Ostatnie akordy sezonu

 

Koniec kolarskiego sezonu kojarzy mi się z serią włoskich klasyków oraz wyścigiem Paris – Tours. I jeszcze Chrono des Nations, kiedyś będące wydarzeniem, a dziś ginące w potopie czegoś, co zwykłem nazywać egzotycznymi wynalazkami UCI. Do tych ostatnich zaliczam też Japan Cup, choć jakoś opatrzył się już i razi jakby mniej.

Zdaję sobie sprawę, że upierając się przy twierdzeniu o zamknięciu sezonu z początkiem października, mogę sprawiać wrażenie dinozaura. Albo osoby niedoinformowanej. Bo jeśli ktoś z Szanownego Państwa zagląda do kalendarza UCI, to widzi October zapełniony do dnia ostatniego, a jeszcze November z Decembrem ze swoimi „atrakcjami” na ekran się pchają.

„Jak tam sobie Szanowne Państwo uważa”. Ja egzotycznych wynalazków z zasady nie oglądam. Wyjątek czynię dla styczniowych i lutowych etapówek, bo wtedy jestem wygłodniały, niczym zbudzony ze snu zimowego grizzly. Ale katować się czymś takim późną jesienią? Wielbłądy, strusie i inne powaby dalekich krain wolę obejrzeć w Discovery, National Geographic czy Animal Planet. Pokazują to lepiej.

Popatrzę jeszcze na Coppa Sabatini, choć on urodą Gabrieli Sabatini nigdy nie dorównywał, potem ulubione moje Giro dell’Emilia i niedzielne Paris – Tours. To się ode mnie kolarstwu należy jak psu zupa. A skorośmy przy tych czworonogach – powiedzieć, że na psy schodzą te dwa ostatnie, tak zasłużone wyścigi, byłoby tyleż nieeleganckie, co prawdziwe. Brak world-tourowej etykietki sprawia, że imprezy te więdną w oczach. Żal, to zdecydowanie za łagodne określenie uczuć z tym faktem związanych. Cisną się na klawiaturę słowa nad wyraz niecenzuralne.

Po Paris – Tours będzie można rozsiąść się wygodnie w fotelu i przemyśleć kwestie związane z podsumowaniem kończącego się sezonu. A potem zastanowić się, co czeka nas w następnym kolarskim roku. I może nawet trochę się rozmarzyć.

Plan mamy z grubsza nakreślony, pora zatem wrócić do tego, co się w minionym tygodniu działo. Bo brak wpisów na blogu nie oznacza mojego désintéressement dla wydarzeń tak szacownych, jak Il Lombardia czy Milano – Torino. Po prostu, nie da się robić (a przynajmniej robić dobrze) zbyt wielu rzeczy na raz i życie zmusza nas do dokonywania wyborów.

Jeszcze przed wspomnianymi klasykami upchnięto w środku tygodnia Tre Valli Varesine, które przyzwyczaiło kibiców do innego miejsca w kalendarzu, ale może i to nowe nie jest takie najgorsze. Wspominam o nim dlatego, że również, jak dwa sławniejsze wyścigi, padł łupem Astany. Kolarze w jasnoniebieskich kostiumach nie wyglądają na zmęczonych sezonem. Wręcz przeciwnie, świeżość i dynamika godna pozazdroszczenia. Z Diego Rosą próbował się na Superdze posiłować Rafał Majka. Bez szans. Pozostała mu rola the best of the rest.

Mówi się, że ten występ kosztował Polaka utratę sił potrzebnych bardziej na Lombardii. Co najmniej dyskusyjna teza. Choć monument to jednak monument i dla chwały polskiej husarii bardziej przysłużyłoby się kolejne pomnikowe podium, to realnie patrząc, profil ostatnich kilometrów Milano – Torino bardziej Rafałowi sprzyja i prędzej wygra w Turynie niż w Como.

nibali zjazd

Wyścig Spadających Liści. Nawet największe w tym wieku (a niektórzy twierdzą, że w ogóle) nagromadzenie podjazdów, nie zdołało wymazać jego charakterystycznej cechy. I mimo całego tego hype’u związanego ze skalą trudności wspinaczek, to  cały czas zabawa dla tych, którzy potrafią wspaniale zjeżdżać. Kto chce tu wygrywać, musi szusować w dół jak Tomba La Bomba. Przepięknie przypomniał o tym Vincenzo Nibali. Serce rosło.

A moment, w którym wiatr „przykleił” mu do torsu papierową włoską flagę, porwaną z ręki anonimowego kibica, urósł do rangi symbolu. Italia odzyskała swój prymat w wyścigu. To pierwszy wygrany przez Włocha monument od 2008 roku.

Na Półwyspie Apenińskim radość, ale „internety” zwycięzcy nie darowały. Posypały się aluzje, dowcipasy i memy. Że bez klamki mu się coś udało. Słabe to. Vincenzo Nibali jest sportowcem, który popełnił błąd. Zapłacił już za to. Jeśli tego nie powtórzy, dla mnie będzie OK, choć pewnie znajdą się tacy, którzy jeszcze przez lata będą mu łatki przylepiać.

nibali okładka

Lombardzkim występem pożegnał się z ekipą Etixx Michał Kwiatkowski. Po swojemu, defilując przez blisko 30 km na czele. Zaimponował chyba wszystkim, wjeżdżając pierwszy na Muro di Sormano. A przecież wróżono mu, jak innym klasykowcom, że tam „padnie”. Jego akcja z Wellensem (podobnie jak mistrzowski zjazd Rekina) zaprzecza pochopnie stawianej tezie, że w obecnym kształcie, Il Lombardia to biznes wyłącznie dla górali. Raczej zawody dla kolarskiej elity. I chyba o to ma w pomnikach kolarstwa chodzić?

W każdym razie, mnie się ta nowa trasa podoba bardziej niż wcześniejsze próby upodabniania tego wyścigu na siłę, wbrew tradycji, do klasyków wiosennych. Dużo emocji, zacięta walka, ostra selekcja, brawurowy pokaz kolarskich umiejętności i godny zwycięzca. Czego chcieć więcej od monumentu zamykającego sezon?

Krzysztof Suchomski