1993: Vive La Pologne

 

Skoro rok po roku dojechaliśmy aż do tego momentu, nie wypada się zatrzymywać z prostego powodu. Mamy wreszcie polski akcent w Tour de France. Historycznie, rzecz jasna, nie pierwszy, ale tak się złożyło, że po dziś dzień Zenon Jaskuła jest ostatnim Polakiem, który wygrał etap Wielkiej Pętli. Pisząc powyższe słowa mam niezmienną nadzieję, że szybko okażą się nieaktualne. Zdecydowanie trudniej będzie poprawić inne osiągnięcie kolarza z Wielkopolski: trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Touru osiągnięte właśnie w opisywanej edycji wyścigu. Polak dokonał tego jako pierwszy kolarz z Europy Wschodniej.

Jako młody chłopak kolarskie ostrogi zdobywał w klubie LZS Piast Śrem pod okiem trenera Bronisława Krawczyka, w „dorosłych” latach amatorskiej kariery reprezentował też Orlęta Gorzów Wlkp., dokąd ściągnął go kolega z reprezentacji, Lech Piasecki. Jaskuła wielokrotnie reprezentował Polskę w Wyścigu Pokoju i mistrzostwach świata, był srebrnym medalistą z Seulu w wyścigu drużynowym. Jego koronną umiejętnością była jazda na czas, a już jako zawodowiec nauczył się świetnie radzić sobie w górach.

Karierę zawodowego kolarza rozpoczął w 1990 roku we Włoszech. W 1991 roku zajął 9. miejsce w Giro d’Italia i czekaliśmy aż 22 lata, by któryś z naszych rodaków poprawił to osiągnięcie. W 1993, jako zawodnik ekipy GB-MG Maglificio, po raz drugi wystartował w Tour de France. Przedtem jednak 31-letni Polak udanie (10. miejsce) przejechał Giro, a po drodze zaliczył też pamiętny występ w Tour de Suisse. Teraz patrzy w telewizor i nie może nadziwić się, że dzisiejsi kolarze nie mogą przyzwoicie pojechać dwóch cięższych wyścigów z rzędu.

W Szwajcarii Zenek był klasą dla siebie. Ostatecznie ukończył wyścig na 14 miejscu (cena odpuszczonej ucieczki na jednym z etapów), ale stawał na podium w pięciu etapach, wygrywając klasyfikację punktową. Jego występ na górskiej czasówce na 6. etapie przeszedł do legendy. Zenek wykręcił czas, który wywołał panikę w szeregach rywali i organizatorów. Ponad czterdziestu kolarzy nie zmieściło się w limicie.

Rozochoceni tymi wyczynami zasiedliśmy w lipcu przed telewizorami. To wtedy, po raz pierwszy, transmisja kolarska w Eurosporcie zgromadziła w Polsce masową widownię.

A sam wyścig? Dla nas z wiadomych względów pasjonujący, lecz z perspektywy czasu, trzeba uznać, że jeden z nudniejszych i bardziej przewidywalnych. Na krótszej niż w poprzednich latach trasie, „tradycyjni” konkurenci Induraina, Chiappucci i Bugno, tym razem stanowili dużo mniejsze zagrożenie. Mimo, że lista startowa okraszona była sławnymi kolarskimi nazwiskami, Baskowi nikt nie mógł „podskoczyć”. Jechał równo, jak zaprogramowana maszyna i jak to miał w zwyczaju, w końcówkach etapów łaskawie pozwalał się wyprzedzić kolarzom, którym jakoś udało się wytrzymać jego tempo. Dzisiejsza „komputerowa” jazda Sky nie jest niczym innym, jak sięgnięciem do szkoły wypracowanej przez Banesto (udoskonalonej potem przez US Postal), przy czym Big Mig nie potrzebował do tego tylu gadżetów, co współcześni kolarze.

Na dobrą sprawę jedynym, który mógł poważniej zagrozić pewnie jadącemu po trzecie zwycięstwo Indurainowi był triumfator Vuelty i Kraju Basków, lider ekipy CLAS, Tony Rominger. Drużyna Szwajcara pojechała jednak kiepsko drużynową czasówkę, tracąc ponad 2 minuty, na domiar złego łapiąc jeszcze minutę kary za niedozwolone pchanie. Big Migowi wystarczyło więc spokojnie kontrolować sytuację aż do mety na Polach Elizejskich.

Nasz Zenek miał specyficzny styl jazdy, który niejednego polskiego kibica mógł przyprawić o zawał. Deptał sobie flegmatycznie na końcu grupy (albo dwa, trzy metry za nią), ilu by ona nie liczyła kolarzy. Konieczność pilnowania pozycji w grupie, czy trzymania koła najwyraźniej traktował w kategoriach komplikujących życie przesądów. A na szesnastym, trudnym, liczącym 230 km, pirenejskim etapie do Saint-Lary-Soulan, kończącym się podjazdem na Pla d’Adet, wreszcie doczekaliśmy się tego, co w dużym skrócie możemy obejrzeć poniżej.

 

Rominger zwyciężył zdecydowanie w próbie jazdy na czas na przedostatnim etapie, lecz musiał zadowolić się drugim miejscem na podium i koszulką najlepszego górala, ustępując Indurainowi o prawie 5 minut.

Hiszpan wygrał La Grande Boucle jeszcze w dwóch kolejnych latach, wyrównując rekordy Anquetila, Merckxa i Hinaulta. Nie troszczył się chyba zbytnio o zadziornego, pewnego siebie 22-letniego Amerykanina, który debiutując w tej edycji wyścigu, zwrócił na siebie uwagę etapowym zwycięstwem w Verdun. Niektórzy mówią, że ten kolarz wygrał później Tour de France aż siedem razy, ale trudno się tego doszukać w wynikach, więc pewnie trzeba to włożyć między bajki.

Krzysztof Suchomski