Ciszej nad tą trumną

 

Wychowano mnie w poszanowaniu śmierci. Także w przekonaniu, że żałoba po utracie bliskich jest czymś intymnym, domagającym się spokoju, ciszy, skupienia. A wspomnienie o zmarłych to coś, co prosi się o dystans od życia, doczesnego zgiełku, plątaniny interesów i interesików.

W czasach, gdy śmiercią i wszelkimi plagami permanentnie epatuje się z ekranów, postawa taka może uchodzić za staroświecką. Otaczająca mnie rzeczywistość, w której żądne chwili sławy kreatury odtańcowują medialne samby na świeżo usypanych grobach, a śmierć bliskiej osoby traktowana jest jak dobra odskocznia do politycznej kariery, próbuje mnie znieczulić, stępić moją wrażliwość. Koszmarny cyrk, chyba tylko wskutek perfidii losu określany mianem polskiej sceny politycznej, dusi człowieka, jak sen, z którego nie można się obudzić.

Nie ma tabu, nie ma świętości, naiwniaku – pouczają mnie dzień w dzień newsy na ekranach telewizorów i laptopów. Wszystko jest na sprzedaż, trzeba tylko umieć złapać okazję i ją wydoić – radzą spece od jak-być-zdrowym-bogatym-i-szczęśliwym. Na grzebaniu w bebechach zmarłych, dosłownie i w przenośni, robi się pieniądze i kariery bez cienia żenady. I zdaję sobie sprawę, że moja dezaprobata będzie głosem wołającego na puszczy. Niemniej, czułbym się podle, gdybym tego felietonu nie napisał. A sprowokowała mnie informacja o kolejnych hipotezach i sensacjach budowanych wokół postaci tragicznie zmarłego przed dwunastoma laty Marco Pantaniego.

pantani faceSprawa Pantaniego tkwi jak cierń we włoskim zbiorowym sumieniu. Za życia najpierw uwielbiany, potem przeklinany, wybitny kolarz zmarł tragicznie po przedawkowaniu narkotyków. Włochy odwróciły się od niego po dyskwalifikacji na Giro w 1999 roku. Wcześniej kochany, noszony na rękach, czuł się samotny, zdradzony i odrzucony. Nie potrafił sobie z tym poradzić, nie on pierwszy w podobnej sytuacji uciekał od życia w narkotyki.

Po jego śmierci Włochy leczyły kaca, stawiając mu pomniki i budując, niejako od nowa, jego legendę. Można powiedzieć, że po latach, które minęły od jego odejścia stał się popularniejszy, a na pewno bardziej szanowany niż za życia. „Wybielenie” idola stało się narodową potrzebą, czasem można odnieść wrażenie, że podniesioną wręcz do rangi racji stanu.

Kolarstwo to jeden z włoskich sportów narodowych, a ponieważ podobną miłością mieszkańcy Italii darzą polemiki, dyskusje o winie czy niewinności Pantaniego wciąż wybuchają na nowo pod byle pretekstem. Zawsze znajdzie się ktoś, kto mniej lub bardziej kontrowersyjną tezą czy wypowiedzią zdoła skupić na sobie zainteresowanie mediów i zbić na tym, większy czy mniejszy kapitał. Historię Pantaniego traktuje się, jak kurę znoszącą złote jajka. Teza, która wywoła polemiczną burzę, ujawnia biznesowy potencjał, świetnie dający się sprzedać w postaci newsa, artykułu, a potem książki i filmu.

A prawda? Pies ją drapał. Tym, którzy kręcą tym interesem jest najmniej potrzebna. To właśnie niepewność sprawia, że ludzie mogą wciąż stawać przed obiektywami kamer i bredzić farmazony. Tak jest we Włoszech, tak jest w Ameryce i tak jest u nas. Co można z tym zrobić? Nie wiem. Może „zatkać uszy na głupoty”?

Spoczywaj w pokoju, Marco.

Krzysztof Suchomski

P.S. Moje poglądy w sprawie Marco Pantaniego prezentowałem też w Story o Piracie i cenie sławy. Zapraszam do przeczytania.