Should I stay or should I go?

 

Klamka zapadła. Sir Bradley Wiggins obejrzy Tour de France w telewizji. Jeśli, rzecz jasna, będzie w ogóle miał ochotę wyścig oglądać, a nie pojechać sobie na urlop, jak przed rokiem. Na Teide, na przykład. Ponoć ładnie tam, naturalnie, jeśli ktoś lubi pejzaże w barwach sepii. A przede wszystkim spokojnie. Bo spodziewam się, że Brad raczej będzie starał się uciec od medialnego szumu. Który zresztą sam wywołał, udzielając wcześniej paru „nieuzgodnionych z naczelnym kierownictwem” wywiadów.
10_07-Wiggins-cyclisme-930x620_scalewidth_630
Wiggo bardzo chciał wystartować w tegorocznym Tourze, tym bardziej, iż w roku ubiegłym ta przyjemność go ominęła. Stęsknił się. Poza tym, uważa, że powinien otrzymać taką szansę. Że na nią zasługuje. Nie ze względu na fakt bycia wciąż jeszcze żyjącym pomnikiem brytyjskiego cyclingu, a z powodu wysokiej sportowej formy i niezaprzeczalnych umiejętności. Dowiódł tego dobitnie na brukach Paris – Roubaix i w upalnej Kalifornii, ma więc podstawy, by tak sądzić, w odróżnieniu od sporej części brytyjskiej opinii publicznej, która uważa, że start w Wielkiej Pętli należy mu się jak psu zupa za zasługi dla Brytyjskiego Imperium.

Brytyjczycy tak mają. Ich zaufanie (nie mówiąc o miłości) zdobyć nie łatwo, ale gdy już uznają, iż warto w kogoś zainwestować uczucia, kredyt jest prawie nieograniczony i udzielany niemal do grobowej deski. Przykładem na czasie choćby John Terry, kapitan reprezentacji piłkarskiej, odsunięty przez Football Association wskutek wypowiedzianych na boisku paru politycznie niepoprawnych słów. Działacze FA podpadli tym anglosaskiej części wielonarodowego obecnie społeczeństwa, a angielscy kibice mają więc kogo winić za mundialową klęskę, bo przecież z Johnem w składzie ich obrona byłaby betonową ścianą, a nie dziurawą moskitierą. A przynajmniej święcie w to wierzą.

Wracając z trawnika na asfalt, można by rzec, że tamtejsi kibice mają przecież nowego idola, kolarza lepszego nawet niż złoty medalista z Londynu. Ale to już nie to samo. Wiggins, mimo pasowania na rycerza, to po prostu „swój chłop”, ich Wiggo. Tu się wychował, tu chodził z nimi do szkoły i na rockowe koncerty, po tych ulicach i drogach jeździł. A Froome? Facet z kolonii. Dziwnie mu z oczu patrzy, nigdy nie powie, co myśli i kto tam wie, co mu w tych jelitach siedzi. A nuż wylezie z niego jakieś paskudztwo, jak w „Obcym”? A do tego kobieta nim kręci jak miotłą. Jak takiemu ufać?
bradley-wiggins_2286007b
Szczerze życzyłem Bradowi, by swą szansę występu w Tourze otrzymał. Nie piszę tego jako „obiektywny” obserwator. Nie ukrywam, że Wigginsa darzę sympatią i imponuje mi jego droga na tron triumfatora najważniejszego kolarskiego wyścigu. Nie miał lekko, jak jego rywale, obdarzeni przez naturę odpowiednią budową, genami, talentem i czym tam jeszcze. Jako torowiec, przywykły do idealnej nawierzchni i stabilnych warunków pogodowych, musiał dodatkowo sforsować szereg przeszkód, dla kogoś innego nie stanowiących problemu. Nadrabiał te braki katorżniczą, budzącą szacunek pracą. Dokonał czegoś, co nie udało się wcześniej bardziej od niego predystynowanym do multi-etapowych sukcesów Cancellarze czy Martinowi. I dlatego, niezależnie od sportowej formy, uważałem, że fajną sprawą byłoby, gdyby mógł godnie pożegnać się z wielkim wyścigiem, który udało mu się, jako pierwszemu Brytyjczykowi, ujarzmić. Bo nie mam wielkich złudzeń co do tego, że Wiggins jeszcze ten wyścig może wygrać, a jego kariera potrwa przez lata. Nie na szosie.

