Piekło 2016 (2): Dublet, rekord czy niespodzianka?

 

PR reconRecon jest słowem, które dziś zdominowało kolarską część Twittera. Recon, czyli rekonesans na sektorach bruku robią (i dokumentują dla potomności) wszystkie ekipy. Dziś nie pada, a nawierzchnia wcale nie wygląda tak tragicznie, jak próbowano nas straszyć do wczoraj. Umilkły głosy (I niech zamilkną na wieki) zasiewające wątpliwość w możliwość rozegrania wyścigu na zaplanowanej trasie.

Pojawiły się za to informacje, że z tym deszczem to nic pewnego. Prognozy meteo, wykresy, dane statystyczne – to wszystko w ilościach hurtowych zaśmieca teraz laptopy dyrektorów sportowych. Ale mimo wprzągnięcia w te dociekania całej ludzkiej wiedzy, końcowy wniosek zawsze będzie ten sam. Na deszcz najlepszy jest parasol. I kilkaset lat rozwoju nauki niczego nowego w tej kwestii nie wniosło.

PR museeuwDo niedzieli zapewne pojawią się w mediach społecznościowych kolejne „przecieki” i może choć w ten sposób przeniknie na drogi obrobina wilgoci, za którą tak się stęskniliśmy. Dlaczego tak się przy niej upieramy? Z przyczyn, o których pisaliśmy już w pierwszej części.

Załóżmy, że Cancellara wygrywa po raz czwarty, ale znów „na sucho”. Czy można uznać go najlepszym w historii specjalistą od kasseien? Mamy nadal wątpliwości. Ale jeśli wygra w deszczu, utytłany jak nieboskie stworzenie wzniesie ręce w górę na welodromie, padniemy na kolana z okrzykiem: Niech żyje król!!!

PR piwoGdyby jednak okazało się, że woda lub błoto pokona dzielnego Spartakusa, skonsumujemy flaszeczkę dobrego, najlepiej belgijskiego, piwa na intencję długiego życia Johana Museeuwa, Lwa Flandrii i Króla Kamieni (a imię Jego niech będzie sławione po wieki).

Feudalny klimacik nam się tu zrobił i jakby z lekka fantasy. Cóż, kontynuujmy zatem tę dygresję, bo coś trzeba w czasie nieznośnego oczekiwania z sobą począć. Nie mógłby taki George R.R. Martin, zamiast wymyślać historie o Lannisterach, Starkach i potworach zza Muru, napisać kolarskiej sagi? Ale by się czytało. I nie musiałby tyle główkować nad akcją. Życie samo pisze scenariusz.

I jakby tak pogrzebać głębiej, to w kolarstwie znaleźlibyśmy odbicie wszystkich baśni, mitów i legend, tych starych i tych, współczesnych, które w erze twitterowej rodzą się i rozprzestrzeniają się szybciej niż epidemie. Mamy już Spartakusa i Piotrusia Pana, a może Tiesj Benoot pojawi się nam pierwszy na welodromie, niczym Czerwony Kapturek, uciekający przed rozsierdzonym wilkiem Vanmarcke. A może mało znany, pozostający dotąd w cieniu kolarz, wcieli się w postać Kopciuszka, królującego na balu? W deszczu byłoby o taką bajeczną niespodziankę łatwiej.

I tak, drogą krętą jak podjazd pod Mont Ventoux, docieramy do sedna, czyli rozważań o tym, kto i dlaczego może niedzielny monument wygrać.

RVV sagan z wieńcemNasz pochód faworytów otwiera Peter Sagan. Poza doskonale znanymi przymiotami, jego wielkim atutem jest to, że wcale nie musi wygrać. Mistrz świata już swoje udowodnił.  Po Richmond pisaliśmy, że będzie najlepszym championem od wielu lat. Mamy początek kwietnia i już nie ma wątpliwości, że to się sprawdziło. Cokolwiek Słowak osiągnie jeszcze w tym sezonie, będzie mu się liczyło „na górkę”, ale nawet, gdyby nie zdobył żadnego innego trofeum, jest bohaterem. To daje mu komfort psychiczny i może wyzwolić erupcję kolarskiej fantazji, z której przecież słynie.

