Reflektor Bossa: Dzienniki gwiazdowe

 

Kolarski czerwiec ma przesrane. Od dziesiątek lat tkwi jak kopciuszek wciśnięty pomiędzy bogatszych i urodziwszych braci. Zawsze w cieniu pyszniących się swym grandtourowym majestatem maja i lipca. Cóż z tego, że najpracowitszy w rodzinie? Że kalendarz startów ma przeładowany jak żadne z rodzeństwa? Media ledwo spojrzą. Kiedy tylko zakończą przepuszczanie przez wyżymaczkę postgirowych remanentów, biorą się za podbijanie wielkopętlowego bębenka.

Z Giro pozostanie nam poczucie bezsilności istoty zwanej homo cyclistus w starciu z potęgą przyrody oraz niesmak spowodowany wybrykami pewnego Włocha, do którego autentyczny Święty Ambroży (ze względów wizerunkowych) wolałby się najpewniej nie przyznawać.

Pocieszeniem w pierwszej z wymienionych kwestii jest statystyka. Taka seria meteorologicznych anomalii szybko się nie powtórzy, co pozwala nam i organizatorom Giro ufniej spojrzeć w przyszłość. Na podobną ufność znacznie trudniej zdobyć się RB w drugim przypadku. Ba! Żeby to o jeden przypadek chodziło…

Z trzech ujawnionych wpadka Georgesa najbardziej przekonuje, że walka z dopingiem nie została wygrana. Dotyczy żołnierza peletonu, kolarza, jakich setki ścigają się na trasach World Touru. Jedni nadal sięgają po nielegalny doping, by zakosztować sławy, inni z przyczyn ekonomicznych, by utrzymać miejsce pracy.

W takich sytuacjach trudniej wmawiać sobie, że złapany jest „tym jedynym”. Tym bardziej, iż to już drugi przypadek ujawnionego stosowania dopingu w zespole AG2R. Kłopoty tego teamu, połączone z dość niewyraźną postawą kierownictwa Europcaru w sprawie Rollanda, biją w image francuskiego kolarstwa, które od lat próbuje sprzedać się w mediach jako dziewczę nieurodziwe, za to cnotliwe. Co więcej, sugerowano wszem i wobec, że właśnie zachowanie cnoty winne jest brakowi sukcesów dzielnych kolarzy francuskich. No i całą kampanię promocyjną produkowaną na użytek francuskiego (który inny zdołałby tę żabę przełknąć?) konsumenta diabli wzięli.

Bo jeśli o Włochów idzie, nikt (włącznie z nimi samymi) nie ma złudzeń. Zamiłowanie do hazardu i przyrodzona niefrasobliwość popychają ich do zabawy z kontrolerami WADA w grę pod tytułem „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?”. RB docenia jednak w ich postawie to, że złapani nie snują historyjek o wołowinie i nie zarzekają się, że ich pies wabił się inaczej. Z rozbrajającym uśmiechem na twarzy tłumaczą, że to chyba jakieś nieporozumienie, co w pięknej mowie włoskiej jest ogólnie przyjętą formą przyznania się do winy.

Od dłuższego czasu w głowie RB kiełkowało podejrzenie, że EPO działa jak narkotyk. Niektórzy delikwenci sprawiali wrażenie, że są „na głodzie”. Że muszą sobie „dać w żyłę” za wszelką cenę. Jednak patrząc kolejny raz w zmęczoną, pooraną wysiłkiem twarz Di Luki, RB nagle zobaczył w nim starego rockmana, który rozpaczliwie walczy o uwielbienie fanów. Nie może znieść życia w cieniu, patrzy z zazdrością, jak młodsi kradną mu sławę, długonogie dziewczyny, zainteresowanie mediów i nadzianych sponsorów. Nie potrafi pogodzić się z utratą statusu gwiazdy. Chce jeszcze raz zaśpiewać swój wielki przebój na głównej scenie. To sława jest tym narkotykiem, od którego on, jak wielu jego słynnych rodaków, nie potrafił się wyzwolić.

di luca
 

Miał swoje pięć minut. W jego ucieczkach było coś samobójczego, bo gołym okiem dawało się dostrzec, że nie mogą się udać. Ale podziwialiśmy tę determinację, jeszcze nie wiedząc, że posunął się w niej za daleko – aż do złamania reguł. Otwartym pozostanie pytanie, której reguły złamanie przeklinający go koledzy z peletonu i działacze mają mu złe bardziej: tej o zakazie dopingu, czy mówiącej „nie bądź głupi i nie daj się złapać”. RB nie zaryzykuje odpowiedzi. I nie rzuci kamieniem.

Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść – śpiewali ex-gwiazdorzy, a obecnie najwyraźniej dojrzali do decyzji muzycy grupy Perfect. Może powinien sobie te słowa wziąć do serca także kolarz 2012 roku Bradley Wiggins? Dziennik tej do niedawna najjaśniejszej gwiazdy nie zawiera w tym roku wielu pokrzepiających wpisów. A w doniesieniach prasowych pojawia się bynajmniej nie z racji sportowych wyników. Raczej można tu mówić o serialu „Duma i uprzedzenie”.

Wiggo należy do ulubieńców dziennikarzy, bo z reguły ma do powiedzenia coś ciekawego, niebanalnego, nierzadko wykraczającego poza kaganiec politycznej poprawności. Krótko mówiąc, coś z czego da się zrobić newsa, bo żyć przecież trzeba. Nie ma zmiłuj, tytuły szlacheckie immunitetów żadnych nie dają. Czytamy więc, że Wiggo tęskni za Tourem, że trenuje na Majorce, że nie trenuje, bo leczy kolano, że nie lubi Vuelty i dalej nic z tego w poważnym, sportowym sensie nie wynika.

Sir Bradley ma teraz czas, by zastanowić się nad tym, co jeszcze dopisać do swego bogatego CV. Jeżeli jest realistą, powinien zdawać sobie sprawę, że zwycięstwo w Tour de France było pięknym ukoronowaniem jego kariery, lecz zarazem osiągnięciem jednorazowym – powstałym z sumy osobistych walorów: talentu i tytanicznej pracy, ale również odważnej wizji sztabu, pedantycznej organizacji, znakomicie dobranego zespołu oraz korzystnego splotu okoliczności. Zwłaszcza na powtórkę tego ostatniego czynnika trudno liczyć. Zatem, jeśli jest realistą, wyznaczy sobie na jesień kariery cele realne do osiągnięcia. Jeśli zaś uwierzył (o co nietrudno w tej masie pochlebstw i zaszczytów) w swą wyjątkowość i zdolność do „chodzenia po wodzie” to w centrali Sky Corp. usłyszą prędzej czy później: Houston, Houston, we have a problem…

froome
 

Tymczasem Chris Froome, inna gwiazda brytyjskiego Nieba (tym razem bez wątpienia wschodząca), krocząc wydeptaną w ubiegłym roku ścieżką, zgodnie z planem wygrywa Delfinat. Ani to zaskoczenie, a i uciecha teamu umiarkowana, bo tak już mają te czerwcowe etapówki – celem samym w sobie bywają rzadko. Jak to na poligonie: jeden sprawdza nogę, drugi nowy gadżet, a trzeci kombinuje, co wlać do bidonu. Hiszpańskie asy ostentacyjnie pokazywały swoje désintéressement rezultatami generalnej klasyfikacji. Contador epatował popychaniem i holowaniem swego gregario, Froome dżentelmeńsko odpowiedział pomocą dla kolegi z byłych kolonii Imperium – czysty Wersal. Ale medialnym gwoździem imprezy były wywiady Chrisa w języku Honoriusza Balzaka – naprawdę godny zauważenia chwyt pi-arowski Niebiańskich. Nauka z ostatniej La Grande Boucle nie poszła w las.

I tak nieuchronnie zmierzamy do finału. Bo czerwiec ma swoje miejsce w przyrodzie jedynie po to, byśmy mogli zacząć oddychać Tourem. Myśleć o Tourze. Dyskutować o Tourze. O tym starym, nudnym, niereformowalnym, monotonnym, przewidywalnym, beznadziejnym Tourze. Bez którego nie możemy żyć.

Krzysztof Suchomski