Vuelta 2015 resumé: Początek rewolucji

 

La-Vuelta-logoKusząca, zwodnicza, niekonsekwentna, bałaganiarska, zagadkowa, kapryśna, niebezpieczna – zestaw przymiotników sugerowałby, że chodzi o kobietę. I to raczej z gatunku femme fatale. Nie pierwsza to nasza konstatacja, że Vuelta a España pod wieloma względami przypomina przedstawicielkę płci piękniejszej. I jak one, potrafi wpuścić człeka w maliny lub wywieźć na manowce. Bo nie jest to bynajmniej osóbka o uporządkowanym charakterze Ani z Zielonego Wzgórza, a raczej „panna z mokrą głową”.

Jeszcze raz okazało się, że lista startowa, choćby nie wiadomo jak „wypasiona”, sama w sobie nie jest niezawodną gwarancją poziomu zawodów. Mieliśmy tu całą (poza Contadorem i Porte) czołówkę GC contenders i to wzbudziło oczekiwania fajerwerków o dawno nie spotykanej skali. Ostrzegaliśmy w przedwyścigowej zapowiedzi, że z tą rywalizacją kolarskiej crème de la crème może być różnie. I kolejny raz musieliśmy przeżyć mały deszcz z wielkiej chmury. Zmęczenie sezonem i wypadki na trasie, eliminujące kolejnych kandydatów do vueltowych palmares, wywarły widoczne piętno na rywalizacji, zwłaszcza o podium generalnej klasyfikacji.

Trasa wyścigu, w porównaniu do lat poprzednich, na kolana nie rzucała. Dreszcz emocji wywoływało przede wszystkim oczekiwanie na dwa etapy: 11. w Andorze i 16. do Ermita de Alba. Oba kolejno opatrzone zostały przez media etykietką hardest ever. Co jest ewidentną niekonsekwencją z punktu widzenia logiki, ale najoczywistszą prawidłowością w biznesie mediowym. Słowem, „hardest everów” ci u nas dostatek, ale i te dwa przyjmiemy, jako wróżbę rosnącej oglądalności/poczytności/klikalności etc.

11e landaNaszym skromnym zdaniem, „diabelski młyn” made by Purito rzeczywiście w ścisłym topie najtrudniejszych grand-tourowych etapów się plasuje. Zresztą, dzień spędzony w majestatycznych górach Andorry, zdywersyfikował czołówkę daleko wyraźniej niż trzeci człon asturyjskiego tryptyku. I choć „widokowo” Asturia i Kantabria w niczym nie ustępują Pirenejom, to jednak Andorra wygrywa w tym meczu, tym bardziej, że w innym nastroju obserwuje się etap, w którym o zwycięstwo walczą między sobą rekiny szosy, a zupełnie inaczej to wygląda, gdy faworyci przyjeżdżają daleko za pomniejszym narybkiem.

Paradoksalnie, najwięcej emocji przyniosły nie te najtrudniejsze etapy, a początkowo lekceważone trzy dni następujące po czasówce. Stało się tak za sprawą rewelacji imprezy, Toma Dumoulina. Holenderski czasowiec po prostu „zrobił wyścig” i to jemu tegoroczna Vuelta, jako spektakl, zawdzięcza zdecydowanie najwięcej.

17e dumoulin smileSukcesy kolarza Giant-Alpecin postawiły na nogi całą Holandię. Kraj Tulipanów, stęskniony za wielko-tourowymi osiągnięciami ubiegłego wieku, ma nowego bohatera. Jego sława sięgnęła daleko poza środowisko kolarskie – Dumoulinowi pogratulował wspaniałej postawy, między innymi, sam Johan Cruyff. Porównuje się go już teraz do Bradley’a Wigginsa, a nawet do Miguela Induraina. Holender wprawdzie przegrał w dramatycznych okolicznościach walkę o podium, ale na przedostatnim etapie jechał jeszcze w koszulce lidera. Można tylko „gdybać”, co byłoby, gdyby w starciu z koalicją faworytów wyścigu nie był tak osamotniony.

