Giro 2014 Resumé (1): Krasnal w Kingsajzie

Za górami, za lasami żył sobie mały różowy krasnal. Miał różową czapeczkę, różową koszulkę, różowe spodenki, różowe rękawiczki, różowe skarpetki i nawet śliczne, różowiutkie buciczki. Jeździł sobie nowiutkim różowym rowerkiem. Pewnego razu, zmęczony pedałowaniem, sięgnął do bidonu otrzymanego od tajemniczego doktora Gargamela. W naczyniu pienił się czarodziejski napój o nazwie Polo-Cocta.  Krasnal pociągnął spory łyk i srrruuuu… Przeniosło go do Kingsajzu.

Oj, urósł nam krasnalek Nairo, urósł, że ho, ho! Urósł i jakby nawet zhardział. Ledwo Giro wygrał, a już zapowiada, że łyknie jeszcze Vueltę, a za rok kolej na Tour de France. Co wygra za dwa lata, aż strach się domyślać.

Nairo Quintana w maglia rosa

Zeszłoroczne podium Wielkiej Pętli mówiło wiele o jego możliwościach. Ale były też znaki zapytania, potęgujące się w miarę zbliżania się startu Różowej Pętli na Zielonej Wyspie. Przede wszystkim, kilka luźno ze sobą powiązanych faktów doprawionych paroma mitami zasadniczo zmieniło tej wiosny postrzeganie w Europie kolumbijskich kolarzy, o czym pisałem już przy okazji podsumowania sezonu wczesnowiosennego. Wybrzmiewające w ubiegłym sezonie zewsząd zachwyty nad Young Colombian Power zostały znacząco stonowane i coraz częściej ustępowały wyrazom powątpiewania bądź to w metody osiągania wystrzałowej formy, bądź to w jej stabilność w dłuższym okresie.

Indywidualnie zaś, Nairo Quintana miał po raz pierwszy podołać obowiązkom lidera drużyny i unieść presję ciążącą na faworycie Grand Touru. O ile w jego zdolność do pokonywania gór nikt nie wątpił, o tyle umiejętność radzenia sobie ze stresem młodego Kolumbijczyka była do pewnego stopnia zagadką.

24-latek z Kordylierów uniósł ciężar odpowiedzialności i przeniósł się do Kingsajzu nie tylko metaforycznie. Miejsce w galerii sław to jedno, ale jego następny kontrakt powinien już mieć format naprawdę królewski. Choć słowo to o tyle mniej do niego pasuje, że lider Movistaru nie ma w sobie nic, albo prawie nic majestatycznego. Spokojny, cichy, nie pchający się przed obiektywy, tak też pokonał rywali – „siłą spokoju”. Przez pierwsze dwa tygodnie nie popisywał się, jechał w cieniu, by udowodnić wyższość nad konkurentami na kluczowych, starannie wybranych etapach: budzącej respekt górskiej przeprawie do Val Martello, czasówce na Monte Grappa i wynajętym do roli ostatniego sita, Zoncolanie.

Zaskakujące? Wręcz przeciwnie, do bólu przewidywalne. Trasa tegorocznego wyścigu była jednak niezbyt szczęśliwie zbalansowana. Łatwe (choć nieprzyjemnie mokre) etapy irlandzkie i półtora tygodnia przeciętnie uciążliwej jazdy w oczekiwaniu na arcytrudny finalny tydzień. Głównym urozmaiceniem pierwszych dwóch tygodni były niestety kraksy, które bardziej niż zwykle wpłynęły na losy końcowej klasyfikacji. W tym stuleciu bodaj tylko Tour 2011 bardziej przetrzebił listę faworytów. To, że wyścig tak się ułoży, było (poza kraksami) wiadome długo przed startem. Z pewnością wielu planowało decydujące uderzenia w trzecim tygodniu rywalizacji, lecz nie kto inny a właśnie krasnal z Tunja potrafił skutecznie zrealizować te zamiary.

W porównaniu z Vincenzo Nibalim, kolarz Movistaru zapewnił sobie triumf w sposób bardziej stonowany, by nie rzec dyskretny. Zwycięstwo Sycylijczyka było niekwestionowane, czego jednak o wygranej Quintany powiedzieć się nie da. I nie tyle chodzi tu o podważanie kolarskiej klasy andyjskiego górala – wydaje się, że nie musiał nawet uruchomić wszystkich rezerw, by wykazać swoją wyższość – co o nieszczęsne okoliczności, którym zawdzięcza przywdzianie maglia rosa.

Nie będę streszczał historii Stelviogate, czyli bulwersujących wydarzeń 16. etapu, które wywołały nieczęsto spotykane na imprezie tej rangi kontrowersje. Kto nie widział, ma czego żałować. Czy żałować będzie Mauro Vegni? W mediach nie okazał śladu skruchy, „idąc w zaparte” uważa, że organizatorzy nie ponoszą winy za wywołany na trasie królewskiego etapu bałagan. Nie sposób nie zauważyć, że ta „strusia” taktyka ma w środowisku kolarskich oficjeli długie tradycje. Cóż, mamy kolejny powód, by tęsknić za Angelo Zomegnanem. Za jego rządów, jakoś lepiej to funkcjonowało i nawet pogoda znała swoje miejsce w szeregu.

