Tour de France ’16 (8): Taki mamy klimat

 

Bobet, Anquetil, Merckx, Hinault, LeMond, Indurain, Armstrong – w historii Tour de France znajdziemy niemal tylu seryjnych zwycięzców, co seryjnych morderców w historii kryminalistyki. I żeby wyczerpać możliwości tkwiące w tym brawurowym porównaniu, wszystkich o coś tam podejrzewano, choć nie wszystkim postawiono zarzuty.

indurain zulle mirandaAle dawniej było normalniej. Sportowiec wyróżniający się liczbą zwycięstw, może i stresował rywali, kłuł ich w oczy swą przewagą, lecz dla ogromnych rzesz kibiców był przede wszystkim obiektem adoracji. Doceniano jego klasę, oklaskiwano jego wysiłek, stawiano za wzór do naśladowania. Młodzież powinna mieć takie wzory, to pomaga w rozwoju. Nastoletni Wiggins miał na ścianie plakaty z Indurainem i Museeuwem. Zobaczcie, gdzie go to doprowadziło.

Nie tylko w kolarstwie. Jesse Owens, Mark Spitz, Carl Lewis, Hermann Maier, Tiger Woods – mistrzowie hurtowo kompletujący triumfy byli i są legendami. Podium, na którym stawali, było ich piedestałem. Dlaczego więc w dzisiejszych czasach mamy wrażenie, że podium Tour de France bardziej przypomina strzelnicę?

Zwycięzca wyścigu kolarskiego, wchodząc na podium, automatycznie staje się celem. Strzela się do niego, by wyładować frustrację, zrekompensować sobie doznany zawód (to „mój” miał wygrać), spełnić dziwnie rozumiany „patriotyczny” obowiązek, a czasem tak po prostu, „dla sportu”. I to niezależnie od tego, kto wygra. Jednych lubi się bardziej, innych mniej, ale nie miejmy złudzeń – zwycięzcy są naznaczeni do odstrzału.

Wiggins? No jak ten pokraka śmiał wygrać. Nibali? Beznadziejny, no i wiadomo – Vino. Froome? – Mutant z Afryki.

armstrongCo się stało? Nie przypadkiem problem dotyczy akurat kolarstwa, w głównej mierze właśnie Tour de France i ma swój początek w roku 2012. To właśnie w tym roku nastąpiła erupcja afery Armstronga i US Postal. Erupcja, ponieważ ze względu na popularność Teksańczyka, uczyniono z tego niebywałe show z iście amerykańskim rozmachem. Telewizja, wywiady, konferencje, Oprah Winfrey. Sprawa daleko wybiegła poza ramy kolarskiego światka. Na temat Armstronga musiał wypowiedzieć swoje zdanie każdy celebryta, każdy dziennikarz, a nawet polityk. Oczywiście, im gorsze zdanie, tym bardziej plusował sobie w sondażach je wypowiadający. Tak to działa, niestety. Prawda, a ściślej biorąc, cała prawda, nikogo nie interesowała. Nikogo nie obchodziło, że Amerykanin był jednym z setek kolarzy, robiących to samo, co on. Wywołano klimat i zapotrzebowanie społeczne na to, by komuś „przywalić”. Przywalenie „leszczowi” nie daje takiej satysfakcji, jak przywalenie komuś, kto stoi na piedestale. Im mocniej i dosadniej, tym lepiej. I tak już zostało.

Na ten klimat nałożyła się dominacja ekipy Sky. To też żadna nowość. Były wcześniej Renault – Elf, La Vie Claire, Banesto, US Postal. Patrząc szerzej, dominacja wybranej ekipy w dowolnej konkurencji sportowej ani nie jest czymś niezwykłym, ani nie stanowiła dotąd źródła problemów. Real Madryt, Los Angeles Lakers, Chicago Bulls – ich serie zwycięstw piszą się w historii raczej złotymi literami.

Ale w kolarstwie, a zwłaszcza w Tour de France, wyścigu będącym na świeczniku i raz do roku skupiającej na kolarstwie uwagę całej opinii publicznej, wskutek wspomnianej medialnej hucpy, zaczęło się to źle kojarzyć. Siłę skojarzenia wzmagały pewne zewnętrzne podobieństwa brytyjskiej drużyny do US Postal. Z jednej strony to zespół z anglosaskiego kręgu kulturowego, niezbyt lubianego w obszarach mającej historycznie dominującą w kolarstwie rolę kultury śródziemnomorskiej (Włochy, Francja, Hiszpania), a z drugiej styl jazdy brytyjskiej ekipy mocno przypominał teamy Armstronga.

