Cafetería Covadonga #224

 

Froome – Quintana 1:1

Vuelta sprowadziła się ostatecznie do meczu lidera Sky z liderem Movistaru. Wydaje się, że tylko oni liczą się w grze o zwycięstwo. Pozostali stanowią tło. Miejscami nawet interesujące, ale tylko tło.

wyniki 11. etapu

Typowo vueltowy etap – wystarczy włączyć telewizor na ostatnie kilometry. Dziś przynajmniej tempo było szybkie i w końcówce wałęsający się uciekinierzy nie zakłócali obrazu walki.

Froome udowodnił, że ze sztywnymi podjazdami potrafi sobie świetnie radzić, w co jakoś mniej do tej pory wierzono. A przecież jego grand-tourowa kariera zaczęła się od Vuelty 2011 i pierwsze etapowe zwycięstwo odniósł właśnie na Peña Cabarga. Teraz powtórzył sukces, potwierdzając, że nie ma w tym przypadku.

11efroome4Stoczył pojedynek mano a mano z najgroźniejszym rywalem i pokonując go zyskał kilka sekund, ale ważniejsze w tym wypadku były wygrane punkty dobrego samopoczucia. Pewność siebie Kolumbijczyka doznała lekkiego wstrząsu. Kiedy złapali Chavesa i Nairo ruszył do ataku, zapewne spodziewal się, że zgubi rywala. Tak głosiły ostatnie proroctwa. Problemem miało być nie czy to nastąpi, a kiedy (i ile straci Froome). Eusebio Unzue zapowiadał dalsze ataki, bo bezpiecznym buforem przed czasówką jest, jego zdaniem, dwie i pół minuty.

To oczywista ściema, mająca na celu uśpienie przeciwnika, łatwa jednak do rozszyfrowania. Lider Movistaru nie jest aż tak złym czasowcem. Rok temu przegrał tylko półtorej minuty do Toma Dumoulina, a pokonał wielu uważanych za lepszych od niego w tej konkurencji.

Może zbytnia pewność siebie w ekipie Movistaru sprawiła, że jej liderzy nie współpracowali na ostatnim podjeździe, by zgubić Brytyjczyka. Kto wie, czyżby zaślepiła ich perspektywa realnego jeszcze wczoraj dubletu w GC?

Valverde wspinający się ramię w ramię z Contadorem to też widok nie nowy. Wygląda na to, że obaj Hiszpanie mogą do końca rywalizować o ostatnie miejsce na podium. El Pistolero ma jednak straty do odrobienia. Dwa najbliższe dni być może pozwolą mu nieco odetchnąć. Byłoby to wskazane, bo w sobotę czeka królewski etap, po którym okaże się, kto jeszcze będzie liczył się w tym współzawodnictwie.

Ciągle nie należy skreślać szans Estebana Chavesa. Rówieśnik Quintany ambitnie próbuje włączyć się do rywalizacji. Dziś sławniejsi konkurenci skasowali jego akcję, zapłacił za to dalszym miejscem. Ale na mecie uśmiechał się po swojemu do kamery. To się zdarza – skwitował nieudany atak – ale najważniejsze, to wciąż próbować. I jak go nie lubić?

König, Yates, Scarponi, Sanchez – to pewniacy w pierwszej dziesiątce, niektórzy z nich może marzą o czymś więcej, ale na podium mógłby ich wywindować tylko zbieg okoliczności (czytaj: nieszczęście bliźnich). Niedawny jednodniowy lider, de la Cruz, jeszcze utrzymuje się w tym gronie. Jeśli przetrwa weekend w Pirenejach, a potem kolejną vueltową specjalność, wzgórze Penyagolosa, czeka go jeszcze trudne zadanie na czasówce – obrona pozycji przed niezłym z te klocki Talanskym.

Tak, wiemy. Wyścig nie zawsze rozstrzyga się w miejscach, które wszyscy wskazują. Ale cuda, takie jak w Fuente Dé, nie zdarzają się na pstryknięcie palcem.

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Koniec lata. Szkoda, mogłoby jeszcze potrwać. Ale będzie co wspominać.

boss