Piekło 2016 (3): Wytrwałość nagrodzona

 

Zaszokował wszystkich, a przy okazji sam siebie. Po przejechaniu linii mety robił wrażenie kogoś, kto nie bardzo wie, co się wokół niego dzieje. Wygrałem? To nie sen? To się dzieje naprawdę?

PR meta2Ze 193 zawodników, którzy ostatecznie wystartowali w Compiègne do 114. wyścigu kolarskiego Paryż – Roubaix, Mathew Hayman mógł się pochwalić największym doświadczeniem. W siedemnastym roku swej zawodowej kariery kolarza szosowego, po raz piętnasty wziął udział w Piekle Północy. Jako jedyny ze startujących pamiętał jeszcze z własnego doświadczenia ostatnią „mokrą” edycję francuskiego monumentu.

Był modelowym wręcz przykładem kolarskiego gregario. Pracującego na rzecz zespołu, na sławę jego liderów, szeregowego pracownika. Znakomitego w swym rzemiośle, ale nie mającego siły przebicia, by przekonać do siebie szefostwo teamu na tyle, by powierzyło mu rolę lidera. Znosił swój los pokornie, cierpliwie i starannie wykonywał obowiązki. Na tyle dobrze, że zawsze chętnie przedłużano z nim kontrakty. W ciągu tylu lat kariery reprezentował zaledwie trzy ekipy (Rabobank, Sky i Orica) – to rzadkość w zawodowym peletonie.

PR hayman & cobbleAustralijczyk, na 10 dni przed swymi 38 urodzinami, sprawił sobie nieoczekiwany prezent. Nie jest najstarszym triumfatorem w historii wyścigu (Gilbert Duclos-Lasalle miał 38 lat i 8 miesięcy), ale i tak jego sukces powinien dać do myślenia tym wszystkim, którzy ogłosili, że ten sezon będzie ostatnim w ich karierze.

I chyba nie mogło stać się lepiej dla kolarstwa, że wygrał dziś właśnie ktoś taki. Nie gwiazdor, nie celebryta, nie seryjny zwycięzca. Nie Boonen, czy Cancellara, których obiegowa opinia już dawno ustawiła na piedestałach, a skromny sportowiec, jeden z wielu. Bo jeśli on mógł, to dlaczego nie ja? – tak mogą mówić od dzisiaj tysiące adeptów kolarstwa szosowego.

Tym bardziej, że nie było w tym przypadku. Zwycięstwo kolarza Oriki było ukoronowaniem jego znakomitej postawy na całej długości trasy. Walczył od pierwszych ucieczek. Nikt na niego nie harował, nie osłaniał od wiatru, nie wyprowadzał na dogodną pozycję. Nie miał do dyspozycji swoich Martinów czy Stuyvenów. Uczciwie na swój sukces zapracował.

PRpodiumTom Boonen drugi. Ach, te drugie miejsca w tym sezonie. Przed tygodniem, w De Ronde, przypadło innemu z gigantów, Fabianowi Cancellarze. Wcześniej serial drugich miejsc Sagana. To oczywiście dla Toma Tornado żadne pocieszenie. Trzymać cztery kostki bruku na półce, a mieć ich pięć, jako jedyna osoba na kuli ziemskiej – to kolosalna różnica.

A taka okazja może się już nie powtórzyć. Właściwie wszystko w tym wyścigu układało się pomyślnie dla Boonena. Mimo, że nie jest tak mocny jak kilka lat wcześniej, stanął przed olbrzymią szansą. Ominęły go kraksy, defekty, wirusy, które zdziesiątkowały szeregi faworytów. Paradoksalnie na jego korzyść działało też, że po „zajechaniu na śmierć” Panzerwagena, nie miał już do dyspozycji żadnego z koni pociągowych stajni Etixx – musiał więc kombinować sam. Wyczekał przedwczesne ataki rywali, pozwalał im trwonić siły w ucieczkach i pogoniach. Wyglądało na to, że ma pełną kontrolę nad wydarzeniami rozgrywającymi się na czele. Tak, jakby wyścig rozgrywał się według scenariusza, napisanego specjalnie dla niego. Scenarzyści konsekwentnie usuwali z jego drogi przeszkody na drodze do kolejnego zwycięstwa. Zapomnieli o Haymanie. Nawet nie zapomnieli – po prostu nie brali go pod uwagę. Kiedy wjechali na welodrom, wydawało się, że bożyszcze Flandrii musi to wygrać. Pewnie niejedną noc spędzi, zastanawiając się, dlaczego tak się nie stało.

