Primavera 2016: Kto i dlaczego?

 

Drodzy Czytelnicy i Followerowie. Albo followerzy? Bo jak po polsku? Może followerzyści? To by się ładnie komponowało z rowerzystami. No mniejsza… Co to ja miałem…

Otóż, kiedy któryś raz z rzędu stajemy przed zadaniem wprowadzenia Was w klimat Wielkiego Kolarskiego Wydarzenia (w skrócie WKW), najtrudniejsze wyzwanie brzmi: jak zrobić to, unikając powtórzeń. Bo ile razy można pisać o tym samym?

Takie WKW jak monumenty mają to do siebie, że zmieniają się mało, albo wcale. A są co roku. Ich historie są jak skała Gibraltaru. Nie zmieniają się z każdym powiewem wiatru, w przeciwieństwie do najnowszej historii naszego kraju, która zmienia się w zależności od tego, kto włada Radiokomitetem. I co zrobić, by nie zanudzać Was, powtarzając w kółko dobrze znane dane, te same historie i anegdoty? By teksty nie upodobniały się do siebie? Czytając kolejne z kilkunastu zamieszczonych w sieci (tyle znalazłem, a przecież jest tego setki) wprowadzeń i prezentacji, zaczynam mieć wrażenie, że brnę przez sprawozdania biegłego rewidenta z badania bilansu. Cyfry, daty, nazwy, nazwiska – kupa faktów, zero emocji. A przecież to emocje, odczucia, wrażenia tworzą niepowtarzalny klimat każdego WKW.

Niektórzy, co sprawniejsi multimedialnie, katują nas prezentacjami video. Nie wiem jak Wy, ale mnie robi się sennie, gdy znów słucham monotonnego głosu, czytającego tekst do filmiku pod odkrywczym tytułem 10 riders to watch for… Banał goni banał i oczy zamykają się same najdalej przy szóstym nazwisku.

Postaramy się zatem nie przynudzać. Czy się uda, sami ocenicie. Nie jest łatwa robota blogera…

Najsamprzód, jak powiedziałby Pan Zagłoba, załatwmy niezbędną biurokrację. No niezupełnie tak by powiedział; rzekłby raczej: najsamprzód nalej mi waszmość, bo w gardle zaschło. To wbrew pozorom istotna dygresja. Wyścig jest dłuuugi, no i dłuuugo nic się w nim nie dzieje. Umilamy sobie czas oglądania rozmową, a wtedy warto mieć coś na zwilżenie gardła. Kwestia higieny. O to musicie jednakowoż zadbać we własnym zakresie. Redakcja RB darmowych drinków nie zapewnia.

Wróćmy do tej biurokracji, żeby mieć już to za sobą. Primo, trasa. Z Mediolanu do San Remo. Charakterystyczna, typowa. Matematyk czy fizyk powiedziałby, że mamy tu wzór w postaci kanonicznej. Długi, ale łagodny niczym wielkanocny baranek podjazd pod Turchino, trzy pryszcze zwane capo (pobrzmiewa mafijnie, ale niewinne to to, jak działacz piłkarski) i pakiet Cipressa – Poggio ze zjazdem na via Roma.

MSR2016profil

Jak przed rokiem, tylko o 2 km krócej (ubyły gdzieś w pierwszej części). Włochy się kurczą? – skomentował to Stuart O’Grady. Prowokator. Włoskie MSZ nie zajęło dotąd w tej sprawie stanowiska. Puścili mimo uszu. Polski MSZ by nie popuścił. Żadnego kurczenia. Mamy tradycję nie oddawania Niemcom nawet guzika, no i nie będzie nam tu żaden obcy… zwłaszcza z Włoch.

No. To zjechaliśmy już sobie z przełęczy Turchino i kierujemy się na brzeg morza. Co jest najważniejsze? Dwie rzeczy. Raz, chronić liderów przed wiatrem; dwa, nie dać się przewrócić w tłoku.

Dotarliśmy do secundo, czyli historia i inne informacje, które każdy młody skaut znać powinien. Co ważnego miałem do powiedzenia, a raczej napisania, padło już na tychże łamach przed rokiem. Pozwolicie, że nie będę przekopiowywał. Stare wróble znają to na pamięć, młodzież lubi klikać, to sobie kliknie na linki pod artykułem. Tam jest wszystko, co trzeba, a nawet więcej. Bo wtedy starałem się uchwycić klimat tego wydarzenia, zwanego wiosennymi mistrzostwami świata. Oceńcie, na ile się udało.

Jedziemy sobie nad morzem, podziwiamy widoki. Pomału czas wziąć się do likwidowania ucieczek „sponsorowanych”. Pacemakerzy do roboty. A na rozgrzewkę trójskok przez capi. Bułka z masłem. Hasło na Cipressę – nie przegrać tu wyścigu, czyli nie zostać wskutek defektu lub upadku. Zjazdy są zdradliwe.

