Tour de France ’16 (6): Między dominacją a walkowerem.

 

Zapamiętamy 103. Tour de France z kilku, co najmniej, powodów. Nie należy jednak do nich poziom współzawodnictwa o żółtą koszulkę. Mimo faktu, iż lista startowa okraszona była nazwiskami tworzącymi światową czołówkę kolarzy ubiegających się o laury w wyścigach wieloetapowych, rywalizacja w najważniejszej klasyfikacji nie rozgrzewała do czerwoności. Szczerze powiedziawszy, nie dałoby się w tej temperaturze nawet zaparzyć lichej kawy.

Rozczarowani poczuli się zwłaszcza ci, którzy oczekiwali, że Chris Froome znajdzie na szosach Francji pogromcę. W wielu kręgach panowało przekonanie, iż rywale klasy Contadora, Quintany, Aru czy Valverde jeśli nie uniemożliwią, to przynajmniej poważnie utrudnią obrońcy tytułu skompletowanie trzeciego zwycięstwa w Wielkiej Pętli. Jest kilka powodów tego, że tak się nie stało.

16efroomePo pierwsze, w porównaniu do poprzednich sezonów, Froome dojrzał. Jako człowiek, jako kolarz i jako lider zespołu. Ze znerwicowanego, nękanego kompleksami młodzieńca przeobraził się w pewnego swych umiejętności i siły samca alfa. Ta pewność siebie pozwala mu podejmować świadome ryzyko i zaskakiwać przeciwników nieortodoksyjnymi posunięciami, a z drugiej strony sprzyja racjonalnemu gospodarowaniu energią, bowiem „niczego już nie musi udowadniać”. Z roku na rok poszerza wachlarz swoich umiejętności technicznych i taktycznych. Takiej poprawy nie da się załatwić żadną tabletką ani eliksirem. To efekt potu wylanego na treningach.

8efrumiDwa lata temu zjeżdżał fatalnie, w ubiegłym sezonie co najwyżej przeciętnie, a jego ostrożność na zjazdach rzucała się w oczy. Obiegowa opinia głosiła, że trudno go pokonać pod górę, za to na odcinkach wiodących w dół najłatwiej zmusić go do błędu, zostawić z tyłu. Tymczasem w tym wyścigu to on uprzedził ataki przeciwników i zaatakował na pierwszym górskim zjeździe. Wygrał etap, zdobył sekundy przewagi, ale nie to się wtedy naprawdę liczyło. Chodziło o gest dominacji. Ważna była psychiczna przewaga i poczucie konkurentów, że właśnie wytrącono im z ręki broń, na którą bardzo liczyli. Takimi zagraniami, podobnie jak efektowną ucieczką w czwórkę na etapie do Montpellier, Kenijczyk zbudował swą pozycję szefa peletonu.

Bo o wyniku sportowej konfrontacji nie decydują wyłącznie fizjologia. biochemia i komputery. To przede wszystkim starcia charakterów, osobowości. Tego ani nie widać na wykresach, ani nie da się komputerowo zaprogramować. Na nasze szczęście.

Na tle zwycięzcy rywale wypadli po prostu blado. Bez wyrazu, używając łagodnego określenia, bowiem wielu internautów ulżyło sobie, kwestionując pewne detale anatomiczne (czy też ich braki) GC contenders. Zatem, drugim czynnikiem jest słabość bezpośrednich konkurentów. Alberto Contadora wyeliminował upadek, Nairo Quintana nie tylko nie poczynił żadnych postępów, lecz wręcz wydawał się gorzej przygotowany, dla Fabio Aru Le Tour okazał się zbyt wielkim wyzwaniem, Richie Porte kolejny raz potknął się o swego pecha, Thibaut Pinot nie pierwszy raz przegrał sam ze sobą, Joaquin Rodriguez „ma już swoje lata” a Alejandro Valverde i Vincenzo Nibali konsekwentnie dystansowali się od medialnych prób wciągnięcia ich w wir rywalizacji. Z pecha, nieporadności, braku motywacji bądź słabszej dyspozycji głównych konkurentów Brytyjczyka skorzystali przede wszystkim Romain Bardet i Adam Yates.

17e@ORICA_BEyatesmetaLider AG2R niespodziewanie nawet dla swoich rodaków, wcześniej mocno faworyzujących Pinota, zakończył Tour na drugim miejscu, o czym przesądziła jedna śmielsza akcja i paraliż dotykający innych konkurentów do podium. Natomiast młody Anglik z Oriki był jednym z jaśniejszych punktów tej rywalizacji, dopóki starczało mu sił. Ostatnie alpejskie etapy kończący w sierpniu 24 lata zdobywca białej koszulki przejechał już „na oparach”.Z kolei jedyną zasługą Louisa Meintjesa, pierwszego w historii Afrykanina w top 10 Tour de France, było „nieodpadanie od grupy liderów” i dlatego bardziej zapamiętany zostanie ambitnie, choć nieskutecznie atakujący Daniel Martin, pechowy Bauke Mollema, a nawet słabszy, ale szukający szansy na różne sposoby Roman Kreuziger.

Reasumując, mieliśmy silnego, wyrazistego lidera o głowę przerastającego konkurencję, która szybko położyła uszy po sobie i zadowoliła się obroną dalszych miejsc.

