Make sport, not war

 

make-love-not-warMake love, not war – hasło rzucone przez Johna Lennona i Yoko Ono stało się z miejsca zawołaniem całego hippisowskiego pokolenia. Pojawiało się na na murach, banerach, plakatach, zwykle z towarzyszącym mu symbolem, popularnie określanym mianem „pacyfy”. Było mottem przewodnim anywojennej kampanii w czasach Wietnamu. Festiwal w Woodstock, Jimi Hendrix grający przejmującą wersję Star Spangled Banner… „Ciary” mnie przechodzą na wspomnienie tych wydarzeń.

Wywołany przez młodzież, społeczny nacisk był na tyle silny, że doprowadził do zakończenia wojny. Po raz pierwszy w historii. Zapanował optymizm. Te dzieciaki czegoś nas nauczyły – powiedział znany amerykański polityk. Tak. Wydawało się wtedy, że ludzkość czegoś się nauczyła. Przyszłość pokazała, jak naiwne było to przekonanie.

A potem były Igrzyska Olimpijskie w Monachium. Świat stanął w obliczu aktów terroryzmu zakłócających przebieg sportowej imprezy. Też po raz pierwszy. I wówczas pojawił się dylemat: czy w obliczu tragedii i żałoby, zginęli przecież ludzie, można i wypada kontynuować sportowe widowisko. Zwyciężyło, cytowane do dziś, zdanie Avery Brundage’a, szefa MKOl: show must go on. I nie chodziło wcale o względy biznesowe (bo dziś raczej tak traktuje się to powiedzenie). Stary piernik, amerykański konserwatysta, miał na myśli co innego. Nie poddamy się terrorystom, nie pozwolimy, by osiągnęli swój cel – takie było płynące z podjętej decyzji przesłanie.

Flamandowie to twardzi ludzie. Nie jest łatwo ich przestraszyć, mimo że współcześni terroryści dysponują środkami rażenia nieporównanie bardziej niebezpiecznymi niż broń będąca w posiadaniu Palestyńczyków w Monachium. Podjęli decyzję o kontynuowaniu imprez kolarskich zgodnie z kalendarzem. Bo akurat tak się składa, że w najbliższym czasie to na Flandrię zwrócone miały być oczy kolarskiej społeczności. Zamachy w Brukseli sprawiły, że na Belgię patrzy teraz cały świat.

pyz0119flantdw127_600Ryzyko zostało świadomie podjęte. Ryzyko, dodajmy, któremu nie można zapobiec. Trasa wyścigu kolarskiego to nie hala sportowa, to nawet nie stadion – te obiekty można sprawdzić, monitorować, widzów przeskanować. Kontrola trasy wyścigu, zapewnienie bezpieczeństwa widzom i sportowcom – to po prostu mrzonki. Setna edycja Ronde van Vlaanderen zgromadzi na trasie grubo ponad milion kibiców. Do tego transmisje na cały świat, mogące spotęgować propagandowy efekt każdego zakłócenia imprezy. Skoro medialną ekstazę mógł wywołać kubek moczu wylany na kolarza?

Czy terroryści mogą oprzeć się takiej pokusie? Co ich powstrzyma? To ostatnie pytanie ważne jest w historycznym kontekście. Po ataku monachijskim jego sprawcy spotkali się z tak jednoznacznym potępieniem, że na dziesiątki lat wywrotowcy różnej maści zrezygnowali z zakłócania wydarzeń sportowych. Samoloty, autobusy, metra – owszem. Od sportu z daleka. Widocznie istniała jakaś doktryna zdecydowanie im to odradzająca. I nic dziwnego. Współczesne sportowe areny to świątynie najpotężniejszego kultu stworzonego przez człowieka. Zaatakowanie ich to nie tylko policzek wymierzony konsumpcyjnej way of life. Jak mawiał Talleyrand: to gorzej niż zbrodnia, to błąd. Błąd w każdym wymiarze – taktycznym, pi-arowym, politycznym. Ludzkość może być podzielona w kwestii Palestyny czy Syrii, ale spróbujcie tylko ruszyć Nou Camp.

O tym, że świat zwariował wiadomo jest od dawna. Ale żeby do tego doszło? Szczyt absurdu: przyszło nam liczyć na zdrowy rozsądek fanatycznych terrorystów. Którzy w dodatku ponownie przekroczyli Rubikon. Mam na myśli niedawne, niezbyt udane na szczęście, ataki na Stade de France w Paryżu. A przecież za niecałe trzy miesiące na francuskich stadionach Mistrzostwa Europy.

Make sport, not war, bracia i siostry. Macie lepszą alternatywę?

Krzysztof Suchomski