Cycling, bloody hell

 

Kolarstwo przez duże, ba! nawet wielkie K, zafundowali nam zawodowcy kończący dzisiaj wyścig Paryż – Nicea. Wiekowa francuska tygodniówka przeżywa prawdziwy renesans. Już w ubiegłym sezonie górowała atrakcyjnością nad włoskim konkurentem (mimo, iż ten zgromadził pokaźniejszy garnitur sław), podnosząc widzom ciśnienie zwłaszcza w decydującej, górskiej fazie. W tym roku przewaga Wyścigu Ku Słońcu wręcz bije w oczy. Wiele w tym także winy włoskich organizatorów – o rozczarowaniu pochopnym odwołaniem królewskiego etapu piszemy w oddzielnym felietonie.

Ale przede wszystkim zasługa kolarzy, którzy we Francji stworzyli znakomite widowisko. Wydawało się, że sobotni etap z wjazdem na La Madone stanowił w tym wyścigu kulminację wydarzeń. Bo wziąwszy pod uwagę, że to dopiero marzec i zawodnicy (a grand-tourowcy zwłaszcza) dalecy są jeszcze od szczytu formy, mieliśmy już ciekawą, pozwalającą na wiele obserwacji, rozgrywkę faworytów. Okazała się jednak tylko uwerturą do dzisiejszego thrillera.

Na przystawkę zabawił nas popisami harcownik numer jeden imprezy – Kanadyjczyk Antoine Duchesne (nazwisko warto zapamiętać) z Direct Energie. A potem ruszyła „marcowa ofensywa” zespołu Tinkoff. Może zespołu, to wiele powiedziane, bo po prawdzie za robotę, podobnie jak w sobotę, zabrał się duet Majka – Contador. Alberto, po raz nie wiadomo który, dowiódł prawdziwości powiedzenia „jest Contador, jest zabawa”. Postanowił pobawić się z jadącym w żółtej koszulce Geraintem Thomasem w kotka i myszkę. Atakował, dawał się złapać i znów atakował. Wykończył nie lubiącego interwałowej huśtawki kolarza Sky.

Na podjeździe pod Col d’Eze Majka dał zmianę, po której utrzymał się za nim tylko jego lider i wtedy El Pistolero samotnie przystąpił do decydującego natarcia. Jedynie Richie Porte zdołał go dogonić. Razem złapali harcującego z przodu Tima Wellensa i na szczycie mieli 34 sekundy przewagi nad słabnącym Thomasem. Walijczyk wyglądał w tym momencie jak Tom Dumoulin przegrywający Vueltę. Wydawało się, że oto mistrz górskich wspinaczek właśnie brutalnie wybija mu z głowy sny o karierze grand-tourowca, o podium Tour de France i odebraniu nagrody za zwycięstwo w Paryż – Nicea.

Kolarza w żółtej koszulce kolejno mijali i zostawiali rywale z pierwszej, a nawet drugiej dziesiątki klasyfikacji. Zlitował się Sergio Henao i jego pomocy, podobnie jak w dniu poprzednim, Brytyjczyk zawdzięcza, że nie tylko wdrapał się na szczyt podjazdu, ale zdołał jeszcze odsapnąć na tyle, by na zjeździe przejść niespodziewaną metamorfozę.

contadorNastąpił niesamowity punkt zwrotny. Nagle Contador z myśliwego stał się zwierzyną. Wydawało się, iż znany z umiejętności zjazdowych Kastylijczyk, jeśli nie zwiększy przewagi, to przynajmniej dowiezie ją do mety. Tymczasem zdeterminowany Thomas postawił wszystko na jedną kartę. Znany dotąd raczej z wywrotek na zjazdach niż skutecznych pogoni, puścił się w szaleńczy rollercoaster. Pomogło mu towarzystwo Henao i Gallopina, lecz bardziej fakt, że szosa była szeroka i sucha.

Ależ to był pościg. Godny najlepszych dni kolarstwa. Przypominali się śmigający po Alpach Hinault z LeMondem, Kelly dopadający Argentina na zboczu Poggio, Vino uciekający zastępom Valverde. Tego popołudnia sport kolarski pokazał nam całe swoje piękno. Cycling, bloody hell.

Przewaga Contadora topniała w oczach. 27 sekund… 24… 21… Mając 18 sekund straty, trzyosobowa pogoń dopadła kilkuosobową grupę z Zakarinem, Yatesem, Bardetem i Costą. Prowadzącą trójkę mieli już w zasięgu wzroku. Cyferki mierzące przewagę zmieniały się nieubłaganie. Setki tysięcy oczu chciałyby je zamrozić, zatrzymać ich bieg, tysiące innych z nadzieją patrzyły jak maleją.

Contador mógł jeszcze wygrać wyścig, lecz musiałby przyjechać pierwszy – zgarnąć 10 sekund bonifikaty. Ale Tim Wellens miał na ten dzień swój plan. Nie po to właśnie dziś uciekał, by okazać na mecie uprzejmość starszemu koledze. Wygrał zdecydowanie. Na miejscu Gerainta podesłalibyśmy mu wieczorem butelkę zacnego single malta.

wyniki

PN16 podiumNie lubię drugich miejsc – powiedział Hiszpan radiu wyścigu przed dekoracją. Wiemy, Alberto. Za to kochają Cię kibice. Dostał owację, wchodząc na podium. Rozłożył ręce w geście: widzieliście, próbowałem, robiłem, co mogłem. Tak, widzieliśmy. I biliśmy brawo, mimo, że tym razem się nie udało. Tak bywa. Cycling,  bloody hell.

Drugi z bohaterów, Geraint Thomas, wzruszony i zszokowany. Chyba zasłużyłem na drinka – zwierzył się francuskiemu żurnaliście. Co przez to rozumiesz? – spytał dociekliwy Francuz. Jak to co? Idę się nawalić. Walijski charakter, w każdym calu.

Co za dzień. Wszyscy zasłużyliśmy na… odpoczynek.

Krzysztof Suchomski