2009: House of cards

 

Kazachstan to kraj o powierzchni 9 razy większej od Polski i wciąż jeszcze wiemy o nim w zasadzie niewiele. Nie zasłynął dotąd z wybitnych osiągnięć gospodarczych i naukowych, lecz wszystko jeszcze przed nim, ma bowiem olbrzymi potencjał. Pod spaloną słońcem ziemią kryje się cała Tablica Mendelejewa. W ilościach hurtowych. Obowiązujący tam ustrój społeczny (trudny do zdefiniowania – najcelniejsze wydaje się określenie: postsowiecki kapitalizm plemienny) sprawia, iż ludzi bogatych nie spotyka się na każdym kroku. Ale jak już ktoś jest bogaty, to z reguły obrzydliwie. I stać go na każdy kaprys.

Do takich właśnie ludzi zapukał Aleksandr Nikołajewicz Winokurow (przez stałych „czytelników Twittera” znany jako Vinokourov, lub krócej Vino), gdy zamarzyła mu się drużyna kolarska, w której byłby jednocześnie liderem, dyrektorem, celebrytą i beneficjentem, czyli kimś na wzór Pierwszego Sekretarza Partii. Vino, po nieporozumieniach z niemieckimi liderami T-Mobile, zaczął sezon w Liberty Seguros – Würth. Po aresztowaniu szefa ekipy, Manolo Sanza, w ramach słynnej anty-dopingowej Operacji Puerto, główny sponsor się wycofał i pieniądze Kazachów miały utrzymać przy życiu drużynę pod nazwą Astana – Würth. Tuż przed startem do Tour de France została ona wskutek dalszych aresztowań zdekompletowana, co spowodowało również rezygnację drugiego sponsora. Zdeterminowany Vino dopiął jednak swego, kompletując nowy skład na Vueltę i startując jako Team Astana na licencji odziedziczonej po ekipie Sanza (dopiero w 2007 UCI zarejestrowała oficjalnie Astana Pro Team).

Gdyby odsłonić wszystko, co w pierwszych latach istnienia działo się za kulisami kolarskiej grupy Astana, mielibyśmy scenariusz na parę sezonów serialu, trzymającego w napięciu nie gorzej niż znakomity House of cards. Wysoki poziom artystyczny zapewniłaby doborowa obsada aktorska: Vinokourov, Bruyneel, Armstrong, Contador. A reżyser Życie byłby gwarancją, że nikt nie będzie się nudził.

Po efektownym początku (wygrana Vuelta 2006) nastąpił, tak pożądany w serialach, zwrot akcji. Dopingowa wpadka Vino i jego druha Kaszeczkina na Tour de France 2007 spowodowała spore komplikacje w losach bohaterów. Ekipa wycofała się z wyścigu, a kazachski związek kolarski uprzedził działania miedzynarodowych instancji i zawiesił kolarzy na rok. Oburzona UCI wytoczyła armaty, lecz trwający miesiącami ostrzał artyleryjski niespodziewanie przerwało oświadczenie głównego Vinowajcy o zakończeniu sportowej kariery. Armie prawników wróciły do koszar, mimo powszechnej świadomości, że kazachski gwiazdor ani myśli dotrzymać przyrzeczenia.

By podtrzymać zainteresowanie kolarstwem miejscowych watażków, już skłonnych wrócić do tradycyjnych rozrywek w postaci wyścigów na wielbłądach i polowania z helikopterów na strusie (czy co tam po pustyni pląsa), Vino dostarczył Astanie nowe gwiazdy, biorąc w pakiecie osieroconą przez Discovery Channel ekipę Bruyneela z Contadorem, jako wisienką na torcie.

