The Look

 

Spojrzenie. TO spojrzenie… Z niezliczonych milionów spojrzeń, jakimi obdarzali się kolarze na niezliczonych kilometrach tras kolarskich wyścigów, właśnie to jedno zawładnęło tym słowem, przywłaszczając je suwerennie i nieodwołalnie. I kiedy w rozmowie o kolarstwie pada słowo the look, zawsze dokładnie wiadomo, o który look chodzi.

Zdecydowanymi faworytami Tour de France w 2001 roku byli Lance Armstrong i Jan Ullrich. Niemiec, pokonany przez Teksańczyka rok wcześniej, zapowiadał rewanż i powrót na tron Touru, opuszczony przez niego w roku 1998. Za wyjątkiem prologu żaden z nich nie pojawiał się jednak w czołówkach etapów, dopóki kolumna wyścigu nie dotarła do Alp. Zanim to się stało, na 8. etapie 14 kolarzy odjechało, a że nie miał kto gonić, peleton stracił do zwycięzcy prawie 36 minut. Faworyci mieli więc niezwykle duże, jak na drugi tydzień, straty do prowadzących w klasyfikacji generalnej, lecz nie zrażeni tym nadal rozgrywali między sobą partię szachów.

10. etap z Ainx-les-Bains do Alpe d’Huez, liczył 209 km i jeżył się zasłużonymi w historii Le Touru podjazdami: Col de la Madeleine i Col du Glandon. Z trzema premiami HC był najtrudniejszym w rozkładzie jazdy.  A ponieważ trudnych górskich etapów było w tej edycji niewiele, tym bardziej dogodnej okazji do zdobycia przewagi nie należało zmarnować.

Ekipa Telekomu srodze się spięła, by tu właśnie utrzeć nosa amerykańskim Pocztowcom. Mocne tempo narzucone przez pomocników Ullricha zdawało się odnosić zamierzony skutek. Szeregi US Postal szybko stopniały, a Armstrong na Col du Glandon zdradzał wyraźne oznaki wyczerpania. Kamera z lubością pokazywała na zbliżeniach jego opuszczoną głowę i grymas na twarzy.

Z przodu utrzymywał się jeszcze samotny Roux, lecz los jego ucieczki był z góry przesądzony. Przerzedzony i stale zmniejszający się peleton wjeżdżał na serpentyny Alpe d’Huez. Przy „Bossie” pozostał już tylko „Chechu” Rubiera. Komentatorzy niemieckiej telewizji pełni byli wiary w swoich pupili. Pamiętam ten dzień, ponieważ obraz w telewizorze zapowiadał emocje, podnosił ciśnienie jak najlepszy thriller. W czystym alpejskim powietrzu pachniało sensacją.

 

A poniżej replay z krótszą wersją wydarzenia, tym razem z komentarzem angielskim.

 

Rudolf Valentino spłonąłby z zazdrości. Pokazany moment zadecydował nie tylko o losach tego wyścigu. Używając godnego Oscara aktorskiego kunsztu, Armstrong złamał wolę walki i  zdewastował (i tak nie najmocniejszą) psychikę największego rywala. Niemiec już się po tym ciosie nie podniósł. Nawet w 2003 roku, gdy wydawał się silniejszy, lepiej przygotowany od Amerykanina, nie potrafił zadać mu decydującego uderzenia i w rezultacie przegrał kolejny raz.

Obok chwili, w której Bartali podaje bidon z wodą Coppiemu i połączonych rąk LeMonda i Hinaulta na mecie w (znów) Alpe d’Huez, the look jest bodaj najbardziej popularną i rozpoznawalną migawką z ponad stu odsłon Wielkiej Pętli.

Cokolwiek złego nie mówiłoby się i nie pisało o bohaterach tej opowieści, nie możemy zapominać, że to jest fragment historii La Grande Boucle. Taka ona właśnie była, ze wszystkimi swoimi plusami i minusami, z chwalebnymi oraz nie przynoszącymi zaszczytu chwilami. Jest czymś więcej niż zapisem w kronikach czy tabelach wyników. A już na pewno nie jest własnością jakiejkolwiek firmy czy nawet jednego (choćby najbardziej zasłużonego) narodu. Historia Tour de France przekracza wszelkie granice i bariery, stając się cząstką naszego kulturowego dziedzictwa. Należy do nas, wszystkich.

Krzysztof Suchomski