Jego dynamika, umiejętność przyspieszenia sprawia, że mniej niż inni rywale boi się tak zwanych ogonów. Jeśli będzie chciał odjechać, zrobi to. Siedem z ostatnich dziesięciu odsłon zakończyło się wjazdem na metę samotnego kolarza. Któż jest do tego bardziej zdolny od aktualnego mistrza świata? A jeśli uzna, że lepiej zostawić siły na finisz – też dobrze. Jest mało prawdopodobne, by ci, którzy potrafią pokonać go na welodromie, dojechali tam razem z nim. Jeżeli Sagan zatriumfuje, będzie to 13 dublet w historii brukowych monumentów.

PR cance 2006Miejsce za tegorocznym zwycięzcą Tour of Flanders przyznajemy, niejako „z urzędu”, Fabianowi Cancellarze. Trzykrotny triumfator imprezy i dwukrotny zdobywca wyżej wspomnianego dubletu (De Ronde plus Roubaix) marzy o wyrównaniu rekordu De Vlaemincka i Boonena (4 tytuły). Zasługuje na wysokie miejsce w rankingach również z powodu formy prezentowanej w swym ostatnim (przynajmniej dotąd tak twierdził) sezonie szosowych startów. Czy to rzeczywiście koniec? W mediach społecznościowych zauważalne są już pierwsze symptomy organizowania się oddolnego ruchu pod hasłem Zostań z nami na następny sezon, dzielny Spartakusie. Jeśli Szwajcar nie zwycięży w niedzielę, głosy te przybiorą na sile i kto wie? Może maestro da im posłuch. Vox populi, vox dei.

Im dłużej wałkujemy kandydaturę Cancellary, więcej przychodzi nam do głowy argumentów „przeciw” niż „za”. Ciekawe, prawda? Nic nie poradzimy, to jest silniejsze od nas. Mamy wrażenie, że oni wszyscy jadą przeciw Spartakusowi, a co ważniejsze, identycznie (lecz wielokrotnie silniej) odczuwa to sam zainteresowany. Stąd, widoczne u niego oznaki stresu, zniecierpliwienia, a czasem zniechęcenia. Może się okazać, że on sam będzie swoim najtrudniejszym przeciwnikiem.

boom larsPrawdopodobieństwo opadów (lub ich pozostałości na drodze) mocno promuje w naszym rankingu pretendentów Larsa Booma. Przełajowy mistrz świata, jako jedyny w gronie startujących, może się pochwalić, iż wygrał na tutejszych brukach w deszczu. Chodzi o ten pamiętny etap Tour de France, w którym „piekielnymi” umiejętnościami zaszokował nas późniejszy zwycięzca, Enzo Nibali. Co prawda, była to tylko licząca sobie 155 km namiastka, ale skoro Piekło Północy nawiedziła trwająca kilkanaście lat susza, to „lepszy rydz, niż nic”. Przypomnijmy, Holender wygrał wówczas z przewagą 1,01 min. nad Saganem (4) i Cancellarą (5). Lars Boom od ładnych paru lat jest nadzieją Kraju Tulipanów na zwycięstwo w monumencie. Potencjał dotąd niezrealizowany. Czy powiemy to samo w przyszłym roku?

terpstra 2016Jego rodak, Niki Terpstra, zwycięstwa w Piekle Północy zasmakował przed dwoma laty. Wygrał po charakterystycznej dla siebie, długiej, solowej ucieczce. Zapewne marzy o „powtórce z rozrywki”, lecz zaskoczyć rywali jest mu, po tamtym wyczynie, coraz trudniej. Tym bardziej, że teraz jego koszulka mistrza kraju rzuca się z daleka w oczy. Jest jednak w świetnej kondycji, czego dowiódł na Flandryjskiej Piękności. Tam zmogła go stromizna Paterbergu, tu takich przeszkód nie będzie. Dysponującemu niesamowicie trwałym „silnikiem”, za to mniej eksplozywnemu kolarzowi Etixx trasa Paris – Roubaix leży bardziej, dlatego wpisujemy go na naszą „krótką listę”.

