Giro 2014 Resumé (2): Majka story, where’s the glory?

Skoro zaczęliśmy od kolorów, to nie od rzeczy będzie zauważyć, że od niedawna piękna majowa impreza ma dla nas barwy różowo – biało – czerwone. Przypomnę, że dwa lata temu dumni byliśmy z rekordowej liczby startujących Polaków, a w ubiegłym roku kibicowaliśmy Niemcowi i Majce w ich zmaganiach o czołowe miejsca w wyścigu. Po raz pierwszy dwójka naszych uplasowała się w najlepszej dziesiątce Grand Touru. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Tegorocznemu startowi wymienionej pary (oraz debiutanta Poljańskiego) towarzyszyły mocno rozhuśtane nadzieje i liczne biało-czerwone flagi na poboczach.

Przemysław Niemiec i Rafał Majka wystartowali pełni optymizmu – obaj jako faktyczni liderzy swoich zespołów. Zwłaszcza wypowiedzi kolarza z ekipy Riisa (zwykle wyciszonego i skromnego, a w Irlandii sprawiającego wrażenie wyjątkowo pobudzonego) mogły sugerować radosne chwile dla polskich kibiców. Media, i te nieliczne, tradycyjnie zainteresowane kolarstwem, i te odkrywające dopiero nową niszę, solidarnie podbijały bębenka. W tej atmosferze kibic polski mógł się poczuć nie gorzej od włoskiego czy kolumbijskiego, a na Francuzów, Belgów, Holendrów czy inne, pomniejsze nacje patrzył z politowaniem, niczym właściciel lexusa na kierowcę cinquecento.

By nie dać się zassać trąbie powietrznej narodowego entuzjazmu, zakotwiczyłem się do podłoża rzeczywistości mantrą: będę zadowolony z powtórzenia ubiegłorocznego wyniku. Dwóch Polaków w pierwszej dziesiątce wydało mi się celem wcale nie łatwym, zważywszy, że liczba pretendentów do tych miejsc była większa niż przed rokiem.

Ostatecznie, za sprawą Rafała Majki udało się biało-czerwonym obronić 6. miejsce w generalnej klasyfikacji. A były w trakcie trzytygodniowych zmagań chwile, w których rzeczywiście mogło się wydawać, że wychowanek trenera Zbigniewa Klęka może sięgnąć po coś więcej. Optymizmem napawał zwłaszcza nadspodziewanie dobry wynik Rafała w pierwszej czasówce zorganizowanej na trasie tak smakowicie kojarzącej się miłośnikom przednich piemonckich win. 42-kilometrowy etap z Barbaresco do Barolo nasz zawodnik ukończył zaraz za podium, pozostawiając w pokonanym polu niejednego z faworytów wyścigu z Quintaną na czele. Biała koszulka lidera klasyfikacji młodzieżowej podziałała tak ostro na wyobraźnię, że tu i tam zaczęto przymierzać naszego kolarza do różowej.

Rafał Majka w białej koszulce

No i zaczęła się szopka z dęciem w surmy i biciem w dzwony, po której nie tylko niedzielni widzowie, ale i bardziej wtajemniczeni fani, czuli się rozczarowani „tylko” szóstym miejscem. A przecież jest to autentyczny sukces 25-latka z Zegartowic. Poprawił się o jedno „oczko” na najtrudniejszej w swej karierze trasie, w silniejszej niż w 2013 roku konkurencji. A przede wszystkim, potwierdzając swój grand-tourowy potencjał, udowodnił, że wciąż warto na niego stawiać i dawać mu kolejne szanse. Stoi nadal w przedsionku sławy i oby spoglądał w drzwi otwierające się przed nim, nie oglądając się na te, które (miejmy nadzieję) już za sobą zamknął. To, co jeszcze dziś dzieli go od najlepszych, tkwi chyba bardziej w psychice niż w sile mięśni czy pojemności płuc. Można przypuszczać, że żołądkowe kłopoty naszego „eksportowego” górala były właśnie reakcją organizmu na przeciążenie stresem spowodowanym nadmierną presją rozbudzonych oczekiwań. Cóż, Rafale – co Cię nie zabije, to Cię wzmocni.

Niestety, nie mogę ubiegłorocznych superlatyw powtórzyć w przypadku Przemka Niemca (49. w KG). Skutki upadku to jedno (obaj nasi faworyci leżeli w karambolu na etapie do Monte Cassino, a tym, o którego zdrowie obawialiśmy się bardziej był akurat Rafał ), ale chyba i forma nie tak utrafiona jak rok wcześniej. Dostrzegłem też wyraźne przesunięcie priorytetów w ekipie Lampre. O ile w Giro 2013 lider Scarponi i wicelider Niemiec mogli liczyć na mocne wsparcie całej drużyny w walce o wysokie lokaty w KG, o tyle w tegorocznej edycji priorytetem teamu i sponsorów wydawały się być sukcesy etapowe – co rzeczywiście udało się osiągnąć.

