Reflektor Bossa: Mity z „satelity”

 

Lutowe słoneczko obudziło Waszego felietonistę ze snu zimowego. Śniła mu się siódemka. Wiadomo, cyfra magiczna. Siedem grzechów głównych, dni tygodnia, cudów świata, dziewcząt z Albatrosa. Ze skromnością zaiste godną Króla Juliana, RB pragnie dorzucić do skarbnicy ludzkiej wiedzy swoje siedem groszy. Chciałby zdemaskować siedem, bynajmniej nie greckich, mitów zakorzenionych w mediach parających się kolarstwem.

Zauważyć można ostatnio tendencję do udziwniania rzeczy prostych i sprawdzonych „w boju”. Różni majsterkowicze wymyślają, co tu jeszcze kolarzom nakazać, a czego zabronić, co do kolarskich tradycji przyszyć, skrócić, wyrzucić i tak dalej. A w imię czego, zastanowił się ktoś?

Odpowiedź pada z reguły następująca: bo ma być atrakcyjnie. Co tam atrakcyjnie, słabo powiedziane. Atrakcyjne to w dzisiejszych standardach są niedoprane stringi cycatej celebrytki. Kto ma czas bawić się w stopniowania? Ma być jak u Hitchcocka – sensacyjnie, dramatycznie, „na maksa”, trzęsienie ziemi i po nim jeszcze mocniej.

Sensacyjnie dla kogo? Dla kolarza, który prze do przodu, nie zważając czy deszcz, śnieg czy zawierucha? Nie. To dla widza naszego kochanego. Dla tego dzielnego junaka, który naraża życie gapiąc się w telewizor – zakrztuszenie się popcornem jest coraz częstszą przyczyną zgonów.
Here we are now, entertain us śpiewał drwiący z konsumpcjonizmu Kurt Cobain, lecz najwyraźniej globalna rzesza gapiów całkiem poważnie traktuje te słowa, uważając, że skoro zainwestowali w antenę satelitarną, to teraz obowiązkiem całego świata jest dostarczanie im rozrywki. Jego Dostojność Widz uważa, że transmisje kolarskie są nieciekawe? To ma problem. Ale to jego problem i dlaczego obarczać nim kolarzy?

Czy ktoś próbował uatrakcyjnić Bieg Maratoński? Bo taki nudny. Biegną i biegną. Dać im „bejsbole”, niech w biegu walą rywali po łydkach. To dopiero będzie show. Głupi pomysł, prawda? Siłą maratonu (i innych konkurencji polegających na ściganiu się) jest prostota zasad i ich niezmienność. To właśnie nazywamy tradycją.

Zasada wyścigu kolarskiego jest taka sama jak maratonu. Żeby wygrać, trzeba minąć metę przed innymi, czyli przejechać wyznaczony odcinek drogi w najkrótszym czasie. Jest w tej regule mowa o pięknie, o atrakcyjności, o zabawianiu widza? To nie jazda figurowa na łyżwach, ani skoki z trampoliny czy inny, równie fikuśny, sport. Nie ma (na szczęście) ocen sędziów i punktów za styl i nie będzie, bo nie na tym ściganie polega.

To, że wyścig musi być atrakcyjny jest Mitem Pierwszym. Otóż nie musi. Atrakcyjny musi być Kazimierz. Wyścig oczywiście może, ale nadal istotą sportu jest rywalizacja, a nie estetyka. Pomijając, że definicji tego, co ciekawe czy pasjonujące byłoby tyle, ilu oglądających.

Przeżyliśmy w ubiegłym sezonie próby uatrakcyjniania reguł wyścigu „na siłę”, eksperymenty potrzebne kolarskim imprezom jak pośladkom koszula. Sekundy już nie tylko za premie, ale „za aktywność” (jakby kolarz był uczniem w gimnazjum), jakieś dziwne przeliczniki punktów na sekundy, a wszystko po to, by zamazać najuczciwszą pod słońcem zasadę: wygrywa ten, kto przyjeżdża pierwszy do mety, drugi jest ten, co przyjechał następny… i tak dalej.

