Olimpijski miraż

 

Wczoraj, w dniu przerwy w Tour de France, sułtan kolarskiego sprintu, Mark Cavendish ogłosił decyzję o wycofaniu się z wyścigu. Jeszcze bardziej szokujące od samej decyzji (nie dla wszystkich była niespodzianką) jest szczere podanie do publicznej wiadomości jej rzeczywistych powodów.

repo2@BBCSportPomijając całą zawartą w oświadczeniu popularnego sprintera kurtuazję, powód brzmi następująco: dalsza jazda w wyścigu zaszkodziła by moim przygotowaniom do występu na Igrzyskach Olimpijskich. Występ olimpijski – ktoś mniej zorientowany mógłby pomyśleć, że Manx Missile zapragnął powalczyć o złoto w wyścigu szosowym. Jednak nie. Chodzi o występ w brytyjskiej reprezentacji torowej. I nie dość, że na cieszącym się jednak mniejszą od szosy estymą torze, to bynajmniej nie w sprincie, ale w omnium – konkurencji, której zasady mało kto, poza wtajemniczonymi, zna i rozumie. Dla takiej to perspektywy Mark Cavendish porzuca szosy Francji i realną możliwość kolejnego zwycięstwa w kultowym dla tej dyscypliny sportu, jedynym takim i niepowtarzalnym finiszu na Polach Elizejskich.

Porzucenie dotyczy Tour de France – bez żadnej wątpliwości najbardziej prestiżowej imprezy kolarskiej, do tego zapewniającej zwycięzcom (nawet etapów) miejsce na kolarskim Olimpie. Co do tej pory zasadniczo różniło Wielką Pętlę od występu w kolarskich zawodach na Igrzyskach Olimpijskich. Tradycja tych ostatnich, w wąskim kolarskim ujęciu, nie może równać się z tradycją francuskiego giganta.

Do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku na Igrzyskach rywalizowali wyłącznie amatorzy. Przełomem był rok 1992. Na Igrzyskach w Barcelonie występ zawodowych amerykańskich koszykarzy, okrzykniętych Dream Teamem był wydarzeniem numer jeden, zarówno w sensie sportowym, jak i (a może przede wszystkim) medialnym. Niewielu sportowych kibiców wie, kto wtedy wygrał „setkę”, maraton czy turniej siatkarski. Ale o popisach Michaela Jordana, Magica Johnsona i ich kolegów pamiętają wszyscy. To wydarzenie otworzyło szeroko drzwi profesjonalnym sportowcom w innych dyscyplinach sportu. Także kolarzom – zawodowcy pojawili się starcie olimpijskim już za 4 lata, w Atlancie.

Przez wiele lat wydawało się jednak, że ten start co cztery lata jest dla kolarzy niewiele więcej niż przygodą. Fajna sprawa, szczytna idea, ale kalendarz kolarski ma to do siebie, że jest bardzo konserwatywny. Najlepsi zawodowcy mają z góry upatrzone stałe punkty programu, priorytetowe imprezy, do których dostosowują nie tylko inne starty, ale i cykle treningów, obozów i przygotowań. Raczej nie wchodziło więc w grę dezorganizowanie planów i przyzwyczajeń kolarskich gwiazd. Olimpijski występ załatwiało się „z marszu”. I wprawdzie rejestr olimpijskich triumfatorów zawiera tak znane kolarskie nazwiska, jak Indurain, Cancellara czy Ullrich, lecz bynajmniej nie od tego osiągnięcia tacy kolarze zwykli zaczynać wymienianie swoich sportowych sukcesów.

wiggo goldZmianę przyniósł rok 2012 i Igrzyska w Londynie. Gospodarze, będący już wtedy kolarską potęgą, emocjonowali się wielką epopeją Bradleya Wigginsa. Pierwszego brytyjskiego kolarza, który miał wygrać Tour de France. Pierwszego kolarza na świecie, który w jednym roku miał wygrać Wielką Pętlę i olimpijskie złoto. Media to kupiły. Wraz z nimi tę historyczną wyprawę po mityczne „złote runo” śledził cały glob. I świat kolarski został tym olimpijskim bakcylem zarażony.

Już nie tylko o Brytyjczyków, mających „fioła” na punkcie swej kolarskiej reprezentacji, chodzi. Sen o Rio prześladuje w takim samym stopniu Hiszpanów, Włochów, Belgów, Amerykanów, Australijczyków – stare i nowe kolarskie nacje.

Alejandro Valverde, zaliczany do wąskiego grona najlepszych kolarzy XXI wieku, przez całą karierą marzący o wygraniu Tour de France, zmienia swe plany i nawyki i w wywiadach podkreśla z ostentacją, że jego głównym celem jest medal olimpijski. Udział w Tour de France ma go do osiągnięcia tego celu lepiej przygotować. Podobnie traktuje występ w Le Tour najbardziej utytułowany z Włochów, Vincenzo Nibali. Nie jest pewnie w smak dżentelmenom z ASO takie stawianie sprawy przez kolarskie ikony, ale muszą przełknąć tę żabę.

olimpic logo rioTakich opowieści słuchają też polscy kibice. Mityczny cel w postaci Rio de Janeiro wciąż podtrzymuje złudzenia, że Michał Kwiatkowski przysporzy nam w tym roku wiele radości. Podobne podbijanie olimpijskiego bębenka trwa w całym rowerowym światku. Do tego stopnia, że gdy ktoś nie widzi swych szans na szosie, próbuje zdobyć bilet do Rio w innej specjalności. Oprócz wspomnianego Cavendisha, znajdą się tam w nietypowych rolach, bo na trasie MTB, szosowi mistrzowie świata: Pauline Ferrand-Prevot i Peter Sagan.

Opisywane przewartościowanie kolarskiego „systemu wartości” jest świeżym zjawiskiem i trudno już wyrokować o stałym przemeblowaniu hierarchii imprez. Generalnie, Tour de France, mimo pewnej rysy na wizerunku, nie traci prymatu wśród szosowych wyścigów. A czy olimpijskie zawody w przyszłości utrzymają tak wysoki poziom zainteresowania, to się okaże.

Wydaje się jednak cokolwiek ryzykowne podporządkowanie całego sezonu jednej, obarczonej tak wysokim współczynnikiem ryzyka, imprezie. Nie chodzi bynajmniej o wirusa, którym straszą akwizytorzy koncernów farmaceutycznych. To tylko jeden dzień. Pojedynczy występ i jeśli coś pójdzie nie tak, domek z kart się rozsypie. To nie Wielki Tour, gdzie słabszy dzień można przeczekać, pecha jakoś przeżyć i ciągle mieć możliwości odrobienia strat, dogonienia rywali. Tu mamy loterię z założenia, a w przypadku Rio de Janeiro dochodzi hazard związany z warunkami klimatycznymi i dostosowaniem do zmiany strefy czasowej. Błąd popełniony w procesie aklimatyzacji praktycznie pozbawi zawodnika szans na dobry wynik.

Może to nie zabrzmi najlepiej, ale w takiej sytuacji stary, poczciwy Tour de France wydaje się jednak pewniejszym wróblem w garści.

Krzysztof Suchomski