Rywalizacja stulecia

 

Zastanawialiście się kiedyś, co by się działo, gdyby Eddy Merckx  w najlepszych swoich latach ścigał się z Bernardem Hinault? Oooo… Taka wojna godna byłaby najznamienitszych piór. Trzeba by talentu i rozmachu Homera lub Szekspira, a jeśli ktoś gustuje w stylu bardziej współczesnym, to i Norman Mailer byłby jak znalazł. Cóż za epopeję przyszło by nam obserwować, jakich gigantycznych zmagań bylibyśmy świadkami i jakież to fontanny emocji stałyby się naszym udziałem. Miłośnikom kolarstwa ślinka leci na samą myśl o takich smakowitościach.

Zaraz, zaraz… Ale, czy przypadkiem coś takiego nie miało już miejsca?

Przewińmy historię do tyłu i sprawdźmy. Co my tam mamy? Armstrong – Ullrich? Mecz do jednej bramki. Hinault – LeMond? Mocne, ale krótkie jak na epopeję. Anquetil – Poulidor? To z kolei długie, jednak też nierówne, ale już ciepło, ciepło… Coppi – Bartali? Ufff… gorąco.

Przypomniałem sobie o filmie oglądanym kiedyś na pirackiej kasecie w pionierskich latach rynku video w Polsce. Kto pamięta te czasy, wie o co chodzi. Nowy, wspaniały świat. Trzecie lub czwarte kopie, niknące kolory, amatorscy lektorzy – ale frajda z oglądania większa niż dziś w kinie 3D.

Dla Filmoteki wyguglałem ten film, nie było to takie trudne. Nosi oryginalny tytuł Coppi – Bartali: la sfida del secolo, w angielskiej wersji językowej występuje jako Challenge of the Century. Nazwisko reżysera (Giuseppe Provenzano) nie powie nic nawet najbardziej dociekliwym koneserom kina. Film rozpowszechniała wyłącznie na kasetach video włoska firma Logos Video Entertainment.

Powiem od razu, film jak film. Nie za swe „filmowe” walory otrzymuje nominacje do Filmoteki Arcydzieł. Ale ta story – gotowy scenariusz, aż dziw, że Hollywood jeszcze nie chwyciło tego w swe tłuste łapska. Skrypt napisany przez życie, o którym nie bez powodu mawia się, iż pisze najlepsze scenariusze.

Arcydziełem jest tu sama historia pojedynku stulecia – najdłuższej, najświetniejszej ze wszystkich wielkich sportowych rywalizacji XX wieku. Opis tych zmagań poznajemy dzięki współpracy realizatorów z legendami sportowego dziennikarstwa, nieżyjącymi już Rino Negri i Ruggero Radice, co z dzisiejszej perspektywy dodaje filmowi kolejnych sentymentalnych nutek. A lektorem angielskim jest Phil Liggett – tudzież zacne, dziennikarskie nazwisko.

Sportową siłę reprezentowaną przez obu protagonistów obrazują cyfry. W filmie jest ich sporo, sumiennie wymieniono ich kolejne sukcesy, lecz ja dorzucę parę od siebie, skupiając się na najważniejszych trofeach. Łącznie wygrali 8 razy Giro d’Italia i 4 razy Tour de France. Na kimś zapatrzonym w Merckxa czy Armstronga może to jeszcze nie robić tak wielkiego wrażenia, jak powinno. Musimy zatem skorygować powyższe dane o lata wojny, która wycięła z ich sportowych życiorysów kilka potencjalnie najlepszych sezonów. Możemy spokojnie założyć, że w normalnych warunkach, ponieważ nie mieli godnych siebie rywali, podzieliliby się łupami. Jeśli dopiszemy do ich palmares 5 edycji Giro i 6 edycji Touru, wyjdzie nam 13 wygranych Rosa Corsa i 10 Wielkich Pętli. Bezprecedensowa dominacja.

