Naprawdę TO zrobił!

 

Wydawało się, że wszystko układa się w tym wyścigu idealnie dla Marka Cavendisha. Belgowie wykonali za niego brudną robotę, usuwając mu z drogi do drugiego mistrzowskiego tytułu faworyzowanych sprinterów niemieckich i Francuzów. Gaviria, z którym miewał w przeszłości problemy wyeliminował się sam. Wystarczyło dojechać do mety w kokonie niespełna 30-osobowej grupy prowadzącej wyścig i wygrać. Przez całą drogę Manxman zachowywał się wspaniale. Prawie nie było go widać. Umiejętnie schowany, oszczędzał siły, dbał o właściwe nawodnienie, nikogo nie przewracał – słowem przez parę godzin prowadził higieniczny i sportowy tryb życia. I jeden błąd w końcówce całe to poświęcenie zniweczył. Zawahał się na moment, nie poszedł „w ciemno” za swoim lead-out manem i drogę zatarasowali mu wolniejsi rywale. Dzięki przewadze szybkości przebił się przez nich na front finiszującej gromadki – ale tylko po to, by zobaczyć, jak z prawej strony wyjeżdża na czoło niczym bolid Formuły 1, Jego Wysokość Obrońca Tytułu.

Peter Sagan nie potrzebował rozprowadzenia. Jest jednoosobową rakietą napędzaną przez mieszankę fantazji, intuicji, sprytu, refleksu i pewności siebie. Pakiet dobrze wytrenowanych mięśni też ma swoje znaczenie, ale mistrzostwo Sagana ma źródło przede wszystkim w jego głowie. Powiedział, że to zrobi i nie żartował. Ostatnio po prostu bierze, co chce.

Obronił tytuł mistrza świata w wyścigu ze startu wspólnego jako szósty kolarz w historii. Spełnił marzenie tych wszystkich kibiców, którzy lubią widzieć na mistrzowskim tronie prawdziwego czempiona, a nie zwycięzcę z łapanki. Radość z jego sukcesu osładza gorycz i niesmak wywołany tą do bólu sztuczną imprezą, o której szybko chcielibyśmy zapomnieć.

3-slowakowPodkreślenia warta jest postawa całej słowackiej drużyny, która dziś w pełni zasłużyła na miano Trzech Muszkieterów. Michael Kolar nie odstępował swojego lidera i pracował na jego rzecz aż do ostatniego kilometra, a Juraj Sagan ubezpieczał tę parę, jadąc w grupie pościgowej. Wszyscy ukończyli wyścig. Ech, żebyśmy tak mogli o naszych powiedzieć. Szkoda gadać, jedynie Maciek Bodnar bronił honoru biało-czerwonych barw.

Wczoraj było lepiej, nasze dziewczyny walczyły i było je widać, za to sam wyścig był bodaj najgorszym ze wszystkich oglądanych przez nas kobiecych czempionatów. W dużej mierze winna trasa. Poprowadzono ją w całości w zabudowaniach, rezygnując z jedynego czynnika, jaki w tutejszych warunkach może prowadzić do rozbicia stawki i nadania dramaturgii biegowi wydarzeń. Mowa o pustynnym wietrze.

podzialJak to działa widzieliśmy dzisiaj. Przyszedł właściwy moment i na dosłownie kilku kilometrach zwarty dotąd peleton podzielił się na grupy. Wszyscy byli wprawdzie przestrzegani, że coś takiego ma nastąpić, ale jak przyszło co do czego, okazało się, że wielu po prostu przespało decydującą o losach wyścigu akcję. Zostali w blokach nie tylko biało-czerwoni – przede wszystkim Niemcy, Francuzi i Holendrzy. Dwie ostatnie nacje miały wprawdzie z przodu swoich zawodników, ale akurat nie tych, co trzeba.

Jedną z przyczyn tego uśpienia było piknikowe tempo rozwijane wcześniej przez peleton, wlokący się w upalnym słońcu niczym słynna bieszczadzka ciuchcia. Gdy nagle z kopyta ruszyli Belgowie, Brytyjczycy i Norwegowie, niektórzy z tyłu zajęci byli opowiadaniem dowcipów lub higieną osobistą. Zaskakujące było to, że z uformowanej grupy odpadli renomowani brytyjscy klasykowcy, Stannard, Rowe i Thomas (ten ostatni tłumaczył się „paną”), zostawiając swego lidera z najmniej doświadczonym Blythe.

finiszrrDominujący liczebnie Belgowie musieli wziąć na siebie główny ciężar prowadzenia i zachowania bezpiecznego dystansu. Dość długo wydawało się, że grupa z Niemcami, Bouhannim i Bodnarem ma jeszcze szanse dojść uciekinierów, zabrakło tam jednak zgodnej współpracy, w czym „dopomagali” jak mogli pozostali Belgowie. Faworyzowani Niemcy miotali się bezsilnie, a ich sytuacja mocno przypominała tę Brytyjczyków z Igrzysk w Londynie. Sfrustrowany Degenkolb w końcu nie wytrzymał i zaatakował Debusschere strumieniem wody. Dobrze, że tylko wody.

Dla ekipy belgijskiej udana operacja odseparowania najgroźniejszych rywali zakończyła się pyrrusowym zwycięstwem. Wydatek energii był na tyle kosztowny, że zabrakło jej, by dokończyć dzieła, uruchamiając drugi człon rakiety. Nie byli już w stanie spróbować akcji, na którą zdobył się Holender Tom Leezer. Chcąc, nie chcąc, dowieźli do mety grupę z szybszymi od siebie sprinterami, zwłaszcza Cavendishem i Saganem, którzy w tym gronie prezentowali umiejętności z „innego piętra”. Trzecie miejsce Toma Boonena było jedynym sukcesem, na jaki mogli w tym gronie realnie liczyć.

wyniki wyścigu szosowego seniorów

podiumTornado Tom dopełnił zupełnie wyjątkowe podium, na którym ustawili się do dekoracji trzej byli mistrzowie świata. W historii kolarstwa szosowego zdarzyło się to po raz pierwszy.

Niemcy mają o czym myśleć po dzisiejszej klęsce. Panuje dość zgodna opinia, że tak wspaniała okazja już się ich sprinterom, szczególnie Kittelowi, nie trafi. Zawód przeżyli Francuzi, niedosyt mogą odczuwać Włosi, mający z przodu czwórkę z oboma liderami i Norwegowie, którzy także mieli w czołówce swe dwa największe działa. Holendrzy zaś przede wszystkim będą żałować szansy straconej w wyścigu kobiecym.

Niedosyt kibiców, zniesmaczonych widokami oglądanymi w mijającym tygodniu, ma najwyraźniej dla UCI mniejsze znaczenie. W świat poszły komunikaty pi-arowych magików o zakończonej sukcesem imprezie. Cóż, najwyraźniej pojęcie sukcesu jest sprawą względną.

Krzysztof Suchomski