stybarPodobne do niego atuty prezentuje kolega z drużyny, Zdenek Stybar (przed rokiem drugi na podium). Łączy ich wspólna przełajowa przeszłość i chwalebne w niej dokonania. Dzieli trochę styl jazdy. Czech jest szybszy, sprytniejszy, lecz mniej wytrwały. Jego specjalność to „dać się powieźć” w ucieczce i wyskoczyć we właściwym momencie. Nie zachwycał w tym sezonie formą, mimo to w niedzielę radzimy na niego uważać.

Kolejnych pretendentów do zwycięstwa widzimy już o szczebel niżej. To ta grupa kolarzy, których ewentualny triumf jeszcze nie będzie wielką sensacją, choć można mówić o pewnym zaskoczeniu (w końcu wygrywanie monumentów to nie robota dla każdego chętnego). W tym gronie wybija się Sep Vanmarcke, którego fizyczne możliwości  i doświadczenie predestynują do odegrania większej roli. Flamandzki kolarz Lotto Jumbo generuje moc, jakiej nie powstydziłaby się mała elektrownia. Niestety, jego rating w naszych oczach obniża pech, który konsekwentnie mu towarzyszy. I jak już wspominaliśmy w zapowiedzi Ronde van Vlaanderen, geniuszem taktycznym dotąd się nie wykazywał. Dotąd, bo jak słusznie mówią na Wyspach, never say never. A gdyby mimo wszystko wygrał, byłoby to już 56 zwycięstwo Belga w tym wyścigu – mają ich do dziś o 25 więcej od gospodarzy, Francuzów.

benootPrawdziwe Lotto, czyli belgijskie Lotto Soudal, poprowadzą do boju 30-letni wyjadacz Jurgen Roelandts i młody, impulsywny Tiesj Benoot. Uciekać lubią obaj (z reguły „o jeden most” za wcześnie), co mniej dziwi u 22-latka. Ale jaki pan, taki kram. Taka to kapela, że niezależnie od tego, jakie to zawody, trudno im w miejscu usiedzieć, gdy nic się nie dzieje. Za ten kolarski rock’n’roll bardzo chłopaków z Lotto lubimy. Niechby sobie w nagrodę za fajną jazdę coś wielkiego wygrali.

Być może jeden z nich, Andre Greipel, zamiast po raz kolejny bawić się w breakaway pony zechce w końcu ugrać coś więcej. W takim przypadku, zakładając sprzyjające okoliczności, czyli dojazd grupy nieco większej od paru osób, byłby mocnym kandydatem do roli czarnego konia (w czerwonym kubraku).

Z kolei Sky Team, pod nieobecność Gerainta Thomasa, pokłada nadzieję w duecie: Ian StannardLuke Rowe. Anglik to znany „walczak”, jednak do tej pory w monumentach nie odegrał większej roli. Może teraz, gdy spoczywa na nim odpowiedzialność za honor Albionu, zepnie się i eksploduje skutecznością, jaką zaimponował nam w ubiegłorocznym Omloop Het Nieuwsblad. Młodszy z pary, Walijczyk Rowe, ciągle w cieniu starszych, bardziej utytułowanych kolegów, cichaczem zadomowił się w top 10 brukowych monumentów. Czy już czas na krok w górę? Może jeszcze nie w tym sezonie, choć, gdyby tak się stało, nie zakrztusimy się… herbatą.

RVV gregwypadekNadal pozostajemy „nieutuleni w żalu” z powodu braku na starcie Grega Van Avermaeta. W Paris – Roubaix nie byłby może tak mocnym faworytem jak we Flandrii, ale jego obecność w czołówce dodałaby rywalizacji sporo pieprzu i gwarantowałaby walkę „do ostatniej kropli krwi”. Mamy nadzieję, że choć częściowo zastąpi go Daniel Oss. 29-letni Włoch, którego lubimy za widowiskowy styl jazdy, stanie przed sporą szansą, stworzoną mu przez liderowanie znakomitej ekipie BMC.

