Reflektor Bossa: Kręć, Adam, kręć!

 

Trwają Mistrzostwa Polski w kolarstwie szosowym. I jak co roku, od pewnego (stanowczo zbyt długiego) czasu więcej kolarskich asów się wyścigowi przygląda, niż w nim startuje.

Czy mogło być inaczej? Ba! Nie tylko mogło, ale i jest. Niestety, w innym z wszechświatów. RB wierzy naukowcom, którzy twierdzą, że nasze uniwersum jest tylko jedną z niezliczonych wersji współegzystujących ze sobą kosmosów. W nich realizują się wszystkie możliwości nie zaszłe w tym, co zwykliśmy nazywać naszą rzeczywistością. I w jednym z tych niewidocznych dla naszych oczu wszechświatów nie popełniono karygodnego i brzemiennego w skutkach błędu. O jakim błędzie mowa i co on ma z kolarstwem wspólnego? – zapytacie. Ano ma i to właśnie chce dziś RB na światło dzienne wywlec i przykładnie potępić. A opowieść godna jest narracji Bogusława Wołoszańskiego.

Ponad trzydzieści lat temu ktoś, zapewne tata, Jan, przypiął uzdolnionemu ruchowo przedszkolakowi z Wisły narty, zamiast posadzić go na rower. Ta nieznana dokładnie data (zapewne IPN kiedyś dokładnie wyświetli tę sprawę, bo przecież Narodowi należy się uczciwa, niezakłamana esbecką propagandą informacja) jest początkiem złotej ery w branży narciarstwa wyskokowego, jednocześnie zaś, o czym wiedzą nieliczni, jest czarnym dniem polskich szprych.

Młody Adaś był nie tylko urodzonym w Wiśle góralem, ale i urodzonym „góralem” szosowym. Wzrost, budowa ciała i dynamit w nogach – natura nie mogła lepiej się postarać. RB może tylko wyobrazić sobie to depnięcie przed szczytem – Gilberty i Contadory oglądałyby tylko reklamy na pośladkach Adama. No a charakter wielkiego sportowca? Rzecz bezcenna. Bozia dała taki kolarski potencjał, a tatko wziął i narty dziecku przypiął. A mogło być tak pięknie. Nie żeby w obecnej wersji historii źle to wyglądało. Zbieraliśmy medale, punkty i puchary, były rekordy oglądalności i narodowy entuzjazm. Było leć, Adam, leć i to całe bla, bla, bla.

Ale mogło być jeszcze piękniej, jeszcze biało-czerwoniej, jeszcze telewizyjniej. I bez tej kupy śniegu. Zamiast w Predazzo porządziłby nasz mistrz na Zoncolanie (nawet niedaleko, rzut beretem), a my dyskutowalibyśmy w studiach i na forach w temacie „O wyższości Orła z Wisły nad Orłem z Navarry”. Mielibyśmy polskiego zwycięzcę Tour de France, jak w banku. Swojego Merckxa, Adama Kanibala, a tak mamy posuchę trwającą bez mała dwadzieścia lat. Co z tego, że Sylwek po raz któryś wykona tytaniczną niczym doktor Judym pracę? Docenią nieliczni, a tu trzeba porwać naród, który zawsze Kmiciców stawiał ponad Judymów.

Tu trzeba między tłumami śmigać do mety, na podium wskakiwać, seksownie obcisłą żółtą bieliznę przyodziewać, z panienkami o nogach dłuższych niż narty do zdjęć pozować, szampanem fotoreporterów polewać, a to wszystko na tle Łuku Triumfalnego. RB dla takiego widoku wycierpiałby nawet komentarz fachowców z TVP i obecność w studiu redaktorów Kurzajewskiego, Szaranowicza i Maryli Rodowicz.

Jeśli trzydziestoparomilionowy naród zwariował na punkcie mistrza świata w skokach narciarskich, to co zrobiłby, mając czempiona w wyścigu szosowym? Wiedzą ci, którzy pamiętają fenomen majowego szaleństwa, kiedy to na płynący z radia dźwięk hejnału wyścigu przystawały pojazdy, zatrzymywały pracę dźwigi, wstrzymywały oddech wielkie piece hutnicze, kury przestawały gdakać, a wróble ćwierkać – cała Polska zamierała z uchem przy radioodbiorniku. Siatkarze lali Ruskich, piłkarze dokopywali Brazylii, Polki biegały szybciej od Afroamerykanek, z Igrzysk wracaliśmy z workami medali, a w maju i tak liczył się tylko Wyścig Pokoju.

Ten fenomen można by odbudować, bo potencjał w społeczeństwie drzemie ogromny. Popyt na idola jest jak dojmująca tęsknota zaburzająca zmysły i po jakimś czasie człowiek nawet w kasjerce z supermarketu widzi Natalię Siwiec. Jeśli zakopiański konkurs skoków mógł zgromadzić sto tysięcy, to ile zgromadziłoby się na trasie wyścigu z udziałem „Małysza roweru”?

O ożywieniu gospodarczym nie wspominając. Na najmarniejszym etapiku reklam ustawić się da dziesięć razy więcej niż na najmamutszej z mamucich skoczni.

Reasumując, RB składa do władz państwowych uzasadniony poważnymi względami społecznymi i ekonomicznymi wniosek, by Adama Małysza, który jest naszym bogactwem narodowym większym niż złoża gazu łupkowego, znacjonalizować. Nie może taki mistrz sam, egoistycznie, decydować o własnym losie. Choć przyznać należy, że odstawienie do piwnicy nart było ruchem we właściwą stronę. Szos mamy, mimo wszystko, więcej niż skoczni. Ale samochody? Rajdowe!??? A gdzie Polaka powinność? Co się w naszym katolickim kraju dziecku na komunię kupuje? Samochód czy rowerek?

Daj sobie, Święty Adamie, pocieszycielu nasz, spokój z tymi rajdami. Auta są passé, drogie w utrzymaniu i na potęgę zatruwają środowisko. A rowerzysta co najwyżej bidon do rowu wyrzuci. Z polimerów biodegradowalnych, ma się rozumieć. Poza wszystkim, musimy Cię, jako dobro narodowe, chronić (wyobraź sobie te trzydzieściparę milionów aniołów stróżów nad Twoją głową, fajny widok, nie?). Starczy, że nam się jeden idol w rajdowej gablocie rozwalił i do dziś nie mogą go dobrze w całość poskręcać.

Na sukcesy w kolarstwie jeszcze nie jest za późno. Trzydzieści pięć? Człowieku, w peletonie to ledwie wiek średni. Masz jeszcze piątkę do emerytury. O ile rząd znów nie podniesie.

Na siodło, Adamie! Ojczyzna w potrzebie!

Kluczyki? … Nie, nie. Startujesz nożnie, a jedyny kluczyk, jakiego będziesz potrzebował to od kłódki, żeby Ci nikt roweru nie zaiwanił. To z przodu to kierownica. No wiem, że nie wygląda, ale tego się trzymaj. Oburącz. Tu masz hamulec, tu biegi, wstecznego nie ma, jak w nartach. A teraz nogi na pedały.

I kręć, Adam, kręć!

Krzysztof Suchomski