Le Tour 2014 Resumé (1): Nareszcie!!!

 

101. Tour de France przeszedł do historii. Przynajmniej dla świata, bo dla nas, Polaków, przeszedł do legendy, rodzącej się na naszych oczach. Amerykanie ponoć mieli takiego hopla, że pytali się jeden drugiego: Co robiłeś w momencie, gdy zabili Kennedy’ego? Albo, gdy człowiek postawił stopę na Księżycu? My po latach będziemy się odpytywać: Co robiłeś 19 lipca 2014 po godzinie 17? No jak to co? Pchałem, kurna, pchałem!!! I to jak jeszcze. Pchałem z Jarońskim i Wyrzykowskim i setką tysięcy bezimiennych pchaczy naszego Rafała Majkę po etapowe zwycięstwo. I dopchaliśmy… Nie powiem, Rafał też swoje zasługi w tym ma. Jechał, skubany, jak złoto.

Tak będziemy opowiadać jeszcze po latach następnym pokoleniom, które (w co wierzę) lepiej będą miały od nas, bo nie będą musiały 21 lat czekać na kolejny taki sukces polskiego kolarza. Opowiemy im o dwóch wygranych etapach Rafała Majki i o koszuli w grochy, którą zakładał na podium pod Łukiem Triumfalnym i tej radości, którą wszyscy wtedy przeżywaliśmy, bo te emocje najlepiej z tego wyścigu zapamiętamy.

Majka w polka dot shirt

Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. To stare porzekadło w tym roku bardziej niż kiedy indziej pasuje do zidentyfikowania uczuć towarzyszących wyścigowi kolarskiemu Tour de France. Kibice z Włoch, Francji, Niemiec, Polski, a także u naszych południowych sąsiadów do końca pasjonowali się jego przebiegiem. Brytyjczycy, po bijących rekordy popularności etapach na swojej ziemi, później, w miarę wykruszania się ich pupili, tracili entuzjazm. Nie będą dobrze wspominać wyścigu w Hiszpanii czy krajach Beneluksu, z kolei Norwegowie stwierdzą po prostu, że norma została wykonana. Mają powody do zadowolenia Litwini a powody do narzekania Amerykanie i Australijczycy.

Jaki więc był ten Tour? Z pewnością nie nudny, lecz i nie porywający (pomijając chwile naszych narodowych uniesień). Obfitował w liczne wydarzenia, niestety nie wszystkie fortunne. Spora ilość wypadków losowych przetrzebiła stawkę konkurentów walczących we wszystkich klasyfikacjach wyścigu. To siłą rzeczy musiało sprawić, że poziom sportowej rywalizacji był niższy do oczekiwanego. Contador, Froome, Cavendish, Talansky, Costa, Navarro, Frank, Atapuma, Gerrans – brak takich tuzów musiał odbić się negatywnie na atrakcyjności zawodów. Co więcej, niektórzy posiadacze znanych i poważanych w peletonie nazwisk potraktowali wyścig ulgowo. Kiedyś coś takiego byłoby herezją, dziś musimy oswajać się ze stwierdzeniami, że ten czy ów przyjechał tu potrenować przed Vueltą. Cóż… Skoro cały świat staje na głowie, dlaczego kolarstwo szosowe miałoby pozostawać normalne?

Brak jednych konkurentów i słaba forma drugich otworzyły drzwi do sławy przed tymi, którzy chcieli i potrafili  z tego skorzystać.  Ci, co przegapili szansę, być może jedyną w swoim rodzaju, mogą sobie teraz pluć w brodę.

Nie licząc wspomnianego już Majki, Le Tour ’14 miał dwóch wielkich bohaterów. Pierwszy objawił się szybko, już od pierwszego dnia imprezy. Była nim brytyjska publiczność. Obserwatorzy zgodnym chórem powtarzali: czegoś takiego na trasach kolarskich wyścigów jeszcze nie widzieliśmy. Dwa i pół miliona Brytyjczyków obległo szczelnie całą długość trzech pierwszych etapów, tworząc niesamowitą scenerię i wspaniały nastrój. Ktoś mówił, że kolarstwo przeżywa kryzys? Z pewnością nie tam, co akurat dla piszącego te słowa nie jest żadną niespodzianką. Już w podsumowaniu sezonu 2012 wytknąłem władzom kolarskim, że organizują wyścigi World Tour w miejscach, gdzie pies z kulawą nogą nie chce ich oglądać, podczas, gdy olbrzymi potencjał rynku brytyjskiego leży kompletnie nie wykorzystany.

tłumy Brytyjczyków na trasie Tour de France

Drugim (i największym) z wielkich aktorów widowiska był naturalnie zwycięzca – Vincenzo Nibali. Lider Astany zdominował Wielką Pętlę w sposób niezwykle przekonywujący. Zakończył wyścig z przewagą 7:37 min. nad najbliższym konkurentem, będąc pierwszym od czasu Merckxa zwycięzcą, który wygrał w jednej edycji cztery etapy road race. Rekin z Messyny, który teraz zyskał też sobie przydomek CanNibali, zaatakował już na drugim etapie, a potem praktycznie nie pozostawił rywalom złudzeń. Przejechał w żółtej koszulce łącznie 18 etapów.