Z „obowiązku sprawozdawcy” wymieniamy nazwisko Toma Boonena. Nasza wiara w możliwość wygrania przez Tommeke kolejnego monumentu umarła definitywnie podczas ubiegłej wiosny. No, ale wypada o Belgu wspomnieć – w końcu, cztery oprawione kawałki bruku w domowej gablocie to nie w kij dmuchał. Poza tym, niezależnie od oceny jego szans na wygraną, nadal jednak jest on postacią, która może wywrzeć istotny wpływ na przebieg i losy wyścigu. Jeśli schowa własne ambicje i jako kapitan poświęci się dla zespołu, popracuje na rzecz mocniejszych kolegów, Terpstry lub Stybara, szanse ekipy Patricka Lefevere na długo (w ich pojęciu) wyczekiwany sukces niepomiernie wzrosną. Zajęcie się pomocą dla kolegów miałoby też w Toma przypadku inną dobrą stronę – pozwoliłoby zapomnieć o trapiącej go wizji, w której wieloletni rywal wyrównuje jego rekord „piekielnych” zwycięstw.

PR caveZ tych, o których również wspomnieć wypada, pozostaje nam Alexander Kristoff, który sam przyznaje, że bruków Roubaix nie lubi oraz Mark Cavendish, ponieważ zawsze skupia na sobie uwagę i jego start jest ciekawostką klasyfikowaną jako kaprys celebryty. Wolno mu? Wolno. Wygrajcie tyle sprintów co on, też pozwolą Wam pokaprysić. A bukmacherzy mogą przyjmować zakłady, do którego kilometra uda się Manxmanowi dojechać.

Oprócz wspomnianego wyżej Greipela, do roli czarnego konia pretendować mogą Flamand z Oriki, Jens Keukeleire i jego rodak Bert De Backer z Giant – Alpecin. Nie najlepiej w rankingach pretendentów przedstawiają się szanse gospodarzy. Ich największym atutem wciąż pozostaje 36-letni weteran Sylvain Chavanel. Nawet gdyby jakimś cudem wygrał, nie pobije rekordu swego rodaka, Gilberta Duclos – Lasalle, który liczył sobie 38 lat i 8 miesięcy, wygrywając (po raz drugi, zresztą) w 1993 roku.

lista startowa 114. wyścigu Paris – Roubaix

Paryż – Roubaix to wyścig „na wykrwawienie”. Przez lwią część czasu trwa uporczywa walka „kto kogo przetrzyma”. Eliminacja dokonuje się podobnie, jak na długich górskich podjazdach – od tyłu. Kto nie wytrzyma, lub ma pecha, odpada. Trzeba być na czele stawki i przetrwać do Carrefour de l’Arbre. Tam rozpocznie się decydująca rozgrywka. Recepta prosta. Wykupić ją trudniej.

Czego więc sobie życzymy? Podsumujmy. Niech popada, by się obecni lub przyszli kandydaci do tytułu King of Kasseien mogli zmierzyć z prawdziwą legendą Paris – Roubaix. Niech zwycięży najsilniejszy, najwytrwalszy i najodporniejszy z herosów. Niech wygraną zawdzięcza swojej klasie, a nie przypadkowi czy pechowi rywala. Niech walka będzie zażarta, lecz fair. I niech wszyscy dojadą żywi do mety.

W 1990 roku Eddy Planckaert pokonał Steve’a Bauera o 1 centymetr, co jest najmniejszą notowaną w Roubaix różnicą. Nie upieramy się, by koniecznie to powtórzyć. Obojętne czy triumfator wygra, defilując samotnie przed rozentuzjazmowanym tłumem, czy w zaciekłym finiszu, wysuwając oponę przed koło konkurenta – chcielibyśmy mieć satysfakcję, że oglądamy na najwyższym stopniu najlepszego z najlepszych.

Krzysztof Suchomski

Piekło 2016 (1): Niedziela w błocie?

Piekło 2016 (3): Wytrwałość nagrodzona