Olimpijski thriller

 

Cała Polska wstrzymała oddech, gdy Rafał Majka cudem uniknął kolizji z leżącymi na szosie Nibalim i Henao. A mówili kiedyś, że kiepsko zjeżdża. Wydaje się, że było to całe wieki temu. Zjazd z Vista Chinesa nie tylko w przenośni nazwać można karkołomnym. Tam połamać sobie kark można naprawdę. Gdzie się podziały te wszystkie lobby tak głośno optujące za bezpieczeństwem kolarzy? Gdzie te słynne protokoły pogodowe i inne uzgodnienia? Ponoć wszyscy dziesiątki razy objeżdżali trasę i nic nie zauważyli?

Trasa zjazdu była źle zabezpieczona. Siatki chroniące przed wypadnięciem poza drogę ustawiono, lecz przed nimi znajdowały się wyjątkowo wysokie kamienne czy też betonowe krawężniki, dodatkowo „przyozdobione” co parędziesiąt metrów większymi blokami (być może zastawiającymi odkryte studzienki ściekowe). Ktoś to przecież wcześniej oglądał i akceptował taki stan rzeczy. I tego kogoś powinno się teraz pociągnąć do odpowiedzialności.

To naprawdę cud, że seria groźnych upadków, jakich byliśmy świadkami, nie skończyła się gorzej. Połamane obojczyki, guzy, stłuczenia to w kolarstwie wprawdzie rzeczy „na porządku dziennym”, ale chyba nie o to chodzi, by wyścig kolarski wygrywał akurat ten, który przeżyje.

3zmajkaNasz kolarz z Zegartowic na szczęście zjechał z góry w jednym kawałku. Niecałe 10 km dzieliło go wtedy od olimpijskiego złota. Telewizyjna Polska pchała, ale było za daleko i gdzieś nad oceanem musiało te fluidy rozwiewać, bo wiało akurat solidnie nad wybrzeżem, wzdłuż którego wiódł bulwar prowadzący do mety. Pięknie położony, widoki śliczne, pod parasolami dziewczyny jak ze „Słonecznego patrolu”, wschód słońca nad oceanem pewnikiem zapiera dech. Cóż nam po tym. Rafałowi dech zapierało zmęczenie, bo kilometry katorżniczej drogi odbytej w pełnym słoneczku odebrały mu siły. Potworne, bezlitosne 10 km płaskiej, odkrytej, omiatanej podmuchami wiatru szosy. Szosy, do tego wszystkiego prostej i szerokiej, na której goniący widzą samotnego, nie osłoniętego uciekiniera, wijącego się tam przed nimi niczym robak nadziany na haczyk.

medale RR menUciekający zaciska zęby, prowadzi rower bardziej siłą woli niż targanych skurczami mięśni, ale pogoń jest nieubłagana jak matematyka. Dwóch ludzi męczy się mniej niż jeden, zachowują więcej sił i dogonienie uciekiniera jest tylko kwestią czasu. Gdyby było pod górę, nie daliby mu rady nawet w dziesięciu. Ale było po płaskim. I los, ten cholerny alchemik, złoto zamienia nam w brąz. Który też jest przecież sukcesem. Kiedy ostatni raz świętowaliśmy olimpijski medal w wyścigu indywidualnym w kolarstwie szosowym? 36 lat minęło od srebra Langa w Moskwie. Przed startem ten brąz bralibyśmy w ciemno. Jest radość, jest święto, a ta ostatnia prosta tylko czasem się przyśni.

I jeśli uważaliśmy, że los obszedł się z polskim kolarzem okrutnie, to co powiedzieć o Marze Abbott? Jak pocieszyć zawodniczkę, która prowadziła z taką przewagą i straciła wszystko 150 m przed metą? Tu żadne słowa nie pomogą.

Chyba nikt o tym nie myślał w ten sposób, komponując trasę wyścigu szosowego. Nie było w tym premedytacji, po prostu tak wyszło, bo meta akurat pasowała w tym a nie innym miejscu, a góry nie dało się przesunąć. Tak to sobie tłumaczymy, bo trudno byłoby nam uwierzyć w to, że ktoś zaplanował to specjalnie, z zimną krwią. Brazylijczycy nie są aż takimi sadystami.

Mara Abbott miała mniej szczęścia niż Rafał, bo goniły ją trzy zawodniczki. Wydaje się też, że kobiety zachowały więcej sił, trasa nie podziałała na nie aż tak wyniszczająco – może dlatego, że było chłodniej. Walka pań na ostatnich kilometrach była niesamowicie zacięta. Czwórka Armitstead i Kasi Niewiadomej miała trójkę przyszłych medalistek cały czas prawie przed nosem, lecz nie potrafiła się do nich zbliżyć.

Mężczyźni byli tak wyczerpani, że tylko Grega Van Avermaeta i Jacoba Fuglsanga stać jeszcze było na heroiczną pogoń do samego końca, pozostali (a przecież jakie tam były nazwiska) musieli spasować z braku sił.

Dramaty przegrywających złoto samotnych uciekinierów poprzedzone były tragediami przewracających się na zjeździe. Pech jednych, szczęściem drugich. Upadek prowadzących, Nibalego i Henao, otworzył drzwi do podium Polakowi i Geraintowi Thomasowi. Ten ostatni jednak upadł kilometr dalej i można tylko spekulować, czy gdyby nie ten upadek, Van Avermaet (do jego osoby jeszcze powrócimy) miałby sposobność finiszować w pojedynku o złoto, czy tylko o trzecie miejsce.