Niezależnie od ewidentnej winy organizatorów, zachowanie niektórych zawodników poddane zostało surowej krytyce, zwłaszcza ze strony poszkodowanych rywali. Już w trakcie wyścigu zwracałem jednak uwagę na to, że bardziej niż „nadgorliwych” kolarzy winić należy ich lepiej w sytuacji zorientowanych przełożonych. Ci ostatni próbują nam wmówić (dlaczego mnie to nie dziwi?), że nic nie widzieli, nic nie słyszeli i nic nie rozumieli. Gdyby ten świat urządzony był nieco bardziej sprawiedliwie, señor Eusebio Unzue regularnie wybijałby nosem przednią szybę w samochodzie Movistaru. Życie to nie bajka, niestety, czego żałują niezmiernie piszący te słowa oraz stowarzyszenie włoskich sprzedawców szyb samochodowych.

Rigoberto Uran w maglia rosa

Pal licho sprawiedliwość, twierdzą niektórzy, wysuwając na pierwszy plan atrakcyjność wyścigu. Ano, nie da się ukryć, że będące kością niezgody półtorej minuty jednak ostudziło emocje, przynajmniej te dotyczące walki o fotel lidera. Bohater pierwszej czasówki, Rigoberto Uran, zepchnięty na drugie miejsce, nie mógł już poważniej zagrozić swemu młodszemu, lecz sprawniej wspinającemu się rodakowi ani na bezlitośnie selektywnej próbie na Monte Grappa, ani na Zoncolanie.

Prawie 27-kilometrowy mountain time trial okazał się, co nie było niespodzianką, kluczowym momentem tegorocznego Giro. Zweryfikował z jednej strony umiejętności, formę i odporność kandydatów do czołowych miejsc w klasyfikacji generalnej, a z drugiej ich marzenia i aspiracje. Jeszcze raz potwierdziło się, że na najbardziej górzystym z Wielkich Tourów, umiejętność jazdy po górach oraz odporność na trudy wyścigu są kluczem do zwycięstwa.

Ten test lepiej zdali kolarze młodszego pokolenia, z rocznikiem 1990 na czele. Oni właśnie, a także Kolumbijczycy, jako nacja, byli głównymi beneficjentami „schodów” trzeciego tygodnia. Co do pokolenia ’90 nie jestem wcale zdziwiony, bowiem o jego szczególnych zaletach pisałem już przed dwoma laty (zainteresowani znajdą to tutaj), a to, że kolarze z Kolumbii skaczą po górach niczym kozice zaskakuje jeszcze mniej. Natomiast pozytywnie weryfikacji trzeciego tygodnia nie przeszły wyleniałe Secondhand lions. Evans (który także był „na cenzurowanym” za mało sportowe zachowanie pod Monte Cassino), byli zwycięzcy Rosa Corsa Basso, Cunego, Hesjedal, pokiereszowany Scarponi, czy były mistrz olimpijski Samu Sanchez przekonali się, że jak nie ma pary w nogach, to nazwiska same pod górę nie podjadą.

Nie spieszyłbym się wszakże z odtrąbieniem tak zwanej zmiany pokoleniowej.  Jeszcze niedawno zastanawialiśmy się przecież, gdzie bije to źródełko „wody życia” w cudowny sposób odmładzającej weteranów, którym nawet ZUS nie odmówiłby emerytury.  A może na Vuelcie było po prostu łatwiej? No, w każdym razie, cieplej na pewno.

A trzeba przyznać, że te europejskie słoty i chłody świetnie znosili mieszkańcy stref uznawanych za podzwrotnikowe. W ogóle wyścig w tym roku stał pod znakiem dominacji przybyszów ze światów, tradycyjnie przez Brytyjczyków określanych mianem Overseas territories. Honoru gospodarzy, wobec słabszej postawy „senatorów”, przyszło bronić będącemu największą rewelacją imprezy Fabio Aru oraz jeźdźcom z drużyny Bardiani – CSF.

Fabio Aru wygrywa etap

Odpowiedź na pytanie czy Aru miałby okazję zabłysnąć w takim stylu, gdyby jego lider, Scarponi, nie przewrócił się pod Monte Cassino, jest chyba równie jasna i czytelna jak komunikat przed Stelvio. Nigdy się tego nie dowiemy, za to już w przyszłym sezonie będziemy mieli okazję przekonać się, czy nowa nadzieja Italii rzuci rękawicę Rekinowi z Sycylii. Mieszkańcy włoskiego buta ponoć marzą już o kolejnej, rozpalającej namiętności wewnątrz-włoskiej rywalizacji.

Odnotujmy na koniec pierwszej części podsumowania, że zwycięzcą w klasyfikacji górskiej został Kolumbijczyk (a jakżeby inaczej) Julian Arredondo, zaś koszulkę za klasyfikację punktową zabierze do Francji  zwycięzca trzech etapów Nacer Bouhanni. Choć z pewnością nie ten ostatni był najszybszym kolarzem wyścigu. To, co pokazał Marcel Kittel na ostatnich 50 metrach finiszu w Dublinie, długo pozostanie w pamięci widzów.

Najbardziej efektownej sztuki dokonał jednak „na dzień dobry” Dan Martin, którego przed startem odważyłem się zaliczyć do ścisłego grona kolarzy mogących sprawić we Włoszech największą niespodziankę. Irlandczyk, na oczach milionów trzymających za niego kciuki rodaków, zatańczył jigę na klapie od studzienki, kasując pół ekipy Garminu i swoje szanse w wyścigu.

Niezupełnie o takiej niespodziance myślałem…
Krzysztof Suchomski

Druga część podsumowania Giro d’Italia 2014