Poszły łosie po szosie!

 

Czuję się trochę jak niedzwiedź przedwcześnie wybudzony z zimowego snu. Nie żebym był z tego powodu jakoś szczególnie rozdrażniony, albo, uchowaj Boże, niebezpieczny dla otoczenia. Określenie ospały bardziej oddawałoby istotę problemu. Przymiotnik odnosi się do stanu ducha raczej, bo z ciałem mam tak, że nawet schudłem ostatnio parę kilo, czym z braku innych zimowych sukcesów chwalę się na prawo i lewo.

A skoro jesteśmy przy odchudzaniu. Pierwszym kolarskim hitem tego roku jest dla mnie służbowa focia Michała Kwiatkowskiego. On ci to, czy nie on – zastanawiałem się w pierwszej chwili, a w chwili numer dwa opadły mnie podejrzenia o fotomontaż jakiegoś internetowego dowcipnisia.

kwiato chudyNasz mistrz wygląda na fotografii, jak banan obrany ze skórki. Nie żeby goły był, tylko jakoś tyle mu ciała gdzieś zeszło. I to w tak krótkim czasie! Ach, te postępy brytyjskiej medycyny. Zawrotów głowy można dostać, jak się pomyśli. Zamieszczenie tego zdjęcia (najlepiej w zestawieniu z zeszłorocznym) na jakimkolwiek portalu kobiecym mogłoby skutkować zablokowaniem serwera lawiną zapytań o dietę-cud.

Teraz pozostaje nam mieć nadzieję, że Michał, na podobieństwo motyla wyłaniającego się z kokonu, odrzucił skorupę tych akurat niepotrzebnych kilogramów, a zostawił sobie te słuszne i właściwe. I będzie w tym sezonie fruwał po górach niczym rusałka admirał (vanessa atalanta) z… hmm… kwiatka na kwiatek.

Ma czego chciał. Wbrew większości wmawiającej mu, że urodził się do wygrywania klasyków, on marzy o Tour de France. Nie pierwszy, nie ostatni. Ta sama przypadłość naszła innego naszego ulubieńca, Gerainta Thomasa. Właśnie oświadczył, że porzuca szlachetne bruki Roubaix i Harelbeke. Słonecznikowe łany i tłumy spoconych turystów na poboczach pociągają go bardziej. De gustibus…

Akurat wpadł mi w oko zamieszczony w Cycling Weekly tekst Davida Millara zapowiadającego z emfazą, że Tour de France 2016 będzie absolutnie wyjątkowy i najlepszy w całej swej wielkozapętlonej historii. Ileż razy ja już takie proroctwa czytałem? Nie sięgając daleko wstecz, dwa lata temu – bo koncert trzech tenorów. A w zeszłym roku miał być pokerowy thriller, czyli kareta asów. Ale Millar nie żałował sobie i zadysponował na tegoroczny Tour ósemkę bohaterów. Miejmy nadzieję, iż nie będzie to Nienawistna Ósemka, tylko jakaś normalniejsza. Skąd to cudowne rozmnożenie? Otóż David z szerokim gestem (całkiem jak nie Szkot) zakwalifikował do pierwszoplanowych faworytów kolarzy mających na koncie zwycięstwo w GT. Naliczył ich sześciu (Contador, Froome, Nibali, Valverde, Hesjedal, Quintana), a w razie gdyby było mało, wspaniałomyślnie dorzucił do tego grona Dumoulina i Thomasa. Oczywiście, radośnie zakładając, że każdy z wymienionych dżentelmenów stawi się na starcie w wersji at his best. No oby…

Pamiętając, co media i internety wyczyniały przy okazji pożegnania Jensa Voigta, postrzegam raczej lipcową imprezę jako trzytygodniowy bankiet z okazji przejścia na emeryturę Księgowego i Spartakusa. Bo jak na pierwszej dużej górze Froomie znów zostawi konkurentów o minutę, to co im zostanie? Poza tradycyjnym już spektaklem bezsilnej nienawiści?

Zamiast przedsezonowego pompowania balonu zauważmy, że zapowiada się on (sezon, nie balon) szczególnie interesująco ze względu na swą kalendarzową odmienność. Ten koloryt zadzięczamy Igrzyskom w Rio i październikowemu czempionatowi w Doha. Przetasowanie terminów w drugiej połówce sezonu jest samo w sobie tematem na ciekawą analizę. Może to akurat nie najważniejsza sprawa, ale mnie bardzo ucieszyło odrestaurowanie szans na dobre ściganie w Giro dell’Emilia. Przynajmniej na jeden sezon.

A jeśli o ściganiu… Ono właśnie, a nie twitterskie fotki, powodem brutalnego wybudzenia mnie z rozkosznej zimowej drzemki. Moje kochanie tonem kategorycznym i nie znoszącym sprzeciwu zażądało ustawienia na monitorze streama z pierwszego etapu Tour de San Luis. No i poszły łosie po szosie. Inaugurację sezonu telekolarskiego mamy za sobą. Co z tego, że człowiek uważa Omloop Het Nieuwsblad za jedynie słuszny start sezonu, prawdziwy i godny poważania? Możesz sobie uważać…

Henry-VTym razem fonia była dużo lepsza od wizji. Za sprawą anonimowego (dla mnie) argentyńskiego sprawozdawcy. Soczysta świeżość jego entuzjamu sprawiłaby, że na pustyni wyrosłaby trawa. I sama by się równo skosiła, żeby ładniej wyglądać. Znam doskonale „serce do walki” tamtejszych komentatorów, choćby z piłkarskich derbów Buenos Aires. Ale oni walą do mikrofonu z częstotliwością kałasznikowów. A ten? Spokój wodza. I z namaszczeniem. Dykcja jak z desek Royal Theatre. Mógłby recytować mowę Henryka V pod Azincourt. Cóż za odmiana po zeszłorocznej kolekcji memłających głoski anglojęzycznych luzaków.

I co teraz? Się obejrzało, to się napisze? No… samo nie chce. Nie ma co dłużej kluczyć i owijać w bawełnę. Autor będzie w tym roku o kolarstwie pisał mniej. Prawdę powiedziawszy, dużo mniej. Nie z braku chęci. Po prostu, c’est la vie. A ponieważ na świat należy spoglądać optymistycznie (Always look on the bright side of life, fiu, fiu..), wiadomość ta ucieszy z pewnością wiele osób. Tych, którzy autorowi zazdroszczą, mają mu za złe, albo nie lubią go z nieuzasadnionych przyczyn.

Pozostałym mogę obiecać, że rzadziej nie będzie znaczyło gorzej. A może wręcz przeciwnie. I tyle na dziś, bo kochanie już stoi w drzwiach. To kijki w łapę i ten… nordic walking, jego mać. Co ja takiego zrobiłem, żeby mnie tak…?

Krzysztof Suchomski