RR WE finiszDiabeł rozdawał karty, także w niedzielę. Mara Abbott nie znalazła by się w tak pełnej dramatyzmu sytuacji, gdyby nie wcześniejszy, mrożący krew w żyłach wypadek prowadzącej na zjeździe Annemiek van Vleuten. Można powiedzieć, że tak czy owak wygrałaby Holenderka, ale dla zawodniczki Oriki to jednak jest zasadnicza różnica. Dla zwycięskiej Anny van der Breggen rzecz jasna także.

Holenderka, koleżanka Kasi Niewiadomej z Rabobank-Liv, była mocną faworytką, jedną z kilku wymienianych w pierwszym rzędzie. Wiadomo, że znakomicie jeździ po górach, a ma już spore doświadczenie w wygrywaniu trudnych końcówek. Można powiedzieć, że tytuł dostał się w godne ręce.

Zresztą w wyścigu pań dominowały faworytki. Pierwsze 12 miejsc zajęły zawodniczki, które wymieniliśmy jako główne kandydatki do medali. W tym kontekście 6. miejsce Kasi Niewiadomej jest po prostu kolejnym potwierdzeniem olbrzymiej klasy najmłodszej w tym elitarnym gronie dziewczyny z Polski. Co się odwlecze, to nie uciecze. Doczekamy się medalu Kasi, i to nie jednego.

Chwalimy naszych liderów w obu wyścigach, pochwalmy i drużyny. Michał Kwiatkowski zaimponował chyba wszystkim (poza pewnym zasłużonym trenerem), a mniej może widoczną, ale również niezwykle pożyteczną pracę wykonali Maciek Bodnar i Michał Gołaś. Z kolei Ania Plichta i Gosia Jasińska sprawiły, że polskie koszulki były bodaj najbardziej rzucającymi się w oczy w wyścigu kobiecym. Pomijając pojedyncze odskoki (np. rajd Belgijki w początkowej fazie), żadna grubsza akcja nie mogła pójść bez udziału zawodniczki w biało-czerwonych barwach.

GVAObiecaliśmy poświęcić jeszcze trochę uwagi złotemu medaliście, który tak zaimponował w sobotę walecznością, nieustępliwością i niespożytymi siłami. Tak wielka jest siła sugestii wszelkich „etykietek”, że traktowaliśmy go wciąż jako specjalistę od klasyków, nie wierząc, że będzie w stanie odnieść  zwycięstwo w wyścigu stworzonym dla górali. Ale Valverde też jest wybitnym specjalistą od klasyków, co nie przeszkadza mu stawać  na podium Wielkich Tourów, albo wjeżdżać przed innymi na Mont Ventoux.

Kolarz BMC stopniowo ewoluował na naszych oczach. Sprinter, potem spec od płaskich jednodniówek (przez lata Paris – Tours było jego najwyżej cenionym sukcesem), z roku na rok lepszy na brukach, a ostatnio i w końcówkach typowo ardeńskich potrafił zabłysnąć. Zeszłoroczne Strade Bianche, Amstel Gold Race i pechowa Clasica San Sebastian były już bardzo czytelnym sygnałem. Ale alarmującym symptomem, który zupełnie zlekceważyliśmy, był wygrany górski etap Touru do Le Lioran. I nie tyle chodzi tu o to, że wygrał uciekając samotnie (wielu to potrafi), a o to, że najlepsi górale peletonu na ostatnich 20 km nie potrafili odrobić do niego ani minuty z 5-minutowej przewagi. Greg trenuje do Rio – mówiono wtedy. Puściliśmy mimo uszu.

Jednak to, co pokazał w sobotę, każe się poważnie zastanowić nad jego statusem kolarza, kwalifikowanego jako specjalista od klasyków. Oczywiście, wyścig olimpijski był swego rodzaju klasykiem, ale nadal podtrzymujemy stanowisko, że była to impreza dla górali, na której kandydat bez takowych umiejętności nie miał czego szukać. Co prawda, można przyjąć, że Ios zabawił się z nami – gdyby nie wypadek, Nibali zostałby mistrzem olimpijskim. Niezależnie jednak od zajętego miejsca, Greg Van Avermaet okazał się góralem całą gębą, bo jak inaczej nazwać faceta, który na trzech następujących po sobie 8-kilometrowych podjazdach (jeśli to nie są góry, to co nimi jest?) zostawia za plecami Froome’a, Valverde, Mollemę, Yatesa, Bardeta i pomniejszych juhasów. No baca, po prostu.

Ostatnią taką metamorfozę kolarza obserwowaliśmy dość dawno. Mamy tu na myśli Laurenta Jalaberta. Jeśli więc za rok Greg przywiezie z Tour de France koszulkę w grochy nie drgnie nam nawet powieka.

A podsumowanie pierwszego olimpijskiego weekendu zamkniemy stwierdzeniem, że (mimo zastrzeżeń dotyczących bezpieczeństwa kolarzy) oba wyścigi podobały nam się przeogromnie. Właściwie, to od niepamiętnych czasów marzyliśmy, by właśnie tak wyglądały kolarskie mistrzostwa świata. By toczyły się na tak selektywnej, testującej wszechstronne umiejętności i wytrzymałość trasie. By móc uzyskać absolutną pewność, że mistrz świata to prawdziwy mistrz nad mistrzami. Ile lat znów przyjdzie na to czekać?

Krzysztof Suchomski

wyścig szosowy mężczyzn – wyniki

wyścig szosowy kobiet – wyniki

Złoto dla zuchwałych