1991: The Last Battle

 

Archetyp Ostatniej Bitwy jest jednym z najbardziej charakterystycznych elementów większości epickich dzieł stanowiących fundamenty naszej kultury. Do dziś znajduje odzwierciedlenie w produkowanych masowo historiach i historyjkach. Ma również swoje przełożenie na sferę sportu, której epicki aspekt jest przecież niezaprzeczalny.

Rycerski honor nie pozwala poddać się bez walki. Jak na uczciwych rycerzy roweru przystało, bohaterowie lat 80-tych mieli stanąć do ostatniej bitwy na długiej, liczącej 3914 km trasie. Przed 78. wyścigiem Dookoła Francji, Jean-Marie Leblanc, w jednym z wywiadów, zapowiedział przełom. Starzy mistrzowie, Fignon, LeMond, Delgado zostaną zepchnięci z podium przez młode pokolenie – oświadczył przed kamerą ówczesny ojciec-dyrektor swą, jak zwykle fatalną, angielszczyzną. Jako następców wymienił Breukinka, Induraina i Bugno, po chwili wahania dodając do tego grona Motteta. Śmiało moglibyśmy do puli dorzucić tak dziarsko sobie przed rokiem poczynającego Chiappucciego, tym bardziej, że zajmując 2. miejsce w Giro, potwierdził swe aspiracje do światowej czołówki.

Ale świat (w tym i piszący te słowa) wciąż jeszcze wierzył w trzykrotnego zwycięzcę, Grega LeMonda, który bynajmniej nie krył się z marzeniami o czwartym triumfie. I tak oto nad wyścigiem unosił się duch Rycerzy Okrągłego Stołu, 300 Spartan, Okopów Świętej Trójcy i Rewolucji Francuskiej, alles zusammen. Kariery kolarskie, nawet te najpiękniejsze, usiane sukcesami, nie kończą się happy endem. Prawa natury są nieubłagane. Młode, głodne krwi (i dodajmy: lepiej „uzbrojone”) wilki prędzej czy później muszą zatriumfować w nieustającej Grze o tron.

Do pewnego momentu wszystko zdawało się jednak układać po myśli obrońcy tytułu. Wraz z Breukinkiem, Kellym i ósemką towarzyszy uciekł już na 1. etapie, zarabiając 1,44 min. Po 8. etapie przywdział żółtą koszulkę, mimo że 73-kilometrową czasówkę wygrał Miguel Indurain, pokonując LeMonda o 8 sekund, Bernarda o 53 sekundy i Breukinka o 1,14 min. Tym samym, Bask, startujący do wyścigu jako główny pomocnik Delgado, „oficjalnie zgłosił swą kandydaturę” do podium. A ciekawostką etapu było 7 miejsce, znanego bardziej jako sprinter, Abdużaparowa, którego polscy kibice mieli okazję poznać na Wyścigu Pokoju.

Jedenastego dnia wyścigu działy się rzeczy niecodzienne. Przed startem wycofało się dwóch chorych kolarzy zespołu PDM, w trakcie 10. etapu do Quimper, trzech kolejnych. Etap ukończyła czwórka zawodników holenderskiego teamu, w tym Breukink, Kelly i Alcala, ale nazajutrz rano rozbita ekipa zdecydowała wycofać się z wyścigu, rzecz jasna, wywołując tym samym falę domysłów i plotek. Do dziś sprawa ta nie doczekała się dogłębnego wyjaśnienia, choć z różnych źródeł informacji wynika, że prawdopodobnie przyczyną były eksperymenty dopingowe prowadzone przez jednego z holenderskich lekarzy.

Na pierwszym górskim etapie trójka uciekinierów przyjechała prawie 7 minut przed peletonem. Wygrał Mottet, lecz maillot jaune ubrał dość niespodziewanie jego rodak Luc Leblanc, spychając Amerykanina na pozycję wicelidera. Królewski etap miał nastąpić nazajutrz. Trasa wiodła z hiszpańskiego Jaca, przecinając Pireneje. Pięć podjazdów, kolejno na przełęcze Pourtalet, d’Aubisque, Tourmalet, d’Aspin i meta w Val Louron. Feralna 13-tka – 232 km w upalnym słońcu stanowiło wyzwanie dla najwytrwalszych. Dość wcześnie nie wytrzymali tempa tak zawołani górale jak Delgado, Herrera, Rooks czy nawet walczący o „grochy” Thierry Claveyrolat.

LeMond zaatakował u podnóża Tourmalet, lecz Indurain i Bugno zlikwidowali jego ucieczkę, dociągając grupę faworytów, po czym kolarz Banesto rozpoczął selekcję. Pierwszy został z tyłu lider, Leblanc, później odpadali kolejni, w tym zmęczony LeMond, jego rodak Andy Hampsten, Hiszpan Chozas. Obrońca tytułu nie chciał pogodzić się porażką. Szamotał się, ale głowa chciała, a nogi już odmawiały posłuszeństwa. I jak nie idzie, to nie idzie – na domiar złego samochód, trącając tylne koło, powoduje upadek kolarza, na szczęście bez poważniejszych konsekwencji.

Indurain zaatakował na zjeździe z Tourmalet, zdobywając kilkadziesiąt sekund przewagi. Na podjeździe pod Col d’Aspin pogonił za nim Chiappucci i dwójka ta, zgodnie współpracując, powiększała przewagę. Kopia nie jest w najlepszym stanie. Mam nadzieję wymienić ją na „nowszy model”, gdy pojawi się w sieci. Warto jednak zobaczyć moment, w którym dokonała się kolejna zmiana na kolarskim tronie.

 

Król Miguel będzie miłościwie panował przez pięć długich lat. Póki i jego nie dopadnie pewnego słonecznego, lipcowego dnia wilcza sfora. Na podium, na Polach Elizejskich, stanęli razem z nim dwaj Włosi, Gianni Bugno i Claudio Chiappucci. Znów, jak rok wcześniej, a także przed trzema laty, zabrakło miejsca „na pudle” dla reprezentanta gospodarzy. Dało to asumpt do ogólnonarodowej dyskusji o kryzysie francuskiego kolarstwa.

Kryzys to rzecz względna. Laurent Fignon, Charly Mottet, Jean-Francois Bernard, Thierry Marie, Luc Leblanc, Thierry Claveyrolat, Laurent Jalabert – ileż ci Francuzi by dali, żeby dziś mieć takich kolarzy?

Krzysztof Suchomski

P.S. A ostatniego dnia 78. edycji Tour de France znów dał o sobie znać, jadący w zielonej koszulce Taszkient Terror- Dżamolidin Abdużaparow.