To dało niektórym zagranicznym portalom asumpt do zadania pytania, czy hiszpański wyścig jest rzeczywiście taką domeną kolarskich „górali”, za jaką w powszechnej opinii uchodzi. Trzeba jednak zauważyć, że tegoroczna wersja soft bardzo przypominała Vuelty sprzed lat, a wtedy nie zawsze wygrywali pure climbers. Na trasie typowej dla ostatnich paru sezonów, Dumoulin, mimo całego szacunku dla jego umiejętności i charakteru, nie dostałby takiej szansy.

11e Aru interviewZwycięzcą imprezy został ostatecznie Fabio Aru. Pisaliśmy już w naprędce sporządzonej na użytek Cafetería Covadonga mini recenzji, że z całej czołówki Sardyńczyk zrobił zdecydowanie najwięcej, by te zawody wygrać. Czy to znaczy, że był w tej stawce najsilniejszy? Niekoniecznie. Mamy wrażenie, że mógłby przegrać zarówno z Chrisem Froome (gdyby nie wypadek), jak i Mikelem Landą (gdyby nie team orders). Ten ostatni zaszedł mocno za skórę kierownictwu Astany, zarówno na Giro, jak i w Hiszpanii udowadniając, że w górach jest mocniejszy od faworyzowanego Włocha. Ich przyszłoroczne pojedynki, już w różnych barwach, mogą być ozdobą niejednej imprezy.

Aru nie jest jeszcze grand-tourowcem kompletnym, ale z roku na rok czyni widoczne postępy, a jego spektakularny sposób rozgrywania etapów i wielkie serce do walki czynią z niego bodaj najpoważniejszego kandydata do objęcia schedy po odchodzącym za rok Contadorze. Nie sposób przy okazji nie zauważyć, jak znaczącą rolę w jego karierze odgrywa team Vinokourova. Z jednej strony, nikt z konkurentów nie miał tak silnego wsparcia, a z drugiej… to wciąż Astana. „Klamkowa afera” Nibalego jest dowodem na to, że „duch sportowy” w tej drużynie jeszcze długo nie zapanuje. Trzeźwa ocena sytuacji każe zauważyć, że reprezentowanie jasnoniebieskich barw kazachskiego teamu pociąga za sobą ryzyko większe niż w przypadku konkurencyjnych „kapel”.

A co do Rekina z Messyny, skoro już poruszyliśmy ten wątek, będzie musiał teraz mocno pracować nad odbudowaniem w idiotyczny sposób nadszarpniętego wizerunku. Sycylijczyk nie ma konstrukcji „twardziela” jak Vino, po którym krytyka spływa niczym deszcz po pomniku Nursułtana Nazarbajewa. Podejrzewamy, że sprawa ta nie zostanie bez śladu w jego psychice.

20e majkaMieli swoje powody do radości Holendrzy i Włosi, mieliśmy i my. Rafał Majka, jako pierwszy Polak, stanął na podium hiszpańskiej Vuelty. Podziwiać mogliśmy nie tylko ciężką pracę, jaką w trakcie imprezy wykonał, ale i konsekwencję oraz niezmąconą cierpliwość w dążeniu do wytyczonego celu. My, jako kibice, tej cierpliwości tyle nie mieliśmy – poganialiśmy go niejednokrotnie, zżymaliśmy się dlaczego nie atakuje, gdy inni szarpali peleton. A Rafał wiedział, co robi i zaatakował dokładnie wtedy, kiedy miało to odnieść pożądany skutek. Przetrzymał nas do ostatniej soboty, ale niech kto powie, że nie warto było poczekać.

Paweł Poljański i Maciej Bodnar mają swój udział w tym polskim sukcesie, pierwszym od pamiętnego 1993 roku. Maciek dopiero przez Dumoulina wyproszony został z fotela najlepszego czasowca, natomiast Paweł spisywał się w górach tak, że zagraniczni komentatorzy dobrze przećwiczyli sobie wymowę jego nazwiska. Cała ekipa Tinkoff-Saxo, mimo iż mniej rzucająca się w oczy niż Astana, wykonała swą pracę akuratnie i zebrała zasłużone pochwały.

