I co dalej… Mareczku?

 

Mark Cavendish wygrał klasyfikację generalną wyścigu Tour of Qatar. Byłby to pewnie jakiś powód do dumy, gdyby nie fakt, że zwycięstwo w zasadzie zawdzięcza pechowi kolegi z teamu Dimension Data, Edvalda Boasson-Hagena. Bęcki, jakie na finiszowych metrach dostał od Alexandra Kristoffa, też nie poprawiły mu humoru.

cavendish z bliskaW ubiegłym roku zaczął sezon podobnie, od zwycięstwa w Dubai Tour. Później niewiele miał powodów do chwały. Teraz nie wygląda to lepiej, mimo zmiany ekipy, co miało być bodźcem do odbudowania formy jeszcze do niedawna najlepszego sprintera peletonu.

Nie oszukujmy się, oglądamy jesień pięknej kolarskiej kariery. Manx Missile chyba bezpowrotnie przestał być postrachem dla rywali. Nie będzie już tak szybki, jak w latach 2009-2012, kiedy to dominował w sposób bezprecedensowy na kolarskich finiszach, obezwładniając konkurentów na podobieństwo przelatującego meteoru. Natura jest nieubłagana. Wystawia teraz rachunek. 30 lat to sporo, jak na sprintera, który już ponad 10 sezonów ściga się w zawodowym peletonie. Zwłaszcza, że mówimy o organiźmie eksploatowanym bardzo intensywnie. Startował często, nawet nadmiernie, a w walce nie oszczędzał siebie ani przeciwników i nieraz zawierał bliższą znajomość z asfaltem. Jego agresywny sposób jazdy, bezkompromisowa wola walki zdobywała mu zarówno wielbicieli, jak i zagorzałych przeciwników. Nawet ci ostatni, zarzucając mu popełnione w ferworze walki faule, nie potrafili jednak ukrywać wielkiego podziwu dla jego talentu.

 

MARK CAVENDISH WINS THE 2009 MILAN SAN REMO

MARK CAVENDISH WINS THE 2009 MILAN SAN REMO

Teraz przychodzi mu przegrywać finisz za finiszem. Nie tylko z tradycyjnymi rywalami, Kittelem czy Greipelem. Silniejszy i skuteczniejszy okazuje się też Kristoff, czasem Viviani, a za plecami starszych czają się żądne sławy wilczki, jak Ewan czy Gaviria, do niedawna wpatrzeni w Manxmana jak w obrazek. Nikt już weteranowi miejsca nie ustąpi, coraz trudniej mu przepychać się w tłoku, co pogłębia frustrację powoli schodzącego ze sceny idola. I czasem wracają stare nawyki, o czym przekonał się niedawno jeden z polskich kolarzy.

A przecież nie tak to miało wyglądać. Podpisał trzyletni kontrakt. I on i ekipa Qhubeki wiele sobie obiecywali. Drużynę skonfigurowano pod nową gwiazdę, spełniając jej liczne wymagania i życzenia. Ściągnięto wiernych (i wcale nie tanich) gwardzistów, Renshawa i Eisela. W sumie, cały projekt niegłupio był pomyślany. Jednak, by zamysł się powiódł, najważniejsze ogniwo musi „wypalić”. A niestety, raczej wygląda na to, że jest już mocno… wypalone.

Ktoś może pomyśleć, że się czepiamy. Bo to dopiero początek sezonu i kolarzy rozliczać z niego będziemy na jesieni. To prawda. I niewiele rzeczy ucieszyłoby nas bardziej niż pomyłka w powyższej ocenie. Odszczekalibyśmy ją z zapałem nastolatki spieszącej się na pierwszą randkę.

Pesymizm nasz nie bierze się jednak z powietrza, a z uważnej obserwacji kariery zawodnika. Także tego, co się wokół tej kariery dzieje. Manxman od dwóch sezonów po prostu miota się w poszukiwaniu niszy, w której mógłby jeszcze funkcjonować jako gwiazda. Czy ktoś, kogo celem miałaby być dominacja na szosie, wygrywanie na via Roma i Polach Elizejskich, zawracałby wszystkim głowę próbami wkręcenia się „na siłę” do torowej reprezentacji Wielkiej Brytanii na Igrzyska Olimpijskie? Takie usiłowania chyba nie jednają mu przyjaciół wśród torowców. W końcu w tej ekipie rywalizacja jest ogromna. Są tam ludzie, którzy od kilku lat przygotowują się specjalnie do tego startu. I teraz ktoś miałby tak po prostu oddać miejsce w drużynie, gwieździe, która na nowo „szuka swojego miejsca w życiu”?

peta_todd_mark_cavendish_daughter1Dopiero co Brian Holm, ex-trener Cavendisha, zaskoczył kolarską społeczność twierdzeniem, że jego były podopieczny może wygrać Paris – Roubaix. I to bez wieloletnich przygotowań. Wierzyć nam się za bardzo nie chce, ale media chwyciły temat. I może właśnie o to chodziło? Bo jedno wydaje się pewne. Czupurny, lecz sympatyczny Brytyjczyk wraz z żoną, popularną na Wyspach Petą Todd, zasmakowali zbytnio w roli celebrytów, by teraz tylnymi drzwiami opuścić światła rampy. Nieraz jeszcze o nich usłyszymy.

Cokolwiek by jednak nie nastąpiło w przyszłości, jedno nie ulegnie już zmianie. Mark Cavendish był najlepszym szosowym sprinterem, jakiego nosiła ziemia.

 

Krzysztof Suchomski
The King of Champs-Élysées