Scenariusz musi mieć mocny akcent na dobre rozpoczęcie. Wyzwanie rzucił Coppi. Młody, zdolny kolarz, dookoptowany do ekipy, by pomóc w kolejnym zwycięstwie utytułowanego mistrza, niespodziewanie wygrywa wielki wyścig. Skądś to znamy, prawda? Cunego, jak się okazuje, nic nowego nie wymyślił.

Taki początek to gotowy samograj. Zantagonizował nam pięknie głównych bohaterów i o rozwój akcji czy napięcie nie musimy się martwić – tylko pilnować, by nie zabrakło taśmy w kamerze.

Dobór bohaterów jest wręcz idealny, bowiem (za wyjątkiem sportowej klasy) wszystko ich różniło. Bartali to kawał chłopa, odporny i niezniszczalny, głośny sangwinik i ekstrawertyk, urodzony przywódca. Coppi – fizycznie subtelniejszy i delikatniejszy, o charakterze cichego, małomównego introwertyka. Wysoki i szczupły (długich nóg zazdrościła mu pewnie niejedna modelka), sylwetką przypominał niektórych dzisiejszych, wycieniowanych górali.

Toskańczyk Bartali to przykładny mąż i ojciec, ostentacyjny katolik, lubiący dobrze zjeść, a i wina czy papierosów nie odmawiający. Coppi to z kolei model „wyzwolonego” Piemontczyka – agnostyk, nie stroniący od eksperymentów z bardziej wyrafinowanymi używkami.

Bartali miał na pieńku z reżimem Mussoliniego (jak się później okazało pomagał ratować Żydów przed prześladowaniami), Coppi służył w armii i w północnej Afryce dostał się do brytyjskiej niewoli.

Nic dziwnego, że Italia definitywnie podzieliła się na coppianich i bartalianich. Jeśli przypomina Wam to Montecchich i Capulettich, jesteście blisko, bowiem skala emocji (by nie rzec: zacietrzewienia) po obu stronach przypominała zaiste szekspirowską tragedię. Za Bartalim stanęło katolickie, szanujące tradycję, agrarne Południe, a za Coppim reformatorska, otwarta na świat, uprzemysłowiona Północ. Powojennym zniszczeniom i biedzie zawdzięczamy prawdopodobnie, iż nie doszło do kolejnej Wojny Secesyjnej.

Film, zaznaczmy wyraźnie, nie wszystko nam pokazuje. Przedstawia polukrowaną wersję historii, miejscami, zwłaszcza pod koniec, brzmiącą jak „opowieść o dwóch przyjaciołach z kolarskich szos”. Brakuje tu szeregu wątków, jak amfetaminowe wspomaganie i inne medyczne eksperymenty Coppiego, chorobliwa zadrość Bartalego (zakradał się i przeszukiwał prywatne bagaże rywala), burzliwy romans Piemontczyka z żoną jednego z jego fanów – cóż w przyszłości hollywoodzccy scenarzyści z pewnością tego nie przegapią. Pominięto fakt, że ich ambicjonalne przepychanki na mistrzostwach świata w 1948 spowodowały zawieszenie obu przez rozeźloną włoską federację.

Mimo to, obejrzenie filmu jest „lekturą obowiązkową”. To jedna z nielicznych okazji przyjrzenia się największym i najbarwniejszym postaciom ery „przedkanibalowej”. Na zachętę (jeśli kogoś jeszcze nie przekonałem) dorzucę coś ekstra. Wyobraźcie sobie Contadora wygrywającego Giro w roku 2018 – to właśnie musiałby zrobić, by wyrównać jeden z rekordów Gino Bartalego. A o Fausto Coppim francuski pundit, Pierre Chany, powiedział, że w latach 1946-1954 nikomu, ani razu nie udało się go dogonić, gdy odjechał z peletonu. Taki fenomen zdarza się raz na stulecie. Nie sądzę, by ktokolwiek zdołał to powtórzyć.

Więc jak? Projektor przygotowany. Gasimy światło?