Giro 2016 (3): Radość w Italii

 

Lubimy obserwować Włochów i ich ekstrawertyczne zachowanie. Są szczególnie wdzięcznym obiektem obserwacji, gdy przeżywają sportowe emocje. Na co dzień są Lombardczykami, Piemontczykami bądź Kalabryjczykami. Włochami stają się, gdy jednoczy ich ważne sportowe wydarzenie, takie jak mecz squadra azzura lub Giro d’Italia. Nikt, tak jak oni, nie przeżywa w równie dramatyczny sposób porażek, ale też mało kto potrafi piękniej cieszyć się i świętować sukcesy.

Oni potrafią też zaśpiewać narodowy hymn w szczególny, niepowtarzalny sposób. Niemcy robią to uroczyście, Francuzi z patosem, Anglicy z dumą, Amerykanie na pokaz, a Polacy w stresie (usiłując nadążyć za orkiestrą). Ale tylko Włosi, kiedy zaczynają Fratelli d’Italia, wyglądają, jakby każdy z nich właśnie wygrał milion euro.

19e dedykacjaKtoś, kto potrafi mieszkańcom Italii zapewnić takie chwile wzruszeń i uniesień, staje się obiektem gorącej, czasem wręcz histerycznej, adoracji, zyskuje boski status. A radość Włochów jest niesłychanie zaraźliwa. Trudno się oprzeć (zresztą, po co?) i nie cieszyć się wraz z nimi ze zwycięstwa włoskiego kolarza.

A kiedy przetrawimy już towarzyszące wyścigowi emocje, pozostaje nam nagie jak szkielet dinozaura pytanie: czy Vincenzo Nibali był rzeczywiście najlepszym, najsilniejszym kolarzem tegorocznej edycji?

Był, ponieważ wygrał – to najprostsza z odpowiedzi. Ale czy wygrał, bo był silniejszy, czy też dlatego, że Steven Kruiswijk się przewrócił? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Bo bez tego upadku, przebieg zdarzeń byłby inny. Holender mógłby dojechać do mety razem z Sycylijczykiem, albo leżeć na poboczu jak Zakarin. Czemu zatem służą te rozważania?

19e kruPrzedstawiają głównych bohaterów, dwóch zdecydowanie najważniejszych protagonistów 99. edycji Corsa Rosa. A przede wszystkim, wskazują na kulminacyjny moment tego wyścigu. Upadek lidera na zjeździe z Colle dell’Agnello był punktem zwrotnym w walce o maglia rosa. Do tego momentu kolarz Lotto-Jumbo trzymał wyścig w garści. Jego dyspozycja budziła zaufanie. Kontrolował rywali i (mimo niewystarczającego wsparcia zespołu) znajdował odpowiedź na każdy ich ruch. Od tej chwili inicjatywa i panowanie nad przebiegiem wydarzeń były niepodzielnie w rękach kolarzy Astany.

21e celebra astanaNie przypadkiem podkreślamy ważną rolę zespołu w końcowym sukcesie jego lidera. Choć kolarze w jasnobłękitnych trykotach nie zdominowali imprezy tak przytłaczająco jak przed rokiem, to jednak nie pozostawili żadnych wątpliwości w kwestii tego, który team był tu najsilniejszy. Wielką partię odegrał na scenie wyścigu Michele Scarponi, będąc i sercem i motorem kazachskiej drużyny, ale i pozostali stanęli na wysokości zadania.

Od wjazdu na Cima Coppi wypadki potoczyły się w tempie lawiny. Końcówka wyścigu (myślimy o piątku i sobocie) to bez przesady thriller wbijający w fotel. Czegoś takiego nie było tu od 2005 roku.

Wcześniej z tempem wydarzeń było różnie. Oglądaliśmy etapy toczące się leniwie i takie, jak ten do Andalo, mogące przyprawić o zawrót głowy. Było różnie, a przede wszystkim różnorodnie. Ta ostatnia cecha mocno przyczyniła się do tego, że wyścig bardzo nam się spodobał.