Może RB jest staroświecki w swoim uporze, ale konsekwentnie uważa, że lepszy zawodnik, to ten, który szybciej osiąga linię mety. Obojętnie, czy jedzie w sposób dla widza mało ekscytujący, czy też wyczynia po drodze hołubce i podskoki. Obowiązkiem kolarzy jest bowiem ściganie się, a nie podnoszenie ciśnienia telewidzowi.

pistllero
Idąc tym tropem, śmieszne wydaje się spotykane nader często w mediach dowodzenie, że Niesłuszny wygrał niesprawiedliwie, bo wprawdzie Słuszny przyjechał za nim, ale i tak jest lepszy, ponieważ jeździ efektowniej/interwałowo/jest bardziej fotogeniczny* (*niepotrzebne skreślić). Twierdzenie, że kolarz poruszający się do przodu w stylu bardziej widowiskowym jest lepszym sportowcem od rywala, który najzwyczajniej go ogrywa, bo jest na mecie szybciej – jest Mitem nr 2. Owszem, fajnie się takiego „efektownego przegranego” ogląda, więc RB z czystym sumieniem przyznaje, iż ma on większe szanse trafić do cyrku, rewii lub reklamy i zarobić tam nienajgorsze pieniądze.

Mit Trzeci zapewne wywodzi się z kultu macho podlanego sosem tradycji kombatanckich. Cyklista ma być odważny, bojowy, walczyć do krwi ostatniej, a zatem ma obowiązek podejmować ryzyko. Nie obrażając niczyich czuć, wyścigi na rowerach (i sport w ogóle) to nie Powstanie Warszawskie. Zawodnik ma być szybki, wytrzymały, odporny, ale nie musi być ryzykującym życie kamikaze. Jest wprawdzie w ludzkiej psychice jakiś defekt powodujący, że zawsze znajdą się chętni do umierania za wolność, za wiarę lub z miłości, lecz to nie znaczy, że mamy prawo wymagać, by człowiek walił głową w asfalt dla chwały i zysków sponsora, ani dla satysfakcji tłumu (nota bene, w kwestii śmierci RB zdecydowanie preferuje umieranie ze starości definiowanej jako 90 plus). W myśl zasady „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”, powinniśmy zgodzić się, że jedynym dysponentem własnego zdrowia może być zawodnik. I jeśli nie chce brać udziału w nadmiernie ryzykownym przedsięwzięciu, trudno robić mu z tego zarzut.

weylandtfuneral
Co innego kultywować uzasadnione przekonanie, że kolarstwo to sport dla ludzi twardych i zahartowanych, a co innego prześciganie się w mnożeniu niebezpieczeństw w imię podniesienia atrakcyjności. Takie współzawodnictwo, rywalizacja o żądnego sensacji gapia, prędzej czy później skończy się ustawieniem przy drodze automatów losowo wyrzucających pinezki i skórki od banana (w niektórych rejonach Francji taki automat nosi nazwę turysty).

Mit Czwarty głosi, że ludzie (sportowcy) są z gruntu uczciwi, a dobro w końcu zwycięży. Jasna strona Mocy zatriumfuje (zaprawdę godne to i sprawiedliwe), a doping i wszelakie niegodziwości zostaną wykorzenione, ponieważ są złe. Podobną naiwnością jest przekonanie, że skoro nazwiemy jakieś negatywne zjawisko „po imieniu”, obnażymy jego moralną nicość, to ono zniknie z naszego życia. Dlaczego miałoby to zrobić? Ze wstydu?

Łudzimy się, pocieszamy, zaklinamy rzeczywistość, wmawiamy sobie „jest lepiej”. Oczekujemy postępów w walce z dopingiem i kogo do tego zadania wynajmujemy? Filozofów, psychologów, księży, dobre wróżki? Nie – policjantów, detektywów, prokuratorów, śledczych, czyli cały ten cholerny aparat przymusu, bo naszego dobrego, uczciwego homo sapiens do dobrych uczynków trzeba zmusić pałą i kajdankami.

Kształtowała nas ewolucja przez setki tysięcy lat, dwa lub trzy tysiąclecia cywilizacji to długo jeszcze za mało, by nas przeprogramować. Mordor jest w nas (kto nie wierzy, niech popatrzy na filmy dokumentalne o Bałkanach lat 90-tych).

Można czasem pomarzyć o tym, że kiedyś pojawią się ubrani w garniaki Tommy Lee Jones z Willem Smithem, poświecą populacji w oczy cwaną latarką i powiedzą coś w rodzaju: nic nie pamiętasz, albo idź i nie grzesz więcej. Z takich marzeń trzeba jednak wrócić do rzeczywistości.

