Reflektor Bossa: Ci wspaniali mężczyźni… Czas prawdy

 

Zdarzyło się kiedyś RB popełnić felieton zatytułowany „Ci wspaniali mężczyźni za swymi małymi monitorami”. W tekście tym Wasz felietonista dość niefrasobliwie zobowiązał się do własnoręcznego sporządzenia rzetelnej oceny personalnej kolarskiej braci sprawozdawczej. Rok już prawie minął i miał RB prawo sądzić, że kto by tam pamiętał. Człowiek czasem coś chlapnie… i się doczeka, że mu Redaktor Naczelna (niech Allah wynagrodzi Jej dobroć wszelkimi dobrami doczesnymi i obdarzy licznym potomstwem) śle monity o dokończenie roboty. Zaraz, zaraz… jak to było? Po czym się prawdziwego mężczyznę poznaje? Słowo się rzekło, kobyłka u płota – czas dokończyć dzieła.

Przyrzekł RB cenzurki wystawić z pełną pieczołowitością, wdrażając w ten proces najnowsze zdobycze nauki w postaci arkusza kalkulacyjnego excel, by najstaranniej wyważyć co istotniejsze aspekty pracy sprawozdawczej z zawodów (międzynarodowych) w dyscyplinie: kolarstwo szosowe. Do roboty zaprzęgnięte zostały ponadto zmysły (wzroku, słuchu i równowagi), rozum (w ilości posiadanej) oraz, będące immanentną cechą charakteru RB, silne poczucie ludowej sprawiedliwości.

Cztery kryteria oceny zostały opisane we wspomnianym na wstępie felietonie (link pod tekstem). Po głębszym namyśle postanowił RB uzupełnić je o kolejne, piąte – niezwykle istotne, co wykazała praktyka. Jest nim koncentracja, a jednostką jej miary będzie 1 focus [F]. W badanym okresie czynnik ten wielokrotnie determinował jakość docierającego do telewidza komentarza. Wymienione kryterium obejmuje koncentrację komentatora na obrazie telewizyjnym i umiejętność jego trafnego odczytania i interpretacji. Benchmark, czyli punkt odniesienia, stanowią tu komentatorzy stacji zagranicznych, takich jak RAI, Sporza i brytyjski Eurosport.

Cenzurki otrzymują przede wszystkim koledzy reprezentujący Eurosport – najbardziej zasłużony w popularyzacji sportów rowerowych. Z telewizji utrzymywanej dzięki opłatom abonamentu udało się wyłowić pojedynczego delikwenta, a jeden z byłych kolarzy ma „problem z wiernością” i udziela się w roli komentującego w dwóch stacjach. Natomiast pojawiającej się sporadycznie w transmisjach Polsatu ikonie Wyścigu Pokoju, Ryszardowi Szurkowskiemu, oszczędzi RB kłopotliwej sytuacji ze względów sentymentalnych. Decyzja ta dowodzi pewnej „prywaty” piszącego te słowa, co jednak dziwić nie powinno – żyjemy w kraju, który od wieków prywatą stoi, jak to zgrabnie ujął jeden z naszych nieżyjących laureatów Nobla.

Prezentowana poniżej klasyfikacja jest rankingiem autorskim. Co oznacza, że każdy może sobie takie same tabelki sporządzić na własny użytek i według własnego upodobania. Co z kolei nie oznacza, że możecie własnymi wersjami zawracać autorowi głowę. Czas zatem odsłonić kurtynę po raz pierwszy.

tabela 1
Koń jaki jest, każdy widzi: nie wszyscy zdali do następnej klasy. Wnioski nasuwają się nieuchronnie. Samym „urokiem osobistym”, nie popartym pracą i rzetelną wiedzą, można błysnąć w jednym z licznych programów typu talk show, dostać się do Sejmu lub zaistnieć na pomponik.pl. Nie da się jednak wygrać rankingu polskich sprawozdawców kolarskich. Z drugiej strony nie pozwala go wygrać najtęższa nawet wiedza, jeżeli nie jest poparta walorami medialnymi, często będącymi owocem wieloletniej praktyki. A gdy brak jednego i drugiego, można się pocieszać, że szefowie stacji nie znają się na kolarstwie, to nie zauważą różnicy.