Teraz już uwaga, żeby czegoś nie przespać – przed telewizorami też. Kto i jak, robi się ważne, a więc  tertio – lista startowa. Podrzucam. Złapaliście? No to jedziemy dalej. Tempo! Dajesz, Bodi, dajesz! Na Poggio!

Dygresja (druga). Nie ma nic gorszego (pomijając anomalie w rodzaju śniegu i mrozu) niż deszcz. Do tego przy porządnym wietrze, bo wtedy mamy siekący z boku lub w twarz zimny prysznic. Peleton ma wówczas tendencję do zbijania się w stado owiec, które wyczuły zapach wilków. W kupie raźniej, cieplej, no i jest się za kogo schować. Zjazdy śliskie, skłonność do ryzyka raptownie spada, dojeżdżamy grzecznie, pościgamy się przed metą. O wpływie aury, szczególnie nadmorskich wiatrów, pisałem tutaj.

W tym roku synoptycy obiecują pogodę miód-malina. Słonecznie i lajtowo. Wskaźnik skłonności do ryzyka pnie się w górę szybciej niż słupek rtęci. Jeśli są warunki do rozerwania grupy, to pozostaje tylko pytanie o chęci. Powszechnie uważa się, że one są większe niż przed rokiem, czego przyczyny da się ująć w paru zwięzłych punktach:

fabian 3Po pierwsze, wiara w Cancellarę i jego motywację do wygrania monumentu na zakończenie kariery. Po drugie, wysoka forma Van Avermaeta, Stybara, Sagana, Matthewsa, Boassona zainteresowanych w ostrej selekcji czołówki. Plus młode wilki, które zawsze się znajdą. Po ostatnie, mniejsza siła obrońców mass-sprintu. Odpada Giant (brak Degenkolba) i Lotto (brak Greipela), a i Etixx chyba nie będzie umierać za Gavirię.  Spawać będzie Katiusza, Cofidis, ewentualnie Sky. Mało trochę.

Jeśli chodzi o rozwalenie peletonu, jesteśmy za. Stęskniliśmy się za soczystymi atakami na Poggio i tym charakterystycznym tasowaniem się czołówki na ostatniej prostej, gdy wszystko widać, jak na dłoni. Ten poker, kto, kogo przechytrzy, oszuka. Uuuuch!

Jeśli rozwój wypadków doprowadzi do końcowej rozgrywki paru mocarzy (bo przypadkiem nikt się na takie party nie wkręci), to naszymi faworytami są:

Michael Matthews – ponieważ spryciarz wie, jak się znaleźć, jest w gazie i wreszcie ma cały team dla siebie.

Greg Van Avermaet – bo wojownik nauczył się zwyciężać, co daje mu wielką pewność siebie i także doczekał się ekipy o nierozdwojonej jaźni. Przed rokiem pisaliśmy o nim – życiowa forma. Nie doceniliśmy jego możliwości. Teraz jest o klasę lepszy.

O piętro, może pięterko, niżej:

kristoffAlexander Kristoff – potężny i wytrzymały sprinter, przy zmianach tempa, szarpnięciach – mniej skuteczny. No i trudniej mu będzie dotrzymać kroku najlepszym, gdy pójdzie ogień na Poggio. Za to z góry na dół potrafi zaciekle pogonić za uciekinierem, co udowodnił kiedyś Hushovdowi.

Fabian Cancellara – do niego, jak do nikogo, pasuje: kiedy, jak nie teraz. Ale też dlatego będzie bodaj najbardziej pilnowanym z faworytów.

Zdenek Stybar – bo lubi ryzyko i potrafi wykorzystać każde zawahanie konkurentów. Sprytny i fartowny, a jego szanse wzrosną, gdy obok nie będzie żadnego z partnerów z Etixx.

Peter Sagan – forma jest i byłby wyżej, gdyby nie ten nawyk przegrywania.

Na najniższym piętrze tej piramidki widzimy: Diego Ulissiego i Sonny Colbrellego (ktoś musi walczyć o honor gospodarzy), Edvalda Boasson Hagena (zyskał na pewności, gdy został liderem drużyny), Ramunasa Navardauskasa (lubi robić niespodzianki), Alejandro Valverde (dlaczego nie?) i Michała Kwiatkowskiego (trochę na kredyt).

Różne rzeczy się na Primaverze zdarzały. Aczkolwiek, jeśli dojedzie mała grupka, w której nikogo z wyżej wymienionych nie będzie, to będzie oznaczało, że doszło do poważnych zakłóceń w równowadze wszechświata. Należałoby wtedy sprawdzić, czy liczba π ma nadal taką wartość, jaką powinna.