W barwach Astany El Pistolero wygrał w 2008 roku Giro i Vueltę (do startu w Tour de France ASO nie dopuściła skompromitowanej ekipy), w ten sposób kompletując zwycięstwa we wszystkich Grand Tourach i osiągając pozycję numeru jeden w kolarskiej drabince. Los – reżyser, niczym wytrawny hollywoodzki zawodowiec, zadbał jednak o kolejny turning point. Jesienią 2008 roku chęć powrotu na szosę zgłosił Lance Armstrong, co natychmiast gorliwie podchwycił Bruyneel, oferując mu miejsce w drużynie. Kazachskich sponsorów kupiono do tego pomysłu, zapewniając, że Armstrong będzie jeździł w ich barwach nie pobierając wynagrodzenia, a wszystkie uzyskane przez niego nagrody zasilą konto fundacji Livestrong.

Contador, zaniepokojony o swą pozycję w zespole, demonstracyjnie rozpoczął rokowania z innymi teamami, udobruchano go jednak zapewnieniami, że wciąż będzie liderem na Wielką Pętlę. Ostatecznie przekonano go do pozostania, ściągając jego przyjaciela, Jesusa Hernandeza.

Armstrong i Bruyneel rozgrywali jednak swoją grę, co nie uszło czujnej uwadze Vino. Z trudem znosił rządy w zespole Bruyneela, lecz to, by kowboj z Teksasu szarogęsił się na jego podwórku, było już ponad jego siły. Podbuntował sponsorów, którzy zakręcili kurek z kasą.

Ekipa Bruyneela i Armstronga na 7 etapie Giro, na znak protestu wystartowała z zaklejonym logo sponsora. Wybuchł kolejny skandal, interweniowała UCI, wyznaczając termin spłaty zobowiązań sponsorów wobec kolarzy i personelu ekipy. Kryzys zażegnał w obawie przed utratą wiarygodności rząd Kazachstanu przejmując zobowiązania i ciężar finansowania teamu.

Kolejnym uderzeniem Vino było oświadczenie o powrocie do ścigania i publiczne poparcie Contadora, jako lidera drużyny. Bruyneel odpowiedział, zgłaszając skład na Tour, w którym, ku zaskoczeniu Hiszpana, zabrakło Novala i Hernandeza. Znalazło się natomiast miejsce dla pretorian Bossa, z Popowiczem, Leipheimerem i Klödenem na czele. Belg wykluczył też udział Vino w charakterze dyrektora sportowego.

Atmosfera w drużynie była jeszcze gorsza niż w La Vie Claire w pamiętnym (opisywanym przeze mnie) roku 1986. Rolę oszukiwanego lidera przyszło teraz grać kolarzowi z Madrytu, a w roli starego mistrza, który nie zamierzał dotrzymać słowa wystąpił Teksańczyk, wspierany przez swego belgijskiego wspólnika.

Contador mógł liczyć jedynie na pomoc Zubeldii i Paulinho. Ta trójka nawet na posiłkach trzymała się razem i siadała z dala od reszty zespołu.

Na otwierającej Tour 15-kilometrowej czasówce w niełatwym terenie, Contador przyjechał 2. o 18 sekund za Cancellarą, zaś Amerykanin 10. ze stratą 40 sekund. Ale już na 3. etapie z Marsylii do La Grande-Motte, „Księgowy” zaspał, gdy szóstka kolarzy Columbii rozerwała peleton na wiatrach. Doświadczony Armstrong wykorzystał szansę, przyjeżdżając w pierwszej grupie i zyskując nad konkurentem 41 sekund. Teraz, będąc trzeci w GC wyprzedzał czwartego Contadora o 19 sekund. Po etapie TTT, wygranym przez Astanę, Armstrong miał już łączny czas równy liderowi Cancellarze.

Dwaj wielcy kolarze, ale tylko jeden mógł być liderem. Nasiliła się presja, jaką Amerykanin wywierał na młodszego rywala. Nastąpiła seria przecieków do mediów, sugerujących, jaki to nieokrzesany gbur z tego Kastylijczyka, uparcie nie chcący dogadać się z rzekomo wyciągającym rękę do zgody siedmiokrotnym zwycięzcą Touru.