W przywoływanym wcześniej tekście RB rozpisał się dość wyczerpująco na temat zalet i wad naszych wirtuozów słowa mówionego. Uwagi te nic nie straciły ze swej aktualności. Potęga nauki pozwala nam dziś jedynie unaocznić, wcześniej intuicyjnie wyczuwane, symptomy „błędów i wypaczeń”. Cenzurki najsłabiej wypadają w prestiżowych przedmiotach „ekspert” i „koncentracja” (ocena w przedmiocie „dowcip” jest bodaj najbardziej subiektywną, ponadto niższy poziom tego parametru nie osłabia aż tak istotnie jakości przekazu).

W ciągu niespełna roku, jaki minął od napisania pierwszego z poświęconych towarzyszącym nam w oglądaniu transmisji „głosom” felietonu, sprawy nie uległy poprawie. Co więcej, zarysowały się niepokojące nas trendy świadczące o całkowicie odmiennym pojmowaniu hierarchii ważności omawianych kwestii jakości relacji telewizyjnej przez miłośników kolarstwa szosowego i ocenianych właśnie ludzi „z tamtej strony ekranu”.

W ostatnich miesiącach parę popularnych sprawozdawców opanowała wręcz „fejsbukowa gorączka”. Fakt ten RB odnotował z niemałym zdziwieniem, przywykł bowiem, że tego typu gadżetowe zauroczenie na ogół charakteryzuje nastolatków i przysłowiowe blondynki. Czy to możliwe, że współcześnie w ten sposób objawia się kryzys wieku średniego?

Obsługiwanie pytań zadawanych przez amatorów facebooka jest oczywiście dla panów redaktorów wygodniejsze i bezpieczniejsze niż prowadzenie rzetelnej i precyzyjnej sportowej relacji. Nie wymaga koncentracji, wiedzy ani, co tu ukrywać, szczególnej bystrości. Wybierając „obsługę” kilkudziesięciu osób nadsyłających w trakcie transmisji prośby, pytania i pozdrowienia, traci się z pola widzenia rzesze siedzących przed telewizorami odbiorców, wśród których są dziesiątki tysięcy osób czynnie uprawiających kolarstwo, o turystyce rowerowej nie wspominając. Oni naprawdę doskonale wiedzą, gdzie kupuje się rowery i po co kolarz ma w uchu słuchawkę.

RB zaryzykuje tezę, że większość z nich z pełną świadomością wybrała ten kanał – to odbiorcy od lat oglądający kolarskie imprezy i każdorazowo niecierpliwie ich oczekujący. W dużej mierze właśnie dzięki stacji Eurosport, a przedtem Screensport (któż dziś pamięta?), które spopularyzowały w naszym kraju Wielkie Toury, monumenty i szereg cenionych wyścigów rozgrywanych w Europie (dziś także i na innych kontynentach). Ilu z wielotysięcznej społeczności kibiców kolarstwa wolałoby fachowy kolarski komentarz niż „luzackie” puszczanie oka do widza? Ilu wolałoby sprawozdawców „z refleksem”, potrafiących błyskawicznie reagować na wydarzenia dziejące się na ekranie niż zagubionych, ale uchachanych po pachy showmanów?

RB nie jest w stanie dać precyzyjnej odpowiedzi na powyższe pytania, lecz znajomość podstawowych modeli rozkładu statystycznego (choćby krzywej Gaussa) każe przypuszczać, że jak w każdej zbiorowości, tak i w omawianej, znajdą się marginalne grupy ludzi, którzy z różnych powodów (ciekawość, potrzeba „zaistnienia”, skłonność do żartów) będą pytać, klikać i pozdrawiać, zwłaszcza, że „pan redaktor tak ładnie prosi”.