Regionalna odmiana tego mitu, nazwijmy ją Mitem Nr 4a, wyraża się w dominującym nad Wisłą i Odrą przekonaniu, że Polak z założenia nie może być zły i mówić o nim negatywnie jest grzechem. Nasi rodacy jeżdżący w zawodowych teamach dopingu unikają jak diabeł wody święconej, bo Polak, jako najwyższy szczebel ewolucji, ma zaszyty psychiczny esperal chroniący go od pokus. Krótko mówiąc, uczciwszy jest niż zagraniczna hołota.

Kiedy jednak RB przypomni sobie, że kolarz A miał za mentora i przyjaciela notorycznego dopera, zawodnik B robi karierę pod okiem człowieka, który jest ikoną dopingowego procederu, a talent C rozkwita w zespole, którego lekarz wsławił się „leczeniem” topowych wirtuozów strzykawki – zapala się w jego głowie czerwone światełko. I myśli sobie: może ja już jestem za stary na bajeczki o polityku co to trawkę palił, ale się nie zaciągał.

A skoro polityka to i pieniądze. Wielu mitomanów wierzy, że kolarstwo nie przeżyje bez pieniędzy – mamy zatem Mit Piąty. Mowa oczywiście o wielkich pieniądzach, kapiących złotem bankierach, szejkach zawiniętych w klimatyzowane prześcieradła i tym podobnych klimatach. Tylko dlaczego tak dziwnie się składa, że na razie jest to bardziej ruska mafia i inni nowobogaccy z byłych „demoludów”? Tego RB do końca nie rozkminił, choć pewne podejrzenia żywi. Tam, gdzie pieniądze już duże, ale jeszcze nie ogromne, trudniej ukryć, że słoma z butów wyłazi.

A że kwestię biznesowego funkcjonowania teamów kolarskich należy uzdrowić, to już całkiem inna bajka. Ale dopóki miliony ludzi jeżdżą na rowerach, to chętnych do ścigania nie zabraknie. Gdzie jest popyt, zjawia się podaż, więc impezy kolarskie summa summarum będą istnieć. O kondycję szosowego kolarstwa RB się nie obawia. Brak finansowego wspomagania może co najwyżej zniechęcić wielkie stacje telewizyjne do transmitowania zawodów. Czy to na pewno taki dramat? Może raczej ulga, myśli RB, wspominając pro-telewizyjne zakusy w kierunku homogenizacji wyścigów. Bo myślenie, że cycling może uratować właśnie telewizja i los tego sportu spoczywa wyłącznie w rękach telewizyjnych decydentów jest Mitem Szóstym. Ścigano się na rowerach na długo przed uruchomieniem transmisji telewizyjnych i co najmniej uproszczeniem byłoby twierdzenie, że brak kamer obniżał temperaturę sportowej rywalizacji lub sprawiał, że zwycięstwo miało inny smak.

RB wie coś o tym, bo z atmosferą kolarskich wyścigów zapoznał się zanim obczaił, co to takiego telewizor. Mit Siódmy, to mit marzycielski pokoleń wychowanych za „żelazną kurtyną” w czasach Wyścigu Pokoju. Wierzą, że można cofnąć czas i odtworzyć atmosferę wyścigu „trzech bratnich redakcji”. Niestety, nie da się. To se ne vrati, pane Regec.

Te miliony na trasach, a jeszcze liczniejsze audytorium z uchem przy radioodbiornikach. Gromadziły się tam przyciągane sygnałem, którego każda nuta wciąż wibruje w pamięci RB oraz magią sportowego wydarzenia. Przyznajmy jednak, że również, a może przede wszystkim, z braku alternatywy.

wyścigpokoju
Tak, alternatywy, bo przecież nie komunistyczna propaganda (jak chcą domorośli „historycy”) wygnała te tłumy na ulice i drogi. To byłoby za proste wyjaśnienie. RB, jako osobnik, który w obu ustrojach przeżył mniej więcej po równo, nie byłby sobą, gdyby mimochodem nie zauważył, że ówczesna propaganda ma się tak do teraźniejszej, jak warkot motorynki do ryku startującego F16.

Alternatyw ci teraz pod dostatkiem. Ba, nawet w nadmiarze, bo żyjemy w erze nachalnej promocji, przesytu, nadpodaży mniej lub bardziej niezdrowych uciech i rozrywek. Dlatego reanimacja tamtych czasów, tamtego klimatu jest zamysłem utopijnym. I nawet, jeśli nowy twór nazwany Wyścigiem Pokoju powstanie, to nigdy nie będzie TEN wyścig.

Krzysztof Suchomski