The King of Champs-Élysées

 

W przeszłość odeszły czasy, kiedy Paryż określano stolicą świata. Ślady minionej świetności wciąż jednak są tu obecne, emanują z budynków, ulic, placów, a w lipcowych upałach mieszają się też z innymi, nie zawsze nobliwymi zapachami. Atmosfera miasta nad Sekwaną sprawia, że wszystko nabiera tu szczególnego znaczenia. Nawet poranna kawa z croissantem urasta do roli Kawy-Z-Rogalikiem – wydarzenia zasługującego na specjalną celebrę.

A cóż tu dopiero mówić o Tour de France – największym i najwspanialszym wyścigu kolarskim, jaki świat oglądał. Który, obok win, jest bodaj najbardziej udanym produktem eksportowym Francji. Jest jej symbolem bardziej rozpoznawalnym niż galijski kogut czy profil generała de Gaulle’a zwieńczony charakterystycznym kepi.

A nie chodzi nam teraz o jakikolwiek fragment tej imprezy, tylko o jej moment kulminacyjny. Ostatni etap Wielkiej Pętli fetowany jest we Francji z pompą wielkiego święta. Święta narodowego, nie bójmy się słów, jak mawia komentatorski duet Eurosportu, bo przecież przez całe dziesięciolecia, to zakończenie La Grande Boucle miało dzięki triumfom francuskiego kolarstwa wymiar nad wyraz patriotyczny.

Jak podają źródła historyczne pierwszy Tour, w roku 1903, finiszował na przedmieściach Paryża, w Ville-d’Arvray. Od następnej edycji aż do roku 1967 kończono wyścig sprintem na bieżni stadionu w Parku Książąt, później do 1974 roku na Vélodrome de Vincennes. Ojcem pomysłu o przeniesieniu finałów Le Touru na Champs-Élysées był dziennikarz Yves Mourousi, który przekonał do tej idei jednego z dyrektorów wyścigu Félixa Lévitana. By do tego doszło, pęczniejąca po drodze przez liczne biurka sterta dokumentów, musiała ostatecznie doczekać się podpisu prezydenta Francji Valéry’ego Gistarda d’Estaing. Nie tylko w Polsce mamy biurokrację, co nie znaczy, że ją pochwalam, a już na pewno nie namawiam samorządowych urzędników, by wszystkie decyzje w sprawie organizacji imprez rowerowych odsyłać do Belwederu.

Pierwszy finisz na Polach Elizejskich, w roku 1975, wygrał Belg Walter Godefroot. Częścią pomysłu już od samego początku był kilkakrotny przejazd kolumny wyścigowej przez historyczne centrum Paryża – to wyjaśnienie może przyda się młodym fanom kolarstwa przekonanym, że tzw. rundy wymyślił Czesław Lang.

Od czasu, gdy oglądam Tour de France na własne oczy, czyli od drugiej połowy lat osiemdziesiątych, jestem pod nieprzemijającym urokiem tego dnia, tego etapu, tej scenerii i absolutnie niepowtarzalnej atmosfery. Jest w tym magia, jakiej nie da się odtworzyć w innym miejscu, czy przy innej okazji. Tworzy ją najpierw pierwsza część etapu, w trakcie której jest czas na tradycyjny kieliszek szampana zwycięzców, wywiady, wspólne zdjęcia, żarty i pozdrowienia, słowa pocieszenia dla pokonanych.

Place-de-la-concorde

A potem wjazd do samego serca Francji. Sekwana, złota Joanna d’Arc, fontanny na Placu Zgody, Obelisk z Luksoru, Diabelski Młyn, Łuk Triumfalny. Tłumy paryżan zmieszanych z grupami turystów i transmisje do najdalszych zakątków świata. Ciśnienie, by właśnie tu i w tej chwili zabłysnąć jest ogromne. Podlegają mu wszyscy kolarze, także, a może przede wszystkim, ci, którym wcześniej niezbyt się powiodło. Ogromna pokusa, by na moment przestać być bezimiennym uczestnikiem wyścigu, zwrócić na siebie oczy i uwagę świata, stać się choć na parę sekund przedmiotem globalnej „debaty”.

Ale nie oszukujmy się, że szansa ma charakter egalitarny. Finisz na Polach Elizejskich to domena sprinterów. Ostrzą sobie na ten dzień zęby przez cały rok. Długie i szerokie arterie Paryża to dla nich arena wręcz idealna. Te wszystkie czynniki, kumulując się, sprawiają, że zwykle jesteśmy tu świadkami najbardziej prestiżowego finiszu w kolarskim sezonie. Dlatego sułtani sprintu, a także ich ekipy wyjątkowo mobilizują się na tę końcówkę etapu, rzucają na szalę wszystkie swoje zasoby i umiejętności. To jak mistrzostwa świata sprinterów – zwycięzca może przez rok nosić się dumnie jak paw.