PR podium2Trzeci na mecie, Ian Stannard, zasłużył nie tylko na podium, ale i na wyróżnienie dla najbardziej walecznego z uczestników. To on wykonywał najwięcej pracy, spawając luki i likwidując próby odjazdów. Kilka razy sprawiał wrażenie kompletnie już wypalonego, lecz każdorazowo odradzał się, niczym feniks z popiołów. Kiedy zdawało się, że odpada, miał jeszcze w sobie tyle determinacji, by zaskoczyć atakiem. Uciszył dziś wszystkich, którzy twierdzili, że monumenty, to dla niego za wysoka półka.

PR vanmarckeSep Vanmarcke, mimo paru defektów (dlaczego nas to nie zdziwiło?), był bardzo bliski przełamania dotąd towarzyszącego mu pecha. Belg imponował siłą, znakomicie prezentował się na sektorach brukowych. Jego szarża na Carrefour de l’Arbre mogła przejść do historii Piekła Północy. I pewnie przeszłaby, gdyby nie upór Stannarda, jedynego, który nie poddał się wtedy zwątpieniu i dociągnął pozostałych do kolarza Lotto Jumbo. Ściganie się na welodomie, to już nie jego bajka. Albo wjedzie tu sam, albo powiększy szeregi wybitnych specjalistów wyścigów klasycznych, którzy nie zaznali tu smaku zwycięstwa.

Najlepszy monument w karierze zaliczył Edvald Boasson Hagen, kolejny raz w brukowym spektaklu zadziwił nas Imanol Erviti, nieoczekiwanie najwyżej z ekipy Lotto uplasował się 33-letni Marcel Sieberg. Do pewnego momentu świetnie prezentowała się ekipa Sky, lecz w tym przypadku doskonale sprawdziło się przysłowie: nie chwal dnia przed zachodem słońca.

wyniki Paris – Roubaix 2016

PR pościgCzy wielcy faworyci, Peter Sagan i Fabian Cancellara, mogą czuć się zawiedzeni? Biorąc pod uwagę wielkie oczekiwania, na pewno tak, choć okoliczności w pewnym sensie ich rozgrzeszają. Byli w niewłaściwym miejscu, gdy wskutek kraksy stawka się podzieliła i uformowała się tak zwana grupa Boonena. Ich uporczywa pogoń przez wiele kilometrów stanowiła o dramaturgii wyścigu, trzymała obserwatorów w napięciu. Tu wyszła na jaw słabość ekipy Olega Tinkova w takich próbach. Brak jednego kolarza, Maćka Bodnara, sprawił, że lider Tinkoff był przez większość trasy pozbawiony wsparcia. Mistrz świata nie poddał się, walczył do końca i opuszcza Roubaix z podniesioną głową.

Spartakus wyeliminował się, upadając na Mons-en-Pévèle i przy okazji „kasując” jadącego za nim jak cień Terpstrę (volta, dzięki której uratował się przed upadkiem Sagan, przejdzie do legendy). Szwajcar pozbierał się, lecz strata w tym momencie była już nie do odrobienia. Nie mając nadziei na wygraną, dotarł jednak do mety, bo wypadało pożegnać się godnie z kibicami, którzy czekali, by zgotować mu specjalną owację.

PR wypadek cancellaryUpadki miały, tak jak w dawnych latach, znaczący wpływ na losy rywalizacji. Ale z tego właśnie słynęło w przeszłości Piekło Północy. Nie wystarczy, że jesteś wspaniale przygotowany i tryskasz formą. Musisz jeszcze mieć „piekielne” szczęście. To trochę jak w rosyjskiej ruletce. Na pecha nie poradzisz, bo przecież nikt nie powie, że Cancellara nie potrafi jeździć po bruku. Na tym wyścigu przewracali się najwięksi, z Merckxem na czele.

Aura oszczędziła kolarzom ulewy, lecz pozostałości opadów z dni poprzednich utrudniły uczestnikom zadanie. Zdecydowanie mniej było w tym roku wędrówek po poboczach. Inną charakterystyczną cechą tegorocznej edycji było szybkie tempo pierwszych stu kilometrów. Wyścig był bardzo dynamiczny i obfitował w wydarzenia, które nie pozwalały się nudzić. Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów mogło zadowolić najbardziej wybrednych smakoszy, a w końcówce sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. Ataki, kontry, rekontry – gdy już wydawało się, że ktoś jest górą, karta się odwracała. I tak do samej mety.

Bez przesady – monumentalne widowisko. Czyli tak, jak być powinno. Kolarskie klasyki rządzą.

Krzysztof Suchomski
Piekło 2016 (1): Niedziela w błocie?

Piekło 2016 (2): Dublet, rekord czy niespodzianka?