Tym bardziej, że częstuje się ich specyficzną zachętą – zauważamy (na szczęście nie u wszystkich komentatorów Eurosportu) szkodliwą tendencję do wmawiana widzom, że trzeba „się rozerwać”, bo kolarstwo jest z założenia nieciekawe, a transmisje są nudne i „za długie”. „Nasz komentarz, proszę państwa, kierujemy do widza niezorientowanego, którego szczegóły nie interesują, a widz zorientowany lub inteligentny sam się domyśli, co widzi na ekranie” – może nie w stu procentach tymi słowami nam to ostatnio oznajmiono na antenie, ale sens wypowiedzi był dokładnie taki. Po takim exposé ręce opadają, bo nijak nie można tej wykładni roli sprawozdawcy sportowego pogodzić z zasadą profesjonalizmu i obowiązkiem każdego pracownika (a więc i rzeczonego sprawozdawcy) doskonalenia warsztatu pracy i uzupełniania zawodowej wiedzy. Co więcej nie wydaje się, by takie podejście zgodne było z polityką stacji Eurosport, bowiem u komentatorów innych dyscyplin takiej beztroski nie dostrzegamy.

RB ośmiela się polemizować z poglądem, że większość widzów kolarskich ma niską samoocenę i mało wygórowane oczekiwania co do jakości telewizyjnego przekazu.

Po pierwsze, nie istnieją udokumentowane powody, by telewidza polskiego uważać za głupszego i mniej kolarsko wyedukowanego niż Brytyjczyka, Włocha czy Hiszpana. Nie ma zatem powodu, by konsumentowi polskiemu serwować komentarz jakościowo odbiegający od europejskich standardów. Widz polski w takim samym stopniu zasługuje na kompetentnych sprawozdawców sportowych, jak francuski czy angielski. Ma takie samo prawo do tego, by być szybko, rzetelnie, fachowo informowany o przebiegu wyścigu i o tym, co dzieje się na trasie. Bo taka jest przecież podstawowa funkcja sprawozdania sportowego.

RB jest osobą, którą trudno chyba podejrzewać o brak poczucia humoru czy monotematyczne zainteresowania. To oczywiste, że można i należy ubarwiać komentarz różnymi smaczkami i ciekawostkami, ale one mają być niejako obok fachowego komentarza, a nie zamiast niego. W polskojęzycznych transmisjach te proporcje są zbyt często karykaturalnie odwrócone.

Po drugie, we wszystkich popularnych dyscyplinach sportowych (a kolarstwo do takich należy) sprawozdawca zakłada pewien poziom wiedzy widza, wychodząc z założenia, że odbiorcą komentarza jest osoba zainteresowana widowiskiem, a nie zupełnie przypadkowa, która wolałaby coś o wędkarstwie albo gotowaniu, ale kliknęła sobie pilotem i na ekranie akurat pokazali się faceci na rowerach.

Jak byście się czuli, gdyby podczas meczu piłkarskiego na EURO 2012 sprawozdawca, zamiast podać kto za chwilę wykona rzut karny, tłumaczył co robi na boisku pan z gwizdkiem, albo dlaczego ten w bramce ma inny kolor koszulki niż reszta drużyny. Prawdopodobnie poczulibyście, że sprawozdawca ma Was za idiotów. Poziom komentarza nie może obrażać inteligencji odbiorcy.

Po trzecie, kolarstwo nie jest sportem nudnym. Każdy sprawozdawca, który tak uważa, powinien natychmiast zrezygnować z tej pracy (tego RB wymagałby, będąc szefem stacji telewizyjnej). Pan redaktor nie siedzi w studio dla własnej wygody, tylko dla wygody widza, a jeśli ta praca go nudzi, to nie znaczy automatycznie, że nudzi się odbiorca. Telewidz znudzony dyscypliną, która mało go obchodzi, przełącza się po paru minutach na inny kanał, a zostają przy transmisji osoby naprawdę zainteresowane, co więcej, wiele z nich uważa kolarstwo za sport pasjonujący (niestety, takiego widza kompletnie się nie szanuje). Pozostający przy transmisji są zainteresowani (w swej milczącej większości) tym co oglądają, kolarstwem, a nie wygłupami w stylu „wieś tańczy i śpiewa”. Widz sportowy przede wszystkim lubi sport i wcale nie wymaga od swojego komentatora, by ten naśladował ekscentrycznego gospodarza popularnego w pewnych kręgach talk show czy innego tele-tandeciarza.

