Cztery wyścigi i pogrzeb

 

Sezon rozkręca się powoli, bez pośpiechu, jak kat zmierzający na egzekucję ze świadomością, że bez niego przecież nie zaczną. Zakończony właśnie tydzień był zaledwie jaskółką zwiastującą kolarską wiosnę, która siedzi jeszcze przed lustrem i dopiero szykuje się, by wyjść na świat i obsypać nas  marcowymi i kwietniowymi imprezami.

Co by nie rzec, lutowy weekend, w którym kończą się aż cztery etapówki raczej wart jest uwagi wyposzczonego fana. Żeby jeszcze wspomniana uwaga miała na czym oko oprzeć, byłoby odjazdowo. Niestety, skazani byliśmy na odgrzewane dania w ograniczonym wyborze. Racja, że ranga imprez na kolana nie rzucała, lecz Oman ze swą Zieloną Górą to akurat najciekawsza zwykle część arabskiego tryptyku, a Algarve i Andaluzja były miejscami, gdzie także po raz pierwszy w sezonie skrzyżować miecze mogli rasowi górale. Co z tego? Telewizyjni kacykowie nie uznali tych wydarzeń za godne obszerniejszej prezentacji.

Ten nieco wycinkowy ogląd zmagań cyklistów zdradzających grand-tourowe ambicje, pozwala na wyciągnięcie pierwszych wniosków, które w maju i tak psu na buty się zdadzą, za to w lutym pozwalają czas zabić i oczekiwanie na prawdziwe kolarskie emocje skrócić.

valverde emocjeNajwiększe wrażenie zrobił na nas pokaz siły śródziemnomorskich lwów, które głośnym rykiem już od początku zaznaczają swoją pozycję w stadzie. Pieszczot nie będzie. Żadnej gry wstępnej – bierzemy, co nasze, zdają się sugerować Alejandro Valverde, Vicenzo Nibali i Alberto Contador, trójka bohaterów minionego tygodnia. Zarówno Rekin z Messyny, jak i Bala Verde, uświetnili swe zwycięstwa w klasyfikacji generalnej, wygrywając królewskie etapy wyścigów. Alejandro miał trudniejsze zadanie, gdyż musiał odrabiać straty do wcale nielichych rywali i osiągnął to w stylu z najlepszych lat. I radości miał z tego, jak widać, co nie miara. Enzo zrobił swoje w trybie nieco bardziej ospałym, ale usprawiedliwia go wyższa niż w Europie temperatura.

contador algarveEl Pistolero nie wygrał wprawdzie wyścigu, lecz jego popis na najtrudniejszym etapie portugalskiej imprezy wzbudził dużo większy respekt niż postawa zwycięzcy klasyfikacji generalnej, Gerainta Thomasa, mimo, iż ten ostatni skutecznie obronił tytuł wywalczony przed rokiem. W trudnej (jak na tę fazę sezonu) górskiej próbie Walijczyk ustępował jednak wyżej cenionym góralom, Contadorowi, Aru i Pinotowi.

Polskich fanów zadowoliła forma Rafała Majki. Oczywiście, liczymy na to, że w priorytetowych imprezach Rafał okaże się w wysokich górach lepszy i od Valverde i od Mollemy, z którymi w niedzielę jeszcze przegrał, ale na dziś jest dobrze, bo przecież fajerwerków nikt od wychowanka Krakusa Swoszowice w lutym nie oczekiwał. Co innego Contador, czy Valverde – byli u siebie, albo prawie u siebie. A Polak musiał w zasadzie jedno: potwierdzić swą mocną pozycję jednego z liderów teamu. I to się właśnie stało – Kreuziger ujrzał, gdzie jego miejsce w szyku (na wypadek, gdyby miał jakieś wątpliwości). Szkoda, że z powodu wirusa nie otrzymaliśmy odpowiedzi na najbardziej frapujące nas pytanie: jak w górach i na czasówce sprawdzi się nowa, „deficytowa” sylwetka Michała Kwiatkowskiego? Czy za mniejszą wagę i obniżony współczynnik oporu powietrza nie zapłaci spadkiem mocy?

kristoffUzyskaliśmy za to odpowiedzi, czego w pierwszej części sezonu możemy spodziewać się po naszych prokontynentalnych ekipach. W sumie też szkoda. Może lepiej było nie wiedzieć i dalej się łudzić?

Z kolei, dwaj panowie K, Kittel i Kristoff, na dziś prowadzą w castingu kandydatów na etaty „dominatorów powierzchni płaskich”. Przy czym, spodziewana w pierwszej części sezonu nieobecność Degenkolba sprawia, że Norweg z Katiuszy staje się naprawdę mocnym faworytem do „monumentalnego” dubletu. Za tydzień Omloop Het Nieuwsblad i wtedy okaże się, czy ktoś następny zgłosi tego typu aspiracje.

W niedzielę dotarła do nas również innego typu wiadomość. Bardzo smutna, budząca refleksje, przywołująca wspomnienia. Odszedł na zawsze David Duffield – legendarny sportowy komentator. Fascynująca osobowość, ogromna kolarska wiedza, wsparta erudycją i poczuciem humoru, wyniosły Go na absolutny szczyt hierarchii sprawozdawców telewizyjnych. Zawsze pozostawał sobą, nikogo nie naśladował, tworząc swój barwny, niepowtarzalny styl komentarza. Jego powiedzonka, rodem ze Środkowej Anglii, niekoniecznie będące perełkami politycznej i językowej poprawności, przez fanów zwane „dufferami”, w filologii zyskały sobie miano „duffieldyzmów” i były oraz będą w przyszłości tematem niejednej naukowej dysertacji.

duffieldTour de France, Indurain, Jaskuła, Eurosport, David Duffield – to są pojęcia w mojej jaźni nierozerwalnie ze sobą związane. Ujął mnie także tym, że mimo całej swej brytyjskości, dokładał starań (mniejsza już o ich efekty), by w miarę poprawnie wymawiać polskie nazwiska. Fakt, nie było ich wtedy wiele w zawodowym peletonie, ale też w latach dziewięćdziesiątych byliśmy dla przeciętnego Brytyjczyka egzotycznym krajem o nieznanej kulturze. Daleko jeszcze nam było do Wspólnej Europy i nawet przez myśl im nie przechodziło, że pewnego dnia staną w obliczu fali polskich emigrantów, a w każdym angielskim miasteczku będzie można kupić pierogi.

 

Świat poszedł naprzód dalej niż mogliśmy się wówczas spodziewać, a skoro tak, to może doczekamy się, że śniące o szosowej karierze brytyjskie brzdące będą chciały być jak ich nowy idol, Kwiatkowski.

 

Krzysztof Suchomski