Paweł Poljański, debiutując w trzytygodniowym wyścigu, ukończył go na 50. miejscu i swoim wsparciem wydatnie pomógł starszemu koledze z Tinkoff-Saxo. Na razie pokazał się jako użyteczny, wartościowy team player, a być może i on w przyszłości doczeka się swoich minut w blasku fleszy, czego mu gorąco życzymy.

Kto może być z występu na 97. Giro d’Italia zadowolony? Z pewnością drużyny, które zdołały doprowadzić swoich liderów na podium. Movistar przyjechał do Włoch z planem, który konsekwentnie i skutecznie zrealizował. Inne niż maglia rosa cele hiszpańskiej drużyny nie rozpraszały, nie specjalnie też zawracała ona sobie głowę sportowym fair play. Z podobnym zamiarem podboju Italii zjawiła się Omega Pharma. Przegrała (jeżeli można tu w ogóle mówić o porażce), ponieważ jej kolumbijski lider okazał się jednak słabszy od kolumbijskiego asa rywali.

Astanie, o tyle na dobre wyszła kontuzja namaszczonego lidera, że mogła udanie wypromować młodego challengera, który w ciągu tych trzech tygodni zyskał w swojej ojczyźnie status gwiazdy. Fabio Aru od lat uchodził za wielki talent. Jest rówieśnikiem zwycięzcy Giro, a mimo to, jego błyskawiczny awans zaskoczył przytłaczającą większość obserwatorów. Włoskim kibicom zaimponowała też postawa kolarzy Bardiani – CSF. Wygrali 3 etapy i pełno było ich wszędzie. Mają chłopaki „parcie na szkło”, a sponsorzy takich uwielbiają. Pirazzi (etapowym skalpem pocieszył się po przegranej walce o niebieską koszulkę) i Battaglin mają już we Włoszech wyrobioną markę, czego nie można było jeszcze powiedzieć o Marco Canoli. Jego zwycięstwo ucieszyło mnie najbardziej, bo młodzian z Vicenzy pozbył się tym samym traumy, która musiała go gnębić od czasu zeszłorocznego finiszu w Matera.

kolarz francuski Pierre Rolland

Europcar wrócił do Francji usatysfakcjonowany 4. miejscem Pierre Rollanda. Może nie chcielibyśmy, by uczył on etyki nasze dzieci, ale waleczności i „ciągu na bramkę” trudno mu odmówić.  Gdy już ruszy, nie ogląda się za siebie, a to jest coś, co chętnie widzielibyśmy u naszych reprezentantów. Z kolei Francuzi z Ag2R mogą mieć wciąż za złe swoim rodakom udział w Stelviogate. Biorąc poprawkę na jej skutki, to ich lider, Domenico Pozzovivo, ukończyłby wyścig czwarty, aczkolwiek i tak, 5. lokata jest najwyższą w historii jego grandtourowych występów. Marzył jednak o podium, a tu latka lecą, a ono zbliża się w tempie raczej ślamazarnym, a na domiar złego pojawia się taki Aru i ściąga na siebie wszystkie obiektywy. Natomiast nadspodziewanie wysokie, 11. miejsce jego kolegi Alexisa Vuillermoza traktować możemy jako dowód sporej różnicy dzielącej drugą dziesiątkę od pierwszej.

Ciekawe, co bardziej ucieszyło biznesmena w krótkich spodenkach, Olega Tinkowa, 6. miejsce Majki, czy dwa wygrane etapy „starosty” zespołu, Michaela Rogersa? Jedno i drugie sprawia, że Tinkoff – Saxo znaleźli się jeszcze ponad granicą odzielającą głodnych od nasyconych.

O rozczarowaniu nie ma też mowy w przypadku Orica – GreenEdge, mimo że tylko trójka z nich dojechała do mety w Trieście. Wygrali 2 etapy, ale aż przez siedem cieszyli się posiadaniem różowej koszulki – czegóż więcej chcieć od sprinterskiej ekipy. W autobusie Oriki (najsławniejszy pojazd kolumny od czasu zeszłorocznego Tour de France) musiało być naprawdę wesoło. Podobnie sprofilowany Giant – Shimano zapisał na koncie o jeden etapowy sukces więcej, lecz miał jednak mniej od Australijczyków powodów do radości. Beneficjentem wycofania Kittela został trzy razy otwierający szampana Nacer Bouhanni, jedyny jasny punkt FDJ. Również tylko z etapowych victorii Diego Ulissiego mogą być zadowoleni fani Lampre – Merida.

W Treku raczej nie topiono autobusu w szampanie, ale z pustymi rękami nie wracają. Maglia azzura i etapowe zwycięstwo Kolumbijczyka Arredondo poparte miejscem w top 10 Roberta Kiserlovskiego pozwoliło od biedy uratować twarz. Warto też wspomnieć  czterokrotnie finiszującego na drugim miejscu Giacomo Nizzolo, najszybszego Włocha w wyścigu.

zdobywcy koszulek Giro d'Italia 2014

Belkin nie jechał na Rosa Corsa z nadmiernie rozbudzonymi nadziejami, więc 7. pozycję i ambitną postawę w górach Wilco Keldermana przyjęto z zadowoleniem. Nie da się tego powiedzieć o ekipie Garminu, która traktowała te zawody prestiżowo, zapowiadając koncert na dwa fortepiany. Z koncertu nici, nie wyszło nawet preludium, bo jeden z pianistów zmiótł ze sceny kapelę. Ryder Hesjedal próbował potem przypomnieć sobie najlepsze chwile z 2012 roku, lecz moc już nie ta, a młodzież coraz bardziej daje popalić weteranom.