Co kraj, to obyczaj. Popularność Rafała w Polsce trudno porównać do uwielbienia otaczającego Dumoulina, choć to nasz kolarz ostatecznie stał na najważniejszym podium. Dał się na nim również sfotografować Joaquin Rodriguez. Był nawet taki moment w wyścigu, gdy wydawało się, że może go wygrać. Ale Purito to Purito. Mistrz ostatniego kilometra wydaje się wciąż (i tak już chyba zostanie) za mało elastycznym kolarzem, by wygrać kiedyś swój Grand Tour. Na przedostatnim etapie ten oszczędny, „puritański” styl sprawił, że omal nie stracił na rzecz Majki drugiego miejsca. Ale w ścisłej czołówce wyścigu to jemu właśnie przyszło zagrać rolę ostatniego dinozaura.

21e podium

Niemal słychać było salwę z dział Aurory. Nadszedł wreszcie dzień rewolucji i po władzę w kolarskim peletonie sięgnęła młodzież. A reprezentuje ją głównie nasz ulubiony rocznik ’90, co podkreślamy nie bez dumy, bowiem od trzech z górą lat jesteśmy jego samozwańczym rzecznikiem prasowym. Aru, Quintana, Chaves, Dumoulin i tylko o rok starszy Majka – to już nie pojedyncza szarża samotnego jeźdźca, to doborowy oddział szturmowy, a przecież jest tych młodziaków w peletonie więcej. Choćby 23-letni Louis Meintjes z RPA, który po raz pierwszy zajął miejsce w top 10 tak dystyngowanej imprezy.

6e finiszTom Dumoulin ukradł show swemu rówieśnikowi, Estebanowi Chavesowi. Gdyby nie Holender, który ściągnął na siebie światła reflektorów, mówiło by się dużo więcej o dwóch wygranych etapach i lokacie w top 5 Kolumbijczyka. Orica, mając braci Yates i Chavesa, dysponuje bodaj najlepiej rokującym tercetem potencjalnych kolekcjonerów grand-tourowych palmares.

Pokolenie trzydziestoparolatków przechodzi do defensywy. Tanio swej skóry nie sprzedadzą, lecz kart przetargowych mają coraz mniej. W Wielkich Tourach pozostaną na przyszły rok w grze o tron chyba tylko Contador i Froome. Być może pozbiera się jeszcze Nibali, ale to już nie ten rozmiar kapelusza. Alejandro Valverde długo jeszcze może być wielki w klasykach, lecz do zwycięstwa w wyścigu trzytygodniowym jest mu obecnie dalej niż Rodriguezowi. Vueltę przejechał znacznie poniżej oczekiwań i fani Movistaru mogą tylko żałować, że Nairo Quintana tak późno przejął rolę lidera zespołu. Jego forma w ostatnim tygodniu wskazywała, że mógł tu nawet powalczyć o zwycięstwo.

wkurwiony SaganMieli swoje powody do satysfakcji kibice włoscy, holenderscy, polscy, a także hiszpańscy. Ich Vuelta trzymała do końca w stanie, w którym konieczne jest regularne uzupełnianie płynów. Dużo chłodniejszym okiem spoglądali na rywalizację choćby Brytyjczycy, Belgowie czy Francuzi, których pupile powodów do radości nie przysporzyli. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jaka więc była ta Vuelta? By odpowiedzieć, musimy zdjąć wykrzywiające docierający do oka obraz rzeczywistości biało-czerwone okulary. Bo gdyby Rafa, Bodi i Poljan byli na przykład Szwajcarami, zabawy mielibyśmy nieporównanie mniej i spojrzenie bardziej wyostrzone. Również na bałagan, którego ofiarą padają kolarze.

Niezależnie od intensywności emocji, będącej miarą bardzo subiektywną, pewnym wykładnikiem poziomu jest porównanie obecnych możliwości Aru do zwycięzców Vuelty z lat poprzednich. I wydaje się jednak, że Sardyńczyk z zaprezentowanymi tu umiejętnościami, miałby wielki problem z wdrapaniem się na podium (o wygraniu zapomnijmy) ostatnich trzech edycji. Jadąc podobnie, nie zdołał wygrać tegorocznego Giro, a o pokonaniu Froome’a i Quintany na Wielkiej Pętli mógłby tylko pomarzyć.

Trafna zatem wydaje się diagnoza postawiona przez jednego z bywalców forum kolarskiego: Vuelta posłusznie wróciła na swoje wyznaczone miejsce w grand-tourowym szeregu – świat znów jest taki jak dawniej.

Choć nie do końca. Rozpoczęła się przecież rewolucja.

Krzysztof Suchomski

Vuelta 2015 – klasyfikacja generalna