1992: The Grand Escape

 

Zakończyliśmy Ostatnią Bitwę, możemy więc przejść do równie obecnego w naszej kulturze archetypu Wielkiej Ucieczki. Skąd to już nasz dzielny homo sapiens nie uciekał? Z lochów, wież, wysp, syberyjskich łagrów, a zdarzało się i sprzed ołtarza. Podkopem, balonem, konno, pieszo, wpław i w przebraniu. Pora zatem na rower.

Ucieczka na rowerze jest stara jak historia wyścigów kolarskich. A ucieczka w pojedynkę i długa, samotna jazda, to wśród ucieczek kategoria najbardziej zaszczytna. By nie cofać się do początków sportu rowerowego, mistrzami takich rajdów byli uważani za największych asów kolarstwa szosowego Eddy Merckx i Fausto Coppi.

W przedstawianym w poprzednim MB? Tour de France 1991, wielkiej sztuki dokonał Thierry Marie. Na liczącym prawie 260 km 6. etapie do Le Havre pedałował samotnie przez 234 km, by dotrzeć do mety z przewagą 1,34 min. nad peletonem. Była to trzecia, co do długości, udana ucieczka w historii wyścigu. Najdłuższą (253 km) szczycił się zmarły niedawno Francuz Albert Bourlon, który dokonał tego w 1947 roku.

Tour w roku 1992 oddawał w pewien sposób hołd polityce. Licząca 39 504 km marszruta, dla uświetnienia Traktatu z Maastricht, miała wieść przez rekordową liczbę siedmiu państw. Być może z tego powodu wyścig, startując w San Sebastian, później pośpiesznie prześlizgnął się tylko przez Pireneje do Pau, omijając znaczniejsze szczyty. Pokaźniejsze góry kolumna wyścigu miała zaliczyć jedynie na dwóch alpejskich etapach. Na nich, oraz tradycyjnie na czasówkach miały się rozstrzygnąć losy klasyfikacji generalnej. Jej faworytami byli zawodnicy rok wcześniej okupujący podium. Mała liczba górskich etapów mocno ograniczała szanse Włochów, Gianniego Bugno (jadącego w koszulce mistrza świata) i Claudio Chiappucciego, ponieważ w jeździe na czas nie mogli konkurować z Miguelem Indurainem. Bask brutalnie przypomniał o tym fakcie konkurentom, wygrywając 65-kilometrową czasówkę w Luksemburgu z przewagą 3 min. nad 2. Armandem de las Cuevasem, 3,41 min. nad Bugno i 3,47 nad naszym Zenonem Jaskułą. Chiappucci, będący przeciętnym czasowcem (z tego powodu nigdy nie wygrał Grand Touru) stracił prawie 5 i pół minuty.

Gdy dojechali do Alp, w maillot jaune wciąż paradował Francuz Pascal Lino, zawdzięczający przewagę udziałowi w ucieczce na 3 etapie. 13 etap (znów ta 13-tka) o długości 254 km wiódł z Saint-Gervais do włoskiego Sestriere. Gdybyście przeszli go pieszo, napisaliby o Was w National Geographic. Po drodze musielibyście wspiąć się na Col de Saises, Cormet de Roselend, Col d’Iseran (dach wyścigu, 2770 m), Mont Cenis oraz Sestriere.

Oczekujący na mecie włoscy kibice mieli szczególny powód, by życzyć sobie zwycięstwa rodaka. 40 lat wcześniej właśnie w tym miejscu zwyciężył z wielką przewagą Fausto Coppi, później dowożąc żółtą koszulkę do Paryża. To dodatkowo zmotywowało Chiappucciego. Il Diavolo zaatakował 14 kilometrów po starcie, przed podjazdem na pierwszą górską premię.

Relacja Davida Duffielda zacznie się na zboczach Iseranu.

 

Tak wspaniałej, w dodatku zakończonej powodzeniem, samotnej ucieczki nigdy wcześniej nie oglądałem. Niesamowity wyczyn Włocha wzbudzał mój podziw. To uczucie mieszało się ze smutkiem spowodowanym widokiem żegnającego się z Tourem Grega LeMonda, który, nie mogąc dać sobie rady z kłopotami zdrowotnymi, musiał w końcu wycofać się z wyścigu na następnym etapie. Miał dopiero 31 lat, ale w tym samym wieku na sportową emeryturę odszedł jego wielki rywal, Bernard Hinault. Zniechęcony ciągłą walką ze szwankującym zdrowiem, nie pogodzony z nowymi zwyczajami i metodami osiągania formy, Amerykanin, niedługo również zawiesił rower na kołkach.

Na horyzoncie pojawiali się kolejni herosi nowej kolarskiej EPOki. Debiutujący właśnie w Wielkiej Pętli Alex Zülle i Richard Virenque cieszyli się z założenia na jeden dzień żółtej koszulki. Nowością był też pierwszy start niemieckiego teamu Telekom, który wkrótce miał stać się poważną siłą w zawodowym peletonie. Wtedy jednak nie wiedziałem nic o dopingu krwi, a strzykawka kojarzyła mi się ze szczepieniami ochronnymi. W 1997 roku Claudio Chiappucci przyznał się do kilkuletniej współpracy z „doktorem” Francesco Conconim i stosowania EPO. Nie był pierwszy ani ostatni, który sięgnął po nielegalne wspomaganie, ponieważ show must go on.
Krzysztof Suchomski