Można, oczywiście, dywagować, co by było, gdyby… Tego się przecież nigdy nie dowiemy. Możemy za to przyjąć jako pewnik, że z Froomem i Contadorem w siodle walka o zwycięstwo byłaby o niebo bardziej emocjonująca. Niestety zabrakło ich, a z pozostałych na trasie nikt nawet przez moment nie wydawał się zdolny do zostania bohaterem książki Slaying the Shark. Zabrakło kozaka na miarę komentującego wyścig Grega LeMonda, nie wspominając o takich łowcach jak Roy Scheider i Richard Dreyfuss. Sycylijski żarłacz dopłynął więc nie niepokojony do mety w Paryżu, a za jego plecami toczyła się walka o dalsze pozycje i mniejsze zaszczyty.

dominator Vincenzo Nibali

O miano best of the rest walczyli tym razem Francuzi. I to od razu w liczbie trzech. Jean-Christophe Peraud, Thibaut Pinot i Romain Bardet sprawili, że słońce po latach znów zaświeciło nad kolarską Francją. Dwaj pierwsi zepchnęli z podium klasyfikacji generalnej Alejandro Valverde. Ostatni taki przypadek, tzn. dwóch kolarzy gospodarzy na podium, miał miejsce w 1984 roku. Wtedy byli to: Laurent Fignon i Bernard Hinault. Co tu dużo gadać – zestawienie nazwisk tych Francuzów z tamtymi Francuzami mówi w zasadzie wszystko o poziomie tegorocznego Touru. Z różnych przyczyn nie był on najwyższy.

Kiedy na przełomie lat 80/90 zarywałem regularnie noce, kibicując drużynie Michaela Jordana i Scottie Pippena, nauczyłem się ważnej zasady. Wielkość mistrza poznaje się we właściwym momencie. Po to są cztery kwarty w meczu. We wcześniejszych można sobie poeksperymentować, pozwolić na popisy, nawet pożartować, ale w końcu przychodzą ostatnie minuty. I to jest czas, który koszykarze NBA określają mianem crunch time. W tym, a nie innym momencie, mistrzowie muszą pokazać, dlaczego są warci milionów, które im się płaci.

Podobnie, choć w trochę innej skali, rzecz ma się z sezonem kolarskim, o czym jakże często zapominamy, napalając się po fajerwerkach na Romandiach i Delfinatach. Można czarować wiosną, dokazywać cudów w czerwcu, ale przychodzi lipiec i mówi: Sprawdzam. I wtedy okazuje się, ile kto naprawdę jest wart. Astana i Nibali pojęli tę prawdę znakomicie, inni, na przykład Valverde, Costa, Mollema, Van der Broeck dużo gorzej.

klasyfikacja generalna wyścigu

Z przyczyn opisanych na wstępie bardziej niż rywalizacja o maillot jaune interesowała nas walka o koszulkę najlepszego górala. Rafał Majka wyszedł z niej zwycięsko, w pobitym polu pozostawiając nie byle kogo, bo Joaquina Rodrigueza i triumfatora wyścigu, Nibalego. Wygrał etap i w Alpach i w Pirenejach, przy czym ten drugi w Pla d’Adet – miejscu, gdzie przed 21 laty Zenon Jaskuła finiszował, pokazując plecy Romingerowi i Indurainowi. Cieszy ogromnie wygrana w tej prestiżowej klasyfikacji naszego rodaka, wychowanka Krakusa Swoszowice i trenera Zbigniewa Klęka.

Ten sukces spadł na nas zupełnie niespodziewanie. Rafał nie miał przecież w planach startu we Francji. Został ściągnięty awaryjnie, wobec afery z paszportem biologicznym Kreuzigera. Wypadek Contadora otworzył przed Polakiem szansę, a pierwsze dwa tygodnie przejechane ulgowo, bez presji o wynik i bez zadań do wykonania, pozwoliły mu złapać w decydującym tygodniu życiową formę. Nasz 25-latek nabrał w tym wyścigu nie tylko wiele doświadczenia, ale przede wszystkim bezcennej pewności siebie. Wrócę tu kiedyś, by wygrać – zapowiada i nie jest to żadna fanfaronada, bo Rafał jest skromnym chłopakiem, tyle, że już teraz świadomym własnej siły.

Zamykając temat polka dot shirt, pozytywną tendencją jest to, iż walczą o nią prawdziwi górale (rok temu Quintana) i czasy „wiaduktowych króli” odeszły (oby bezpowrotnie) w zapomnienie. Takich problemów nie miewał w przeszłości Le Tour z rywalizacją o zieloną koszulkę klasyfikacji punktowej – jej właściciele nie przynosili wstydu. Sukces sprzed roku powtórzył Peter Sagan, wygrywając wprawdzie z olbrzymią przewagą, ale ani razu nie stając na podium zwycięzcy etapowego, co zakłóca w jakimś stopniu jego radość z sukcesu. Podobnie jak przed rokiem Słowak nie może rościć sobie pretensji do miana najszybszego kolarza La Grande Boucle. Na takie określenie w pełni zasłużył wygrywając 4 etapy, w tym prestiżowy na Polach Elizejskich, Marcel Kittel. Przyszło mu to łatwiej niż w ubiegłym roku, do czego „przyłożyły się” wypadek i wycofanie Marka Cavendisha oraz słabsza forma Andre Greipela.

zdobywcy koszulek 101. Tour de France

O białą koszulkę najlepszego młodego kolarza zacięty bój prawie do samego końca toczyły miejscowe nadzieje: Pinot i Bardet. Wygrał pierwszy z nich, a temu drugiemu na pocieszenie zostało zwycięstwo teamu AG2R w klasyfikacji drużynowej. Warto dodać, że kolarze francuskiego zespołu powtórzyli swój sukces odniesiony na Giro d’Italia.

Trzecim kolarzem w klasyfikacji młodzieżowej został Michał Kwiatkowski. Od oceny jego występu rozpoczniemy drugą część recenzji wyścigu.

Krzysztof Suchomski