To czułem, jako kibic. Mogłem sobie na to pozwolić. Dave Brailsford nie mógł. Nie płacą mu za kierowanie się sercem, a rozumem. Jego decyzje muszą mieć na celu wyłącznie dobro drużyny i prowadzić do wyznaczonych celów. Rozum mówi, że wprawdzie umiejętności byłego zwycięzcy Touru są cenne, lecz jednak dadzą się, przynajmniej w dużym stopniu, zastąpić. Oczywiście, udział Wigginsa pod względem sportowym jeszcze wzmocniłby zespół. Ale jednocześnie mógłby rozbić jego jedność. Byłby jak bomba w plecaku, która w każdej chwili może wybuchnąć. Nie tylko ze względu na charakter Brada, lecz również na coraz bardziej mimozowate zachowanie pierwszej obecnie primadonny Sky Teamu, Chrisa Froome’a, skądinąd znakomitego kolarza, ale…

To tylko nam, z odległości setek kilometrów, może się wydawać, że „jakoś by się przecież dogadali”. Ale nie my, a właśnie Brailsford przebywa z nimi podczas treningów i wyścigów. Patrzy im w oczy, słucha tonu ich głosu, obserwuje mowę ciała. Nie jest tajemnicą, że obaj gwiazdorzy serdecznie się nie znoszą. Do tego stopnia, że unikają jakiegokolwiek kontaktu. Tu już nie chodzi o zwykłe nie podanie ręki, czy „z tym panem nie rozmawiam”. Ostatni raz widziano ich w jednym pomieszczeniu w styczniu. I teraz razem przez ponad trzy tygodnie? W jednej jadalni, na masażu, w ciasnym autobusie. Menedżerów uczą, jak najlepiej radzić sobie z ryzykiem – po prostu mu zapobiegać, eliminować je zanim zdąży podnieść głowę. A tych dwóch dżentelmenów w jednej drużynie, to nawet nie ryzyko – to hazard.

Menedżer Sky Teamu nie chciał powtórki La Vie Claire z 86, czy Astany z 2009 roku. Rozumiem racje Brailsforda, może dlatego, że kiedyś sam musiałem rozwiązywać podobne dylematy. Nie cierpię tej decyzji, ale ją szanuję. Tym bardziej, że jej podjęcie nie przyszło lekko. Brailsford, jako mentor, prowadził Wigginsa przez całą karierę. Są bardzo zżyci. W jednym z filmów dokumentalnych nakręconych z okazji londyńskich Igrzysk Brad mówi: Dave zawsze był dla mnie jak starszy brat. To musiało boleć podwójnie. Ich obu.
Bradley Wiggins and Dave Brailsford

Co czeka teraz Sir Bradley’a Wigginsa, zakładając, że na emeryturę i odcinanie kuponów od mijającej sławy jeszcze za wcześnie? Może być w Sky nadal mistrzem jazdy na czas, nienajgorszą niszą wydają się bruki, choć kariery Spartakusa już tam nie zrobi. Inną opcją byłby powrót na tor i walka o kolejne olimpijskie złoto. To – jeśli zostanie. Ale może również odejść i spróbować szczęścia gdzie indziej.

Świat obiegła już wieść o jego rozmowach z Oriką. Traktowałem te rewelacje bardziej jako element gry niż realną możliwość. Australijski team musiałby bardzo podbudować swoje zasoby finansowe, by móc złożyć Wigginsowi prawdziwie konkurencyjną ofertę. Jest paru bogatszych potencjalnych pracodawców. Rzecz w tym, czy dałoby się taką zmianę „barw klubowych” pogodzić z zachowaniem przez mistrza Zjednoczonego Królestwa obecnego miejsca zamieszkania i trybu życia. Są pewne granice jego możliwości adaptacyjnych, bo Brad jest, jak mawiają na Wyspach, very British i tego zmienić się nie da.

Zupełnie inną kwestią jest, czego bogaty, wykładający kasę sponsor oczekiwałby od angielskiego kolarza. Drugiego splotu korzystnych okoliczności umożliwiających ponowny grand-tourowy triumf żaden realista nie będzie oczekiwał. Miałby więc Wiggo być dobrze opłacanym liderem, ale na co? Czasówki, tygodniówki, bruki? Chyba nie zostanie mu rola „twarzy marki” na Kalifornię? W tym i tak Sagana nie pobije.

Ma więc Sir Bradley o czym rozmyślać (stąd początkowa sugestia odosobnienia sprzyjającego medytacjom). Gdyby mnie spytał o zdanie poradziłbym mu: Weź, chłopie, do ręki wiosło i zagraj porządny rockowy standard. Może taki, jak ten poniżej.

Krzysztof Suchomski