Grill Party na Mont Ventoux

 

Sezon grillowań za pasem. Czas sięgnąć po podpałkę i dorzucić conieco do ognia, który podgrzeje nam atmosferę przed Mistrzostwami Świata w Brazylii.

Żarty sobie urządzam? No raczej. Co tam Messi i Ronaldo, szykujemy się przecież na 101. Tour de France. A jak Wielka Pętla, to najsłynniejszy jej pejzaż. Łyse, kamienne zbocza, gdzie nic nie ochroni zawodników przed słońcem i wiatrem. Słońce grilluje tam lepiej niż Makłowicz.

Tytułem wstępu zobaczycie tak zwany rys historyczny: legendarny Charly Gaul, Raymond Poulidor,  Eddy Merckx, Bernard Thevenet, Jean-Francois Bernard na czasówce w 1987, tragedia Toma Simpsona (każdy z tych ekranowych fleszy mógłby być kanwą osobnej opowieści), wypowiedzi Davida Millara i Lance’a Armstronga, zapowiedzi komentatorów i zgrabna mini-etiudka. A potem, do rzeczy, czyli let’s party.

Tour de France 2000. 13 lipca kolarze 12 etap zaczynają w Carpentras, by finiszować na Mont Ventoux, gdzie spodziewanana jest wielka rozgrywka faworytów wyścigu. W Prowansji zwykle tej porze roku panują upały, często dochodzące do 45⁰ w słońcu. Na zboczach Góry Wiatrów jest jak na patelni, nie ma czym oddychać. Ale tego dnia jest chłodniej niz zwykle, więc tempo jest mocne, selektywne. Od Chalet Renard zostają już tylko najlepsi. Dziś, z perspektywy czasu,wygląda to jak garden party mafijnych bossów, przy każdym nazwisku możnaby dodać wyrok: Ullrich, Heras, Beloki, Botero, Virenque…

Ale przede wszystkim dwóch głównych aktorów widowiska: Marco Pantani i Lance Armstrong. Wielcy kolarze, wielcy egocentrycy, wielcy doperzy, wielcy oszuści. Pojedynek naprawdę godny Góry Zabójcy. I choć były to czasy pełne zakłamania, to nie zapominajmy, że wysiłek kolarzy był prawdziwy, pot i kurz na ich twarzach nie został naniesiony ręką charakteryzatorów.

Przypomniał mi się stary dowcip. Rozbitek na bezludnej wysepce widzi przepływającą pod żaglami tratwę. Na jej pokładzie zarośnięty wilk morski obraca panienkę. Rozbitek wydziera się z brzegu: Hej, wy na tratwie! Bez reakcji. Wrzeszczy jeszcze głośniej: Wy!!! Na tratwie!!!

Zniecierpliwiony żeglarz podnosi się i basem nie wróżącym nic dobrego odpowiada: NO TO CO, ŻE NA TRATWIE!

Tak mi się to skojarzyło z tym dzisiaj wrzucanym na bloga momentem. Tak tylko, gdyby komuś do głowy przyszło pokrzykiwać na mnie, zwłaszcza z pozycji politycznego poprawniaka, że zły przykład daję, niesłuszne wartości popieram… Wiecie już mniej więcej, co odpowiem?
Krzysztof Suchomski