12epoelssupergregarioSztab Brailsforda robi swoje, nie zważając na ataki. Przeżyli wszystkie możliwe kontrole i testy, przeżyli prześwietlanie rowerów i nadal wygrywają. Paradoksalnie, każde zaostrzenie gorsetu kontroli antydopingowej umacnia ich pozycję. Dlaczego? Ponieważ przeciwnikom znacznie trudniej nadrobić stracony dystans drogą „na skróty”. A żeby dorównać dominatorom trzeba tak samo trenować, spędzać tyle co oni dni na obozach, wykorzystywać nowinki sprzętowe, stosować dające podobny efekt polityki żywienia, regenacji, treningu psychicznego. A to kosztuje. Coraz więcej.

I w tym „wyścigu zbrojeń” brytyjski team uzyskuje coraz wyraźniejszą przewagę. Ponadto, mając największe zasoby finansowe, dominują kadrowo nad rywalami i nadal drenując rynek, będą tę jakościową różnicę jeszcze powiększać.

Konkurenci Sky narzekają coraz głośniej. To łatwiejsze niż znalezienie bogatszych lub choćby dodatkowych, uzupełniających portfel sponsorów. Trudność w znalezieniu funduszy dla kolarstwa wynika z przyczyn oczywistych i do tego wątku powrócimy w dalszej części tekstu.

Dominacja jednej drużyny, niewygodna dla wielu ludzi z branży, wywołuje reakcję w postaci pomysłów na „naprawę kolarstwa” lub „naprawę Touru” (tak, jakby rzeczywiście się zepsuł). No i sypią się pomysły, zarówno ze strony osób prominentnych, jak i domorosłych majsterkowiczów.

21e@wikimediacommonsPan Prudhomme błysnął niedawno przemyśleniem, że jego wyścigowi dobrze zrobi ograniczenie składów do 8 kolarzy. Już pewnie zapomniał o latach, gdy niektóre ekipy kończyły wyścig w piątkę czy czwórkę. Raczej wydaje się, że ograniczenie prędzej uderzy w ekipy słabsze niż te najsilniejsze. W 8-osobowym Sky zawsze znajdą piątkę, która poprowadzi i ochroni w górach lidera. Natomiast ekipy, które przyjeżdżają z zamiarem konkurowania na różnych polach (np. Etixx, Orica), w końcówkach sprinterskich, w terenie klasykopodobnym, w górach będą miały z tym ograniczeniem większy problem.

Oczywiście, za pomysłem dyrektora wyścigu stoją pieniądze. Ograniczenie składów, to miejsce na dwie dodatkowe ekipy i ekstra kasa dla ASO. Nikt inny na tym nie skorzysta.

Jeszcze bardziej kuriozalnym pomysłem jest ograniczenie etapów jazdy na czas. Pomijając fakt, że dopiero co przerabialiśmy to na trasie Touru, jest to jawnie anty-froomowy pomysł. A co będzie, gdy liderem Sky zostanie na przykład Henao? Przywrócimy czasówki?

12e@cyclingtipsPomysłem, którym szermował do niedawna Oleg Tinkov, jest salary cap. Termin zaimportowaliśmy z zawodowych lig północnoamerykańskich, a oznacza maksymalny pułap wynagrodzeń, którego kluby pod groźbą drakońskich kar nie mogą przekroczyć. Pomysł tylko z pozoru brzmi rozsądnie. Limit wynagrodzeń za oceanem był konieczny ze względu na doprowadzone do monstrualnych rozmiarów gaże gwiazd i szantaż ze strony zawodników, jakiemu ulegać musieli właściciele klubów. Dodajmy od razu, właściciele nieprzyzwoicie, obrzydliwie wręcz bogaci w porównaniu do obecnych sponsorów kolarstwa. Jeżeli (pomijając 50-milionowe zarobki gwiazd), mimo wspomnianych limitów, mogą oni całkiem przeciętnemu zawodnikowi proponować dziesięciomilionowy (lub wyższy) kontrakt za trzy lata gry, powinno nam to uświadomić zupełną nieprzystawalność tych dwóch światów. A zatem i obowiązujących tam regulacji.

Bo jak sobie wyobrazimy ten salary cap w kolarstwie? Jeżeli będzie na poziomie budżetów przeznaczanych na płace przez najbogatszych, niczego nie zmieni. Jeśli w egalitarnym zapędzie zejdziemy do paromilionowych budżetów pozostałych drużyn, spowodujemy katastrofę. Skutki byłyby w skrócie następujące: odejście najbogatszych sponsorów, rozwiązanie niektórych zespołów, obniżki płac kolarzy i personelu ekip, redukcje etatów i bezrobocie na kolarskim rynku. Tego chcemy?