Ciekawie ułożona trasa, wymagająca od GC contenders umiejętności wykazania się sporą wszechstronnością, stanowiła wielki atut. Dzięki niej, poza kolarzami walczącymi o różową koszulkę, znaleźli też smaczne kąski dla siebie sprinterzy, czasowcy i specjaliści od klasyków. A o to przecież w tradycji Wielkich Tourów chodziło.

8e brambilla happy2Układ trasy i układ sił wyzwolił tak pożądaną w trzytygodniowej imprezie zmienność. Zmieniali się liderzy, klasyfikacja rotowała niczym w bębnie maszyny losującej. Na brak urozmaicenia nie mogliśmy narzekać. I tak było do samego finału. Zwycięzca wyścigu założył maglia rosa dopiero przed startem do ostatniego etapu. Łącznie przywdziewało różowy trykot ośmiu zawodników: Tom Dumoulin, Marcel Kittel, Gianluca Brambilla, Bob Jungels, Andrey Amador, Steven Kruiswijk, Esteban Chaves i Vincenzo Nibali. Ostatnie takie Giro miało miejsce w 1981 roku.

Imprezę moglibyśmy określić też mianem jednej z bezpieczniejszych w ostatnich latach. Mimo dwóch spektakularnych wypadków na 19. etapie, które mocno zaważyły na losach rywalizacji, więcej wycofań następowało z tytułu chorób (tych prawdziwych i tych dyplomatycznych). Kapryśna pogoda Dolomitów tym razem ulitowała się nad kolarzami, pozwalając im ścigać się w przyzwoitych warunkach, a organizatorom oszczędziła konieczności uruchamiania objazdów. Dzięki łaskawości aury, Giro z powodzeniem obroniło reputację najbardziej wysokogórskiego wyścigu w Europie.

Nibali i Kruiswijk nie byli tak odstającymi indywidualnościami, jak rywalizujący przed rokiem Contador i Aru (oraz mieszający im obu szyki Landa). Jednak czołówka zmagających się protagonistów była zauważalnie szersza, co czyniło walkę na trasie mniej przewidywalną. Ta nieprzewidywalność była cechą, która bardzo nam przypadła do gustu. Zmienne koleje losu, ale i pełna wahań forma poszczególnych pretendentów przypominały nam kolarską rywalizację z lat osiemdziesiątych. Jednego dnia jesteś na wozie, drugiego pod nim – dokładnie tak wyglądały Toury z udziałem LeMonda, Fignona, Hinaulta, Mosera czy Roche’a. Wiele z nich na naszych łamach opisaliśmy i często wracamy do nich ciepłym wspomnieniem. Piękne czasy, poprzedzające erę cyklorobotów lat dziewięćdziesiątych i późniejszych. Jeśli tak mają znów wyglądać Wielkie Toury, warto inwestować w lepsze telewizory.

21e nibali trofeumPodsumowując pierwszą część analizy: urozmaicenie, nieprzewidywalność i emocje – to trzy określenia najlepiej definiujące tegoroczną odsłonę Corsa Rosa. Nibali wygrał Giro d’Italia 2016, mimo, iż nie znajdował się w swej optymalnej formie. Zespołowa współpraca,  doświadczenie, charakter wojownika, błędy rywali i łut szczęścia, tak potrzebny w kolarstwie, złożyły się na to, że po raz drugi w karierze wzniósł w górę charakterystyczną spiralną statuetkę głównego trofeum.

W następnej części ocenimy występ Polaków, a także zastanowimy się, kto i czym nas w tym roku zaskoczył, kto rozczarował i jak to się ma do przedwyścigowych przewidywań.

Zapraszam ponownie.

Krzysztof Suchomski

Giro 2016 (2): Równanie z kilkoma niewiadomymi