Reflektor Bossa: Trzy palce i dwa byty

 

Tre dita, trzy uniesione ku górze palce, historycznie oznaczają w Italii Świętą Trójcę. Kochający gestykulację współcześni Włosi używają tego gestu również dla podkreślenia wyjątkowości przedmiotu dyskusji. Jeśli wierzyć dyrektorowi Tour de Pologne (a jest jedynym źródłem tej informacji), gospodarze włoskich etapów stawiają nasz wyścig na równi z Tour de France i Giro d’Italia. Czy trzy palce Cesare Langa dumnie prezentowane przed kamerami przejdą do historii jako gest zwycięstwa, na wzór churchillowskiego V for Victory? A może rację mają krytycy, którzy twierdzą, że Czesław „3 piwa proszę” zbytnio oderwał się od ziemi?

W tym roku nasz narodowy wyścig kolarski w niespotykanym wcześniej stopniu podzielił opinię publiczną. Niewiele, jak na takie wydarzenie, było opinii pośrednich, czy neutralnych. Z jednej strony pełne entuzjazmu głosy organizatorów, z drugiej biadolenia telewidzów. W studiu telewizyjnym zachwyty i wzajemne prawienie sobie karesów, na forach internetowych szydercze komentarze. Gdzie uczucia, tam i emocje. Byłoby znacznie gorzej, gdyby takie wydarzenie jak jubileuszowy Tour de Pologne przeszedł bez echa lub kwitowany był wzruszeniem ramion.

RB zainteresował się zjawiskiem tak krańcowo odmiennego postrzegania tego samego (zdawałoby się) przedmiotu obserwacji. W myśl starego powiedzenia, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jest sprawą oczywistą, że z fotela przed telewizorem widzi się co innego niż przez szybę samochodu dyrektora wyścigu. Zatem intencją RB nie jest „powtórne odkrywanie Ameryki”, a raczej próba zgłębienia przyczyn tego, że dwa punkty widzenia rzucają na ekran w tak wysokim stopniu niekompatybilne obrazy. Gdyby można było przyjąć, że obie grupy opinii są różne, ale się uzupełniają tworząc jeden wizerunek, byłoby po kłopocie. Niestety, tak nie jest. Mamy do czynienia z osądami wzajemnie się wykluczającymi, przynajmniej w dość sporym zakresie. I choć mówi się potocznie, że w przypadkach rozbieżności, opinie należałoby „wypośrodkować”, to RB nie przypuszcza, by sprawiedliwa ocena wyścigu mogła brać się ze średniej wyrażonych sądów.

Dlaczego opinie o wyścigu są tak rozbieżne, jakby były kształtowane w dwóch różnych rzeczywistościach? Dwa wyścigi… Oba jubileuszowe… Który prawdziwy, czy prawdziwszy?

Z tymi bytami to różnie… Mikołaj, wnuczek RB, pytany o największe miasto na świecie odpowiada: Coruscant. Na nieśmiałe sugestie, że może jednak Mexico City, dzieciak wywołuje stronę internetową zdecydowanie udowadniającą miażdżącą przewagę Coruscant nad Mexico City. Na szczęście, ma chłopak tyle sprytu (mając starszą siostrę, nie przeżyłby bez tej cechy), by intuicyjnie zastosować jedną z sześciu głównych technik negocjacyjnych według Cialdiniego.

Takim Coruscantem Czesława Langa (może też miał starszą siostrę?) jest „kolarska liga mistrzów” ostatnio zapgrejdowana stwierdzeniem, że organizacyjnie dorównaliśmy Wielkiej Pętli. Dowód? Wszak oczywisty – trzy palce pokazane przez anonimowych (przynajmniej dla nas) Włochów. Wywołuje to ogólną wesołość, niemniej nie ma powodu, by dyrektorowi wyścigu nie wierzyć. Mieszkańcom alpejskich wiosek mogło się spodobać – widzą wyścig z innej perspektywy niż polski telewidz. Widok gór znają od urodzenia i niewykluczone, że mają go po dziurki w nosie, dokładnie tak jak niektórzy z Polaków widoku oglądanej co roku wyścigowej „baloniady”, która z kolei na Włochach zrobiła duże wrażenie. To oczywiście tylko jeden przykład możliwych różnic w postrzeganiu tego samego zjawiska.

balony
Fot. Szymon Gruchalski / tourdepologne.pl
Dla Langa opinia kogoś, kto był na miejscu, kto „dotknął” wyścigu, jest dużo ważniejsza od opinii telewidzów (czy to rozsądne, do tego jeszcze wrócimy, lecz zrozumiałe wydają się powody takiego stanowiska). To nie działacz „piastujący urząd”. To praktyk, znający organizację imprezy od podszewki, wiedzący ile spraw trzeba załatwić i ile barier sforsować, by wszystko zagrało, jak należy. I gdyby pokusić się o spisanie osób, na których opinii szefowi Tour de Pologne zależy będą to: działacze UCI, sponsorzy, reprezentanci władz lokalnych, dyrektorzy sportowi, kolarze, właściciele hoteli, działacze PZKol, dziennikarze. Nie ma na tej liście kibiców i nie jest to przeoczenie. Wyścig to nie tylko widowisko sportowe. To również, a może przede wszystkim, biznes. Z kibicami spraw biznesowych się nie załatwia.

Od dawna przecież wiemy, że nasz srebrny medalista z Moskwy podczas kariery zawodowej we Włoszech nabrał właściwej południowcom skłonności do emfazy i kwiecistości mowy. Kiedy się wypowiada na temat wspaniałości swojego „dziecka” można odnieść wrażenie, że zaczyna lewitować. Jak większość ludzi sukcesu, Cesare ma wokół siebie wianuszek pochlebców. Może to cokolwiek tłumaczy: z Cesarza Kapuścińskiego pamięta RB, że wysłuchiwanie pochlebstw jest ulubionym zajęciem władców (choć większego „kopa” daje chyba ścinanie zdrajców). Nietrudno wtedy stracić kontakt z rzeczywistością.

A przynajmniej taką rzeczywistością, w której egzystują telewidzowie. Liczebnie biją oni na głowę wszystkich krewnych-i-znajomych-królika, z których opinią Czesław Lang tak bardzo się liczy. Widownia telewizyjna naszego wyścigu (to pojęcie obejmuje też widzów odbierających sygnał przez Internet) dzięki „dobrodziejstwom” globalizacji jest już społecznością międzynarodową. Eurosport wprowadził Wyścig Dookoła Polski do mieszkań rozsianych na całym obszarze globalnej wioski. I chcemy tego, czy nie, za pośrednictwem tej transmisji kształtowana jest opinia milionów ludzi o naszym kraju. Nie jest sympatycznie, gdy człowiek słyszy obcojęzycznych komentatorów żartujących sobie z Polaków, którym nikt nie powiedział, że wynaleziono zegary albo pokpiwających z zaawansowania polskiego outdoor advertising (chodzi o te nieszczęsne płachty rozkładane na trawie niczym pranie do wyschnięcia – na całym świecie tego typu reklamy wmontowuje się elektronicznie w obraz telewizyjny).

Mimo, że nie powinno się mylić poziomu organizacji wyścigu z poziomem realizacji transmisji telewizyjnej, wielu widzów to robi. Obrywa się więc Lang Teamowi i jego wodzowi za grzechy własne i cudze. Szczególnie wiele żalów wylano na głowy organizatorów wyścigu za fatalną realizację transmisji z włoskich etapów. Brak profesjonalizmu telewizyjnej ekipy wręcz kłuł w oczy. A widz chciałby po prostu wiedzieć, co dzieje się na trasie, ile zostało do mety, no i zobaczyć z bliska tych kolarzy. Bo po co kupił na raty duży telewizor z ekranem wysokiej rozdzielczości? Żeby balony z helikoptera oglądać?

O Telewizji Polskiej od wielu lat mówi się, że jest niereformowalna. Jak przytomnie zauważył jeden z internautów, kanał TVP Kultura jest jedynym jej dokonaniem wartym oglądania. Może więc oczekiwania polskich fanów kolarstwa w całej tej jubileuszowej gorączce zostały rozbudzone ponad miarę, bo cud nie miał prawa nastąpić? Może… ale spróbujcie to wytłumaczyć komuś z zagranicy.

Z jednej strony możemy wykazać zrozumienie dla faktu, że Czesław Lang to biznesmen, a nie filantrop – z własnej kieszeni na trzeci motocykl z kamerzystą nie dołoży. Nie jest tajemnicą, że związek Lang Team – TVP jest nie tyle nawet małżeństwem z rozsądku, co z konieczności. Innych kandydatów nie było. Państwowa telewizja musi, bo realizuje misję, a taki wyścig to sprawa narodowa. Ale z drugiej strony sprawą narodową było też pragnienie paru milionów, by zobaczyć na Passo Pordoi Rafała Majkę. Nie pokazano go ani walczącego na podjeździe, ani zakładającego koszulkę lidera na podium. Pojawił się za to Cesare Lang i pokazał trzy palce. Równie dobrze mógł pokazać jeden. Odbiór byłby podobny.

lang
Fot. Szymon Gruchalski / tourdepologne.pl
To co zdumiewa w postawie Langa i jego sztabu, to brak empatii, próby choćby wczucia się w nastroje widowni. Nie jest szczególnie rozważne mówienie Polakowi, że wszystko jest piękne, podczas gdy on na własne oczy widzi co innego. To się źle kojarzy. Nie przypadkiem przecież hasło „telewizja kłamie” ma w naszym kraju tak długą tradycję.

Zgoda, szef pilnuje wyścigu, transmisji telewizyjnej nie ogląda, ale od czego ma ekipę, w której są przecież ludzie odpowiedzialni za wizerunek wyścigu i kontakty z mediami? Idąc tropem reguły „dobry car, źli bojarzy” RB podejrzewa, że całe to towarzystwo jest z wiedzą marketingową o dobrą dekadę do tyłu. Jeśli brak tam zrozumienia dla wagi social media management (będącej oczkiem w głowie dużych i małych korporacji rynkowych w cywilizowanej części świata), to nie ma się co dziwić, że na stronie internetowej wyścigu nikomu nie chciało się aktualizować listy startowej, że ticker wyścigu praktycznie nie zadziałał, a relację w Twitterze prowadził ktoś znający angielski na poziomie podstawowym, do tego kompletnie nieobeznany z kolarską terminologią. I tych grzeszków na telewizję już zwalić nie można.

Nie licz zawiedziony telewidzu, czy internauto, że usłyszysz najmarniejsze „przepraszam”. W Lang Team nie kultywuje się takiego zwyczaju. Bo skoro szef wszem i wobec rozgłasza, że wszystko jest wspaniałe… to niby za co? Ale chowając głowę w piasek, wystawia się na cel inne części ciała. W globalnej wiosce internautów nie ma zmiłuj. Piłki są szybkie i latają nisko – trzeba błysnąć refleksem. Spóźniona reakcja to brak reakcji. Internet nie poczeka.

I jak teraz te dwa opisane byty, mające tak niewiele punktów stycznych, pożenić? Najzręczniej byłoby za pomocą, czegoś, co w XXI wieku ma ponoć wartość większą od złota – informacji. Zamiast karmić odbiorców oklepanymi frazesami i przesłodzonymi laurkami, wystarczyłoby przekazać im rzetelny, profesjonalnie opracowany materiał o organizacji wyścigu, jego parametrach, budżecie i koniecznych ograniczeniach. Mogliby to zrobić obsługujący wyścig dziennikarze, ale skąd mieliby te dane wziąć? Na stronie internetowej nie uświadczysz, z biura wyścigu nie otrzymasz.

Pozostaje im powtarzanie chórkiem, jak co roku, że Tour de Pologne jest największą pod względem sportowym/logistycznym/organizacyjnym* (*niepotrzebne skreślić) imprezą w Polsce, dorównuje najlepszym wyścigom zagranicznym i wszyscy są nim zachwyceni. Skąd pewność, że tak jest? Bo tako rzecze Czesław Lang.

Ech… Szuflandio, moja Szuflandio! Tyś najpiękniejsza na świecie.

Krzysztof Suchomski