RB obejrzał kiedyś program z Mateuszem Borkiem (można go lubić mniej czy bardziej, ale kompetencji trudno mu odmówić), w którym popularny dziennikarz opowiadał, ile godzin przygotowuje się do transmisji z meczu piłkarskiego, ile czasu zajmuje mu „trening” poprawnej wymowy nazwisk zawodników i zdobywanie informacji przydatnych do prowadzenia transmisji. Robi to przed meczem, bo poważnie traktuje swój zawód i obowiązki wobec widza. Dedykuję ten przykład kolegom z Eurosportu dla naszego wspólnego dobra, bo gdy się w trakcie transmisji siedzi z nosem w laptopie i gorączkowo szuka informacji kolarskich (albo kulinarnych czy turystycznych), to przegapia się wydarzenia na szosie. I potem słyszymy żenujące teksty: a X to goni peleton, czy z niego odpada? Albo: skąd się tu wziął samotny kolarz drużyny Y?

Dlaczego nie ma problemu z obserwacją sytuacji na trasie Daniel Marszałek? Bo potrzebne informacje ma tam, gdzie powinny być, czyli w głowie.

Nikt nie rodzi się ideałem, dodajmy też, mało kto jako ideał umiera. Nawet anioły nie pozbawione są wad, co potwierdzi każdy mężczyzna z dłuższym stażem małżeńskim. Z dawna wynalezionym sposobem na zapewnienie wyższej jakości sportowej relacji jest łączenie sprawozdawców w pary. Najlepiej sprawdzająca się regułą jest mariaż praktyka znającego realia danej dyscypliny od podszewki (były sportowiec) z telewizyjnym „wyjadaczem” o wysokich kompetencjach interpersonalnych i kulturze języka. Taki układ pozwala zrekompensować słabsze strony jednego z partnerów mocnymi drugiego i na odwrót. Gorszym rozwiązaniem wydaje się partnerstwo, w którym obie strony posiadają podobne zalety i wady.

By uczynić krytykę naszą jeszcze bardziej konstruktywną, w kolejnej odsłonie pokażemy, jak prezentują się (lub mogliby się prezentować) nasi bohaterowie w „jeździe drużynowej”. Przyjęto zasadę, że w każdym przedmiocie duet otrzymuje ocenę lepszego z partnerów.

tabela 2
Nihil novi sub sole. Punktacja może niektórych dziwić i przeczyć pewnym zakorzenionym już stereotypom, lecz zdaje się całkowicie potwierdzać słuszność doboru według recepty: ekspert plus krasomówca.

Autor rankingu starał się oceny zobiektywizować, na ile to w ogóle możliwe, lecz zdaje sobie sprawę z pewnych luk i niedoskonałości produktu. Choćby tego, że zastosowana w nim matematyka nie uwzględnia chemii zachodzącej między dwiema zamkniętymi w jednym pomieszczeniu osobami. Nie wszystkie z ocenianych par miały sposobność pracować ze sobą, toteż w paru wypadkach ocena ma charakter wirtualny. Mimo tego, wyniki dokonanych badań skłaniają do wniosku o wyższości naukowego doboru par nad doborem naturalnym.

RB z nieskrywaną satysfakcją odnotował znakomity występ panów Wyrzykowskiego i Marszałka na zakończonym niedawno Critérium du Dauphiné, ciesząc się, że empirycznie dowiedziona została słuszność wywiedzionych wyżej teorii. Reszta pozostaje w rękach, czy raczej głowach szefów stacji telewizyjnych.