Pewnym paradoksem jest, że w wyścigu, w którym karty rozdawali Kolumbijczycy, średnio wypadli akurat ci z rdzennie kolumbijskiej Colombii. To nie oni machali tu żółto-niebiesko- czerwoną flagą. Celowali w sukcesy etapowe, wracają z niczym, mimo ambitnych prób Fabio Duarte. Nie odegrały też, mimo czynionych starań, większej roli we włoskiej imprezie teamy  Sky i Lotto. Znalazły się pod kreską, choć nikt w nich nie rozdziera szat, bo w podbój Italii specjalnie tam nie wierzono. O ile mniej dziwi to w przypadku belgijskiego zespołu, do tak okrojonej roli Niebiańskich trudniej było przywyknąć. Obiecujący debiut młodszego Henao to niewiele, jak na ambicje medialnego imperium.

BMC, zważywszy potencjał zespołu i deklarowane cele, wraca na tarczy. Cadel Evans (3. miejsce w 2013) wydawał się na starcie w lepszej formie niż przed rokiem. Konsekwentnie trzymał się strategii: mocny początek i minimalizowanie strat w górach. Tym razem pogoda nie uratowała mu czterech liter – skończył dopiero ósmy, a zapamiętano go głównie z nie przynoszącej mu chluby akcji po karambolu na 6. etapie.

Zdecydowanie poniżej oczekiwań wypadła drużyna Androni Giocattoli. Wprawdzie Franco Pellizotti przebudził się w końcu, na trzech ostatnich górskich etapach meldując się w czołówce, ale pozwoliło to zaledwie awansować na 12. miejsce w klasyfikacji generalnej.

Jeszcze bledszy występ zanotowała najsłabsza ekipa gospodarzy, Neri Sottoli, która kończyła zawody w czwórkę, ale chyba nie tylko kraksy i wycofania były przyczyną tak pasywnego udziału w rywalizacji. Trudno powiedzieć, by byli nawet tłem dla lepszych – tło przynajmniej widać. Ale na nich nikt specjalnie nie liczył, czego nie można powiedzieć o Cannondale, ekipie ostatecznie world tourowej. Nawet najbardziej zagorzali fani Ivana Basso nie powinni już żywić żadnych złudzeń. Kontynuowanie przez niego kariery powoli zaczyna przypominać pokazy Buffalo Billa w objazdowym cyrku. Rozczarował także Viviani, któremu coraz dalej do przejęcia schedy po Petacchim.

Listę rozłożonych na łopatki zamyka efektownie znokautowana Katiusza. Kolejny raz w tym roku wykluczony przez upadek Joaquin Rodriguez, znów musi marzenie o wygranym Wielkim Tourze przełożyć na czas nieokreślony. Z każdym takim przełożeniem szanse maleją, chociaż po sukcesie Hornera trudniej już komuś wypominać wiek. Po wycofaniu Purito zespół poszedł w kompletną rozsypkę. Nawet tak wartościowy i doświadczony zawodnik, jak Daniel Moreno, nie próbował choćby w niewielkim stopniu wypełnić tej luki.

Mimo ambitnych zamierzeń organizatorów, wskutek ich błędów, 97. Giro d’Italia zapamiętamy bardziej z kontrowersji, afer i kraks niż szczególnie ekscytującej rywalizacji, choć trzeba przyznać, że ta ostatnia również trzymała w napięciu. Wprawdzie można upierać się, że wypadki i błędy są immanentną cechą kolarskich zmagań,  ja jednak dostrzegam w tym przejawy braku profesjonalizmu, o czym pisałem nie tak dawno (szczegóły tutaj). Ten negatywny aspekt, obok pozytywnego, w postaci udanego ataku młodzieży na okopy weteranów, stanowił znak firmowy włoskiego touru.

Coraz częściej stosowanym elementem taktyki staje się wprowadzenie w błąd przeciwnika, co do swoich sił i zamiarów, formy i stanu zdrowia. Gorzej, jeśli dezinformację na trasie powodują sami organizatorzy. Tym ostatnim powinno też dać do myślenia „zmarnowanie” Zoncolanu na przedostatnim etapie.

Giro to zawsze wielkie wydarzenie, kulminacyjny moment kolarskiej wiosny. W tym roku skupiało naszą uwagę w dużym stopniu ze względu na udział Polaków i oby w przyszłych latach emocje związane z walką naszych kolarzy o laury jednoczyły nas przy telewizorach i monitorach.

Krzysztof Suchomski

Pierwsza część podsumowania Giro d’Italia 2014