Przecież zewsząd rozlega się płacz, że kolarstwo jest niedoinwestowane. A kolarskie środowisko zamiast zgodnie działać na rzecz ściągania kapitału, przyciągania inwestorów, promowania kolarstwa jako miejsca korzystnych wizerunkowo i bezpiecznych inwestycji, robi wszystko, by temu zaprzeczyć. Począwszy od samych władz, poprzez organizatorów wyścigów, piszące o kolarstwie media, aż do dyrektorów ekip, a nawet, choć rzadziej, samych zawodników. Trwa współzawodnictwo w przedstawianiu kolarstwa w niekorzystnym świetle.

paliwoTypowym przykładem jest tegoroczna, mocno rozpropagowana przez UCI i media, akcja wymierzona w mityczny moto-doping. Prześwietlanie rowerów, inwestycje w sprzęt skanujący, tropienie moto-oszustów to tematy, które przeciętnemu zjadaczowi chleba kojarzą się dziś z kolarstwem. Nie sportowa rywalizacja, hartowanie charakterów, epicka walka i pokonywanie sił natury? Ano nie, po co o tym pisać, o tym mówić, skoro to mniej ciekawe od skanowania rowerów albo wpływu syropu na kaszel na wyniki Wielkich Tourów.

Znaleźli się w kolarstwie ludzie z pieniędzmi i pomysłem na profesjonalnie zarządzaną, osiągającą sukcesy sportowe ekipę. Wydawało by się, że to dobrze. Że ten przykład trzeba rozpropagować i powielić. Bo nie jest pomysłem na kolarstwo, by tych, co się wyróżniają „udupić”. Całkowicie mylą się ci, którzy postrzegają zaistnienie Sky jako problem (i walcząc ze Sky, myślą, że rozwiązują problem). Prawdziwym problemem kolarstwa jest to, że nie ma więcej takich ekip i takich sponsorów. Bo powinno ich być kilkunastu. Nikomu wtedy do głowy nie przychodziły by chore pomysły.

nba-all-star-game-4-2000x1333Potencjalny sponsor kolarski to inwestor, który chce coś zyskać. Raczej nie pieniądze, sport nie jest szczególnie wydajnym obszarem finansowych spekulacji. Bardziej chodzi o wizerunek. Firmy bądź jej właściciela. Nikt o zdrowych zmysłach nie chce, by jego twarz, czy logo firmy kojarzone było z brudem, oszustwem, oskarżeniami czy procesami sądowymi. Dlaczego bogacze chętnie inwestują w piłkę nożną, golfa, tenis czy zawodowe ligi amerykańskie? Bo tam nikt nie podcina gałęzi, na której siedzi. Wszyscy starają się prezentować pozytywny obraz środowiska. Proszę obejrzeć na przykład programy emitowane przy współpracy z NBA. Co w nich dominuje? Podziw dla gwiazd i ich osiągnięć, ale i koleżeństwo, lojalność, a także ogromny szacunek dla rywali. Czy to znaczy, że oni tam nie mają żadnych problemów? Ależ mają. Ale po co o nich trąbić? Kibicowanie ma być przecież zabawą, radością, a nie powodem do stresu i nienawiści.

Wydawało by się, że otwiera się szansa dla kolarstwa. Ostatnie rewelacje z antydopingowego frontu pokazują, to, o czym dawno pisaliśmy. Kolarstwo nie jest najgorsze w tej dziedzinie i warto byłoby zdjąć z niego odium „brzydkiego kaczątka”. Ale do tego trzeba rozsądnej polityki informacyjnej. Teraz nie tylko jej brak, ale i mamy wrażenie, że niektórym ta utrata niechlubnej pozycji dopingowego lidera jest najwyraźniej nie w smak. Już szykują flagi i banery, by machać nimi, ściągając na siebie światła reflektorów, by upomnieć się przywrócenie kolarstwu wcześniej dolepionej gęby.

Może zamiast powtarzać bez opamiętania o oszustwach i swarach i ukazywać z masochistycznym upodobaniem negatywne strony tego sportu, stańmy po jego jasnej stronie?

Krzysztof Suchomski

 

Tour de France ’16 (6): Między dominacją a walkowerem

Tour de France ’16 (7): Reflektorem po klasyfikacjach