W czasach „nowożytnego sprintu”, które zaczęły się, gdy do zawodowego peletonu przeniknęli kolarze z byłych „demoludów”, tylko dwukrotnie, Eddy Seigneur i Aleksandr Vinokourov, przełamali dominację asów mass-sprintu. Wcześniej sprinterami nazywano kolarzy, którzy finiszowali może szybciej od innych, ale specjalnie się od reszty nie różnili. Dziś sprinter to pół-człowiek i pół-maszyna. Nowa miejska legenda głosi, że rodzą się oni w tunelach aerodynamicznych.  Odróżniamy ich na pierwszy rzut oka po krępej sylwetce i udach grubości przęseł wiaduktu.

Widziałem w akcji wszystkich najlepszych i z czystym sumieniem napisać mogę, że żaden nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak Mark Cavendish. Dwukrotny torowy mistrz świata w madisonie (pierwszy tytuł w wieku 20 lat) na szosy wpadł niczym meteor, z prędkością kosmiczną, nieosiągalną dla rywali. Manx Missile (Pocisk z Wyspy Man) to nie tylko niesamowita szybkość i dynamika – charakteryzuje go głód zwycięstw godny samego Eddy’ego Kanibala. Chce wygrywać zawsze, bez względu na koszty, w ferworze walki, nie dbając o maniery, nie oszczędzając siebie i przeciwników.

Z pierwszego swojego startu w Tour de France (2007) został wycofany po dwóch kraksach. Szybko się uczył. W następnym roku wyścigu znów nie ukończył, ale już wygrał 4 etapy. A potem…

2009 rok – 6 zwycięstw, w latach 2010 i 2011  – wygrał po 5 etapów, a w 2012 dorzucił następne 3 i rok temu kolejne 2. Razem 25, w tym cztery – te najważniejsze.

Nikomu wcześniej nie udało się wygrać na Polach Elizejskich dwa razy z rzędu. Cavendish dokonał tego w czterech kolejnych latach. Złota Joanna d’Arc ze zgrozą zasłaniała oczy (Wiecznie ten panoszący się Anglik. A gdzież synowie Francji? Czy znów muszę złapać za miecz?).

Ladies and gentlemen, meet the King of Champs-Élysées.

 

Każde zwycięstwo inne. Wszystkie wspaniałe, ale te z 2009 i 2010 absolutnie wyjątkowe i niepowtarzalne. Odjazd na ostatniej prostej pary Columbii musiał ich przeciwnikom długo śnić się po nocach. Tak efektownej końcówki Pola Elizejskie jeszcze nie oglądały. Ale na mnie bodaj jeszcze większe wrażenie zrobiło zwycięstwo w 2010. Kamera pięknie pokazuje, z jaką łatwością Manx wyprzedza konkurentów, było nie było, śmietankę sprintu. Niczym TGV mijający pociągi osobowe.

W sezonie 2011 udało mu się nareszcie połączyć etapowe triumfy ze zdobyciem zielonej koszulki – wcześniej do ciułania punktów nie przykładał takiej wagi. Natomiast w pamiętnym dla brytyjskiego cyclingu roku olimpijskim uniósł ręce w triumfalnym geście przyodziany w koszulkę mistrza świata. Miał też zaszczyt zostać rozprowadzonym przez zwycięzcę Touru, Sir Bradley’a Wigginsa.

I tu nieodparcie nasuwająca się refleksja. Któremu zwycięzcy Tour de France chciałoby się w takim chwalebnym dla siebie momencie, miast spokojnie celebrować wiktorię i szczerzyć się do kamer, pracować na sukces młodszego kolegi? Za to właśnie Brytyjczycy kochają swojego Wiggo i żaden Froome, ile by tam Tourów jeszcze nie wygrał, nie zajmie jego miejsca w ich sercach.

Ale, gwoli ścisłości, Anglik nie był jedynym posiadaczem żółtej koszulki pedałującym na czele rozpędzonego peletonu po ulicach Paryża. Bernard Hinault dokonał bowiem wyczynu jedynego w swoim rodzaju, dwukrotnie (w tym raz po solowej ucieczce) wygrywając etap na Polach Elizejskich jako lider i zwycięzca wyścigu. Chapeau.

Natomiast najbardziej dramatyczne momenty, jakie kojarzą mi się z tym miejscem to wypadek Abdużaparowa i Fignon, kładący się z rozpaczy na bruk, po słynnej porażce z LeMondem. Oba te momenty już w MB? prezentowałem.

Kolejny taki dzień już jutro…

Krzysztof Suchomski