Paroosobowy odjazd ma swe uroki, lecz są i zwolennicy mass-sprintu. Lubią patrzeć na grupę rozpędzoną, jak szarżująca husaria pod Wiedniem. Też efektowne, tylko mniej wtedy widać. Trudniej te smaczki wyłowić w tłumie. A jeżeli tak się zdarzy, kto wtedy?

PN2016 2eTu mamy trzech równorzędnych pretendentów. Kristoff, ponieważ najlepszy jest w długich finiszach – tylko Degenkolb (którego nie będzie) może się wtedy z nim równać. Matthews, bo sprytem góruje nad Norwegiem i ma znakomicie zgraną ekipę, specjalizującą się w wyprowadzaniu swego lidera na pozycję. Last but not least, Nacer Bouhanni. Na krótkim odcinku Francuz jest najszybszy z nich, a jak wiemy, walki wręcz się nie boi. Jest najbardziej predestynowany, by wyciąć rywalom numer a la Freire 2004.

Za wymienioną trójką plasujemy Sagana. Jego problem tkwi w timingu, nie w szybkości czy wytrzymałości. Raz mu wyjdzie i nawet w masówce pozamiata. Najniższy poziom to Arnaud Démare i Mark Cavendish. Ten ostatni trochę „na wszelki wypadek”, a trochę na pamiątkę najbardziej efektownego sprintu, jaki ten wyścig kiedykolwiek oglądał. Finisz z 2009 roku to w ogóle kolarski sprint wszechczasów. Było już na naszych łamach, ale to się nigdy nie znudzi.

I tyle. Lista jest krótka, mimo, że szybkich sprinterów stanie na starcie w Mediolanie więcej. Jednak to jest typowanie zwycięzcy, a nie kogoś, kto będzie tuż za nim albo w pobliżu. Dlatego panowie Niccolo Bonifazio, Sam Bennett, Fernando Gaviria czy Jens Debusschere umieszczeni zostają w poczekalni. Mają potencjał, ich czas może niebawem nadejdzie.

sagan miszczuJest jeszcze jedna z podstawowych opcji do rozważenia. Triumfalny solowy wjazd na linię mety. W ostatnich sezonach zdarza się dużo rzadziej niż w dalszej przeszłości. Wie, jak to zrobić Cancellara. Spartakus był ostatnim, który tego dokonał (2008), ale uważamy, że bardziej do tego predestynowany jest Sagan. Mistrz świata właśnie takiemu manewrowi zawdzięcza tęczową koszulkę. To chyba najlepszy sposób na przełamanie fatum drugich miejsc.

Szczebel niżej od Słowaka, a obok Cancellary, plasują się Tony Gallopin (jaka szkoda, że choroba wyeliminowała jego kolegę, Tima Wellensa), Stephen Cummings (chyba nie docenia się jego szans) oraz wymieniani już Van Avermaet i Stybar. Najniżej w tej opcji sklasyfikowani zostali: Geraint Thomas, Vincenzo Nibali, Sonny Colbrelli, Boasson Hagen, Matteo Trentin i Alexey Lutsenko.

Możliwych wariantów rozegrania wyścigu jest, rzecz jasna, więcej. Możnaby mnożyć przypadki pośrednie, na przykład, odjazd małej grupy, a potem solowy rajd jednego z uciekinierów i tak dalej. Liczba faworytów będzie zawsze ograniczona i w sumie podobna do skonstruowanych powyżej. W zasadzie wymieniliśmy najważniejsze nazwiska. Jeśli to pomoże Wam w „czytaniu” wyścigu, rozumieniu nie tylko tego, co się dzieje, ale też dlaczego – cel będzie spełniony.

Skoro już z grubsza wiemy, co i jak, rodzi się pytanie. Dlaczego tak trudno wygrać? Przecież, mając do dyspozycji odpowiednie środki, można starannie przygotować drużynę na wszystkie okoliczności i tak skomponować skład, by mieć dobre karty na każde rozdanie.

Można? Ano można. Już pokazujemy jak. Wziąć dwóch sprinterów. Jednego z dużym przyspieszeniem (Viviani), drugiego w typie wytrzymałościowca, na dłuższy finisz (Swift). Mieć opcje na długi solowy odjazd (Thomas) oraz kogoś, kto potrafi złapać koło pod górę (Kennaugh) i urwać się na zjeździe z Poggio (Kwiatkowski). Koniecznie obudować liderów parawanem od wiatru w postaci paru wytrzymałych jak konie osiłków (Stannard, Rowe, Puccio). Proszę, jak pomyślane.

Czy to znaczy, że Sky zwiększyło swoje szanse na zwycięstwo? A skądże. Ani trochę. Przecież to Primavera. Przewrotna włoska diablica. Zawsze postawi na swoim.

Krzysztof Suchomski

La Primavera – the First Lady, episode 1

La Primavera – the First Lady, episode 2

La Primavera – the First Lady, episode 3

La Primavera – the First Lady, episode 4

Krótki przewodnik po Milano – Sanremo