiadającym Wam, że mógł przecież „nie brać” i nadal z powodzeniem startować. Wygrać z Indurainem, Bierzinem, Ugrjumowem, Tonkowem, Jalabertem, Ullrichem, Armstrongiem? Na czysto?

No proszę… Nie żartujmy sobie.

Cenną zaletą filmu jest ukazanie zakłamania towarzyszącemu nie tylko kolarstwu, ale i sportowi w ogóle. Ta hipokryzja przejawia się między innymi w tym, że żąda się od sportowca zwycięstw za wszelką cenę, narzuca się bezlitosną presję wyniku, wymaga się efektownych występów zawsze i wszędzie. I przymyka się oczy na metody, jakimi sportowcy te wyniki i zadziwiającą formę osiągają.

Siedząc w wygodnych fotelach, lubimy oglądać wygrywających i bijących rekordy Boltów, Nadalów, Ronaldów, ale nie chcemy wiedzieć, skąd bierze się ich nadludzka moc. Ta niewiedza jest naszym alibi. Zawsze po fakcie będziemy mogli zapałać świętym oburzeniem: Oszukał nas!!!? A to łotr spod ciemnej gwiazdy. I zadowoleni z własnej bezkompromisowości przełączymy telewizor na inny kanał.

To film o kolarstwie i o wielkim kolarzu, lecz nie tylko. Bezlitośnie obnaża fałsz i obłudę tak zwanej opinii publicznej, dla której dopiero co uwielbiany i noszony na rękach bohater nagle staje się nikim. A gdy opuszczony, pozbawiony wsparcia psychicznego, przegrywa walkę z losem i umiera, nagle pojawiają się tłumy „roniących łzy”, „malujących laurki” i „stawiających pomniki”. A w dupę ich wszystkich kopnąć…

Film Pantani: The Accidental Death of a Cyclist kładzie na szalach wagi piękno sportu i pozytywnych emocji związanych z kibicowaniem oraz ciemne strony w postaci ceny, jaką przychodzi za to zapłacić. Żyjemy w świecie, w którym nie ma nic za darmo. Pamiętajmy o tym także, gdy poślemy dziecko na pierwszy trening. Niech mementem będą słowa matki Marco Pantaniego:

Sport powinien oznaczać życie, nie śmierć. Sport powinien być piękny i zdrowy. Posłałam syna, by uprawiał sport, gdyż myślałam, że sport oznacza zdrowie i dobre towarzystwo. Ale nie zawsze tak jest. Nie zawsze.

Krzysztof Suchomski