Po trzecie, Sky to potęga. Podobnie jak Froome wystawał ponad rywali, brytyjski team dystansuje inne kolarskie ekipy. Pod każdym względem, poczynając od finansowego, poprzez organizację, dobór kadr, profesjonalizm, technikę i technologię, do innowacyjności i zdolności uczenia się. To Brytyjczycy nadają od kilku lat ton szosowemu kolarstwu. Eksperymentują, aplikują nowinki, wykorzystują sławne już marginal gains, o których wielu lubi wyrażać się z przekąsem, ale nie omieszka skwapliwie każdej sprawdzonej, przetestowanej w Sky nowości wprowadzić u siebie.

Proces, jak przystało na kolarstwo, toczy się etapami. Sky zdobywa przewagę, przeciwnicy podpatrują, kopiują i nadrabiają dystans. Brytyjczycy znajdują kolejne źródła poprawy i zaczyna się następny etap. W całym tym biadoleniu na aktualną przewagę brytyjskiego giganta, zapomina się, że w przeszłości ona już była większa niż obecnie. W 2012 roku ekipa Brailsforda przejechała po zaskoczonych rywalach niczym walec, wygrywając na drodze do Tour de France wszystkie etapówki, a potem zdobywając olimpijskie złoto. Przedtem dokładnie opisali, jak to zrobią, ale rywale nie potraktowali tego z wystarczającą powagą. A w trakcie sezonu było już za późno, by nadrobić stracony dystans w przygotowaniach, przejechanych kilometrach, specjalistycznych treningach i nowych metodach regeneracji.

Teraz również rzucała się w oczy przewaga Sky w przygotowaniu, organizacji, dopracowaniu szczegółów. Choćby znakomite rozeznanie trasy i jej warunków. Froome zakręty na zjeździe z Pyeresourde brał „z pamięci”, goniący nierzadko mieli z nimi problem. To tylko jeden z wielu możliwych przykładów.

O filozofii kontrolowania wyścigu Kerrisona, o prowadzeniu peletonu tempem na granicy długofalowej wytrzymałości, uniemożliwiającym przeciwnikom kontrakcję, Guardian czy Telegraph (a zapewne i inne media sportowe na Wyspach) rozpisywały się obszernie w pierwszych miesiącach 2012 roku. Nie trzeba wyważać dawno otwartych drzwi, zarówno, by zrozumieć taktykę Sky, jak i znaleźć na nią antidotum.

9e@TeamSkyandorraBo nieprawdą jest, że nie da się z tym walczyć. Ba! Taki kapitulancki pogląd uważamy za wysoce szkodliwy. Z machiną Sky można się zmierzyć. Warunkiem koniecznym, by taka walka mogła być skuteczna jest niegodzenie się na warunki gry narzucone przez Brytyjczyków. Przeciwnicy, którzy pozwolą czarnym jeźdźcom prowadzić się na rzeź, jadą posłusznie za nimi, licząc, że w końcówce uśmiechnie się do nich szczęście, sami pozbawiają się szans. Wout Poels, Sergio Henao, Geraint Thomas, Mikel Landa, Mikel Nieve, Vasil Kiryienka – rywalizować z takim pociągiem na jego torach zupełnie nie ma sensu.

9 etap do Bagnères-de-Bigorre w 2013 roku był ilustracją tego, jak rozbić szyk czarnego pociągu i jak izolować lidera od pomocników. To jest wykonalne, gdy narzuci się brytyjskiej ekipie swoje warunki rywalizacji. Źle znoszą zmiany tempa i ataki w pierwszej fazie etapu. Są mocni razem, lecz gdy już rozsypie się ich szyk, w pojedynkę tracą pewność siebie i popełniają błędy.

Niemoc i brak wiary we własne siły spowodowały, że żadna z rywalizujących ekip w rzeczywistości nie podjęła rękawicy i nie próbowała energiczniej wyłamać się ze scenariusza narzuconego przez dominatorów. W tym aspekcie liczyliśmy bardzo na Contadora – jedynego z liderów o charyzmie tak potrzebnej, by rzucić teamowi Brailsforda prawdziwe wyzwanie. Szkoda wielka, że go zabrakło, bo mając do pomocy Majkę i Kreuzigera nie poddałby się tak łatwo jak jeźdźcy Movistaru czy Astany.

19ebardetruszaSporym rozczarowaniem była też batalia o dalsze pozycje w klasyfikacji generalnej. Można by przypuszczać, że energia zaoszczędzona wskutek rezygnacji z walki o żółtą koszulkę, zostanie z pożytkiem dla widzów i ducha sportu wykorzystana do tym bardziej zaciekłej rozgrywki o pozostałe schodki podium. Nic z tych rzeczy. W sytuacji, gdy dziesiątkę współzawodników dzieliły sekundowe różnice akcji zaczepnych było jak na lekarstwo. Jakby awans o jedną czy dwie pozycje w pierwszej dziesiątce najważniejszej kolarskiej imprezy nie był wystarczającym bodźcem, by podjąć wysiłek i ryzyko. A przecież nagroda była dosłownie na wyciągnięcie ręki. Przekonał się o tym Bardet, dlaczego nie chcieli spróbować inni?

klasyfikacja generalna Tour de France 2016

Nie da się zatem rywalizacji w klasyfikacji generalnej zaliczyć do mocnych stron tegorocznej Wielkiej Pętli. Innymi klasyfikacjami zajmiemy się w kolejnym odcinku, mając nadzieję na odszukanie pozytywnych stron i pozytywnych bohaterów 103. edycji Tour de France.

Krzysztof Suchomski

Tour de France ’16 (5): Koncert z finałem