Contador odpowiedział na szosie. Skontrował w końcówce 7. etapu, na podjeździe do Arcalis, zarabiając nad grupą faworytów z braćmi Schleck, Evansem, Wigginsem, Sastre, Menchovem, Armstrongiem i Leipheimerem 21 sekund. Liderem został finiszujący w zwycięskiej ucieczce Nocentini, wyprzedzając w tabeli Contadora o 6 sekund i Armstronga o 8.

Po kilku remisowych etapach, wygrywanych przez aktorów drugiego, a nawet trzeciego planu, przyszła pora na etap 15 z Pontarlier do Verbier.

Tour09-alt15

Etap długi, choć nie najdłuższy, i górski, choć daleko mu było do najtrudniejszych. Końcowe wzniesienie w szwajcarskim Verbier nie epatowało skalą trudności, stąd nie wydawało się szczególnie wymarzonym miejscem na rozstrzygnięcie wielkiego pojedynku. Jak to się można pomylić.

Filmik długi, lecz proszę się nie zniechęcać. Bardziej niecierpliwi mogą oglądanie rozpocząć od 23 minuty i na finiszu Contadora w 38 minucie zakończyć. Za mikrofonem sprawozdawcy telewizji TDP. Osobom nie znającym języka Cervantesa wszelkie niedogodności wynagrodzi godny pochwały entuzjazm hiszpańskich komentatorów.

 

Mimo tego przekonywującego dowodu wyższości, El Pistolero nie czuł się jeszcze bezpieczny. Przewaga była spora, ale Armstrong był wiceliderem, a jak mawiają, „wypadki chodzą po ludziach” – zwłaszcza, gdy im trochę dopomóc.

Trzy dni później, na etapie do Grand-Bornard, odjechał z braćmi Schleck i wyprowadzając Andy’ego na 2. miejsce w klasyfikacji generalnej, pozbawił Amerykanina złudzeń. Wygrywając ostatnią czasówkę przyłożył pieczęć do swego drugiego triumfu w Tour de France. Na Polach Elizejskich Lance Armstrong patrzył na jego dekorację z najniższego stopnia podium. Tak przynajmniej widać na zdjęciach i filmach, bo w oficjalnych statystykach trudno się tego doszukać. Przyglądając się jego sylwetce, cud, że on nawet tam się wdrapał. Jeśli ktoś jest skłonny w cuda wierzyć.

Wjazd Contadora na Verbier uchodzi w różnych przedziwnych klasyfikacjach i zestawieniach za najszybciej pokonywany podjazd w historii Touru, a może i w całej historii kolarstwa. Według inkwizytorów Czystości Niepokalanej czegoś to dowodzi, według ich przeciwników zupełnie niczego. Jakkolwiek by z tym „podładowaniem baterii” nie było, i tak daleko Contadorowi do jego rodaka Nadala, biorąc pierwszy z brzegu przykład.

Innym smaczkiem tego finiszu jest fakt, że na siedem pierwszych miejsc, sześć zajęli byli lub przyszli zwycięzcy La Grande Boucle. Być może to też jakiś rekord, ale (na razie przynajmniej) nie mam tyle czasu, by to zweryfikować (może ktoś pomoże?). Szarża Alberto zepchnęła w cień piękną solową akcję Heinricha Hausslera w Wogezach. Niemiecki Australijczyk jako jedyny w trudnych deszczowych warunkach, ostał się z 7-osobowej ucieczki i kończąc etap samotnym ponad 40-kilometrowym, rajdem, wjechał na metę sześć i pół minuty przed peletonem.

Sześć etapów, w tym ostatni, wygrał Mark Cavendish, definitywnie sadowiąc się na szczycie hierarchii sprinterów. Ale o nim i o Polach Elizejskich, następnym razem.
Krzysztof Suchomski