Café Tourmalet #217

 

Kontratak pecha

To już 19. etap i 21. dzień trwania Tour de France. I w tym właśnie dniu pech postanowił nadrobić zaległości. Do tej pory mówiło się o szczęśliwym, pozbawionym większych katastrof i dramatów wyścigu. Pomijając pecha Contadora, w skali „tourdefransowej” wyjątkowo mało było wypadków, a wycofania z imprezy, liczniejsze w trzecim jej tygodniu, miały w większości charakter taktyczny, a nie przymusowy.

19e@sporza_koersPopadało i tylko to wystarczyło, by na stosunkowo krótkim odcinku trasy „wyłożyło” więcej uczestników niż w całym pierwszym tygodniu. Leżeli Dumoulin, Mollema, Navarro, Porte, Reichenbach, Froome, Nibali, Rolland – by wyłapać te najbardziej eksponowane nazwiska.

W ten sposób los przypomniał o sobie i o tym, że on też ma w tym wyścigu coś do powiedzenia. No i ma rację, bo historia uczy, że do odnoszenia sukcesów w Wielkiej Pętli, poza wszystkimi tak dokładnie opisanymi umiejętnościami, potrzebny jest łut szczęścia. Ktoś wygrywa, bo los uśmiechnął się do niego w odpowiedniej chwili, inny przegrywa i skazany zostaje na zapomnienie, bo w niewłaściwej chwili znalazł się w niewłaściwym miejscu.

19efroomeszlifyOczywiście na atak pecha warto być przygotowanym. I choć nie da się przewidzieć wszystkich chwytów tego podstępnego sukinkota, można próbować ograniczyć skutki uderzenia. To się dziś udało ekipie Sky. Froome po upadku na zjeździe pozbierał się z asfaltu, zbiegł na pobocze (a bieganie ma już przećwiczone) i wymienił rower z nadjeżdżającym Thomasem z wprawą przypominającą mechaników Formuły 1. Wyglądał trochę, jakby się właśnie wyrwał z łap Boltonów, próbował jeszcze bezskutecznie wycisnąć nieco entuzjazmu z roweru kolegi i z kłopotami, ale dotarł do mety, nie tracąc zbytnio kontaktu z rywalami.

Richie Porte zbierał się po upadku dłużej i w rezultacie skazany został na wyczerpujące gonienie czołówki. Tych straconych sił najwyraźniej zabrakło mu w końcówce etapu i marzenia o podium Tour de France niebezpiecznie się od niego oddaliły.

Jeszcze większego pecha miał leżący dwukrotnie Bauke Mollema, który zaczynał dzień jako wicelider, a kończy go, zamykając pierwszą dziesiątkę klasyfikacji generalnej.

19ebardetwygrywaWygrał etap Romain Bardet. Francuz fartownie znalazł się z przodu, gdy czołówka przyhamowała po serii upadków. Wykorzystał dar od losu i pognał samotnie do mety, mijając po drodze Portugalczyka Costę. Jednym atakiem zapewnił Francji tak wyczekiwane etapowe zwycięstwo i sobie upragnione miejsce na podium. Jest w stanie je jutro obronić, bo bohaterowie wyglądają na mocno umęczonych i większość marzy już o zakończeniu wyścigu.

wyniki 19. etapu

Dzień dzisiejszy o tyle różnił się od innych, że przez większość trasy ton nadawała ekipa Astany. Nagle okazało się, że dyktatura Sky nie jest aż taką „oczywistą oczywistością”, jak czasem próbuje się sugerować. Można kolarzom w czarnych kostiumach rzucić rękawicę i podjąć z nimi walkę. Z jedną uwagą: by móc z nimi wygrać, trzeba mieć lidera na poziomie adekwatnym do zwycięstwa w Tour de France. Takim kimś nie jest (jeszcze dzisiaj) Fabio Aru. I to pokazuje dobitnie i niestety dość boleśnie różnicę wciąż dzielącą zwycięstwo w Giro d’Italia od triumfu w La Grande Boucle.

Selekcja negatywna (oprócz Mollemy, został z tyłu Yates) sprawiła, że na podium awansował Nairo Quintana. Dokonał tego, nie wystawiając nosa poza czołówkę. Po prostu wiózł się na kole rywali i szczęśliwie uniknął upadku. Niewiele dzieli go od Bardeta, zatem jutro może nawet wskoczyć na drugie miejsce. Byłoby to zasadniczo niesprawiedliwe (jeżeli ktoś szuka w sporcie sprawiedliwości), ale może nie bylibyśmy więcej zmuszani do wysłuchiwania bajek o alergii. Zwłaszcza o takiej, która pojawia się na zawołanie, bo świetnie pamiętamy, że Kolumbijczyk już raz cierpiał na nią w maju, w trakcie Giro.

19emajkagrochyNa nic nie cierpi, na szczęście, Rafał Majka i proszę się nie niepokoić. Pokrywające go czerwone plamy, to nie wirus, uczulenie czy jakakolwiek zaraza. Rafał po prostu tak ma. Przyjeżdża co roku do Francji i tu już trzymają specjalnie dla niego koszulę w duże czerwone grochy. Taki obyczaj, krakowsko – francuski. Rafał lubi ten deseń i trzeba przyznać, że jest mu w tym twarzowo. Zazdroszczą mu niektórzy, więc dla świętego spokoju odstąpi ją czasem na dzień, dwa takiemu De Gendtowi czy innemu łaknącemu chwili uznania biedakowi, lecz spróbował by taki nie oddać. Mowy nie ma. Wyścig zbliża się do końca i nie ma zmiłuj, Rafał bierze, co swoje z bezwzględnością Urzędu Skarbowego. Spróbujcie się postawić.

A byliśmy dziś świadkami walki. Nie o punkty, bo tu dominacja Polaka demobilizuje rywali, a o sekundy w generalnej klasyfikacji. Może jeszcze nie takiej, jak oczekiwano po najwspanialszym z kolarskich wyścigów, ale nie można powiedzieć, że GC guys znów przespali dzień. Los wprawdzie musiał trochę dopomóc w tworzeniu dramaturgii spektaklu i tym całkowicie usprawiedliwił swą nadprzyrodzoną interwencję. Tak bywa, czasem ktoś z zewnątrz musi zakręcić ruletą. Zwłaszcza, gdy nie ma Alberto.

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Szukam już słów – kluczy do podsumowania wyścigu. Niełatwe zadanie, bo nic tu nie jest takie jednoznaczne